Zewnętrzny korytarz sekcji B był sterylny. Z jednej strony ciągnęły się białe, metalowe ściany, z drugiej ogromne okna sięgające od podłogi aż po sufit. Za nimi, po sam horyzont, rozciągała się nieskalana pustynia.
Ostre światło lamp biło po oczach tak mocno, że mężczyzna musiał je zmrużyć. Minęło ponad dziesięć lat, a on wciąż nie potrafił przyzwyczaić się do tego oświetlenia. Przez ciągłe mrużenie na jego czole utrwaliła się głęboka zmarszczka, sprawiająca, że wyglądał groźniej, niż był w rzeczywistości. Szedł miarowym, żołnierskim krokiem, a echo uderzeń butów niosło się wzdłuż przejścia. Ten rytmiczny stukot o metalową podłogę zawsze go wyciszał, a spokoju potrzebował teraz bardziej niż czegokolwiek innego.
– Te dzieciaki niszczą jabłonie! – narzekał idący obok rolnik, niemal biegnąc, by dotrzymać mu kroku. – Zrywają owoce, łamią gałęzie…
Kolejne wezwanie do sektora rolniczego w kopule czwartej, zwanej po prostu Sadem. Kapitan spodziewał się tego, gdy tylko otrzymał meldunek od majora. Nie miał ochoty wysłuchiwać dalszych narzekań, ale rolnik uparł się, by mu towarzyszyć.
– Szajka Brzozowskiego znowu „pożyczyła” czyjąś przepustkę i urządziła sobie spotkanie pod wielką jabłonią – przerwał mu kapitan, starając się ukryć cień uśmiechu. Pozycja, którą zajmował, oraz nieszczęsna ksywka odziedziczona po ojcu, zobowiązywały go do surowości.
– A jakżeby inaczej! Przez nich kolejne zbiory będą aż o…
Parę jabłek nie stanowiło przecież żadnego uszczerbku na racjach żywnościowych całej kolonii. Brzozowski mógłby z tymi dzieciakami spalić nawet pół sadu, a i tak nikt nie zauważyłby różnicy w zapasach. Może poza sekcją inżynierów. Ale dzieciak nie był głupi. Miał głowę na karku, co udowodnił, kradnąc tym razem kartę naczelnego rolnika, a nie zwykłego pracownika.
– Borsuk! Musisz coś z tym zrobić – warknął cywil, gdy stanęli przed wielkimi szklanymi drzwiami.
Oficer miał już na końcu języka, że jedyne, co musi, to przeszkolić rolnika z pilnowania własności, skoro byle piętnastolatek był w stanie go okraść.
– Oczywiście – odparł krótko, przykładając bransoletkę do czytnika. Drzwi rozsunęły się gładko. – Odmaszerować, sam się tym zajmę.
Przekroczył próg, zanim tamten zdążył cokolwiek dodać. Naprawdę miał dość tego jazgotu. Drzwi zamknęły się za nim bezszelestnie, odcinając go od sterylnego korytarza. Zamknął oczy i wziął głęboki oddech. Od razu uderzył go zapach wilgotnej, skopanej ziemi i delikatna słodycz dojrzałych owoców.
Wewnątrz Sadu było zupełnie inne światło. Żółte, delikatne, wręcz złociste. P Przyjemne ciepło, utrzymywane przez zaawansowane stacje grzewcze, otaczało go zewsząd. Poprawił kołnierz munduru, choć najchętniej by go zdjął, ale na służbie nie mógł sobie na to pozwolić. Z oddali dobiegał gwar, zbitka dziecięcych głosów, których nie potrafił jeszcze rozpoznać. Poświęciłby chętnie kilka minut na cieszenie się atmosferą tego miejsca, gdyby nie obowiązki. Uznał jednak, że nikt go nie pogania. Ruszył przed siebie wydeptaną ścieżką.
Wsłuchiwał się w szum liści, a głosy “szajki Brzozowskiego” stawały się coraz wyraźniejsze, zwłaszcza jeden. Stąpał niemal bezgłośnie po wilgotnej trawie. Zatrzymał się w cieniu jednej z rozłożystych jabłoni, gdy ujrzał między drzewami grupkę dzieciaków. Kilkoro siedziało na trawie, parę opierało się o pnie jabłoni. Ale wszyscy byli zwróceni w jedną stronę. Patrzyli w górę, na szczyt największego drzewa. Stamtąd unosił się wysoki, jeszcze chłopięcy głos, niosący w sobie tę samą pewność oraz spokój, który kapitan znał z archiwalnych nagrań majora Brzozowskiego.
Młody Brzozowski znowu snuł opowieści o świecie, którego nawet nie pamiętał. Kapitan oparł się o chropowatą korę, przymykając oczy.
– …i wtedy Major zasalutował, choć plecy go bolały, a my wiedzieliśmy, że to ostatni raz – opowiadał Kostek, siedząc na jeden z grubszych gałęzi. Chłopak zasalutował w przestrzeń, drugą ręką trzymając się pnia. Wypiął dumnie pierś jakby oddawał honor samemu dziadkowi. – A potem samodzielnie wrócić do domu. Wysiadł z auta, zostawiając swoją maseczkę. Oddychał pełną piersią, bo wiedział, że przekazał już wszystko. Jego ostatnią misją był powrót pod jabłonkę. Kroczył dumnie jak młodzieniec, szczęśliwy, że wykonał zadanie. Usiadł pod drzewem, która mimo szarego nieba, wypuściło pierwsze zielone liście.
– Bujasz! – wygwizdał jeden z chłopców. – Przecież odlecieliście!
– Właśnie, skąd możesz wiedzieć, że wrócił!
– Tym razem to zmyślasz, Kostek!
Młody Brzozowski napiął się. Nie pozwalał, by ktokolwiek zarzucał mu kłamstwo. Każde jego słowo było prawdą – dziadek obiecał wrócić do domu i wiedział, że dotrzymał słowa.
Borsuk przyglądał się z ukrycia, jak dzieciaki zaczynają się przekrzykiwać. Postanowił przerwać tę sielankę. Nabrał powietrza w płuca.
– Brzozowski! Jak szukasz sposobu na roztrzaskanie głowy, to znam łatwiejsze! – wrzask Borsuka przeciął gwar.
Rozmowy ucichły natychmiast. Wszystkie dzieciaki spojrzały w stronę wychodzącego z cienia mężczyzny. Kostek w panice chwycił się pnia, czując, że ześlizguje się z gałęzi. Reszta w popłochu rzuciła się do ucieczki. Kapitan, mimo surowej miny, lubił drażnić się z tą bandą. Jako jedyny w bazie miał u nich posłuch – właśnie dzięki historiom o Jagodowym Komando.
– Serio? W takim momencie? – zawołał Kostek z wyrzutem, zeskakując z gałęzi . Oficer puścił to pytanie mimo uszu.
Kostek otrzepał się z liści, a nieśmiertelnik na jego szyi brzęczał cicho uderzając o metalowy zamek bluzy.
– I co? Naprawdę wierzysz, że tam dotarł?
Nastolatek wyprostował się, odgarniając z czoła jasne kosmyki włosów. Spojrzał rozmówcy prosto w oczy. Borsuk nie widział w nich strachu, lecz typowy dla rodu Brzozowskich błysk i zawadiacki uśmieszek. Widział go już wielokrotnie podczas poprzednich wybryków szajki, ale znał go też ze starych zdjęć. Młody major Brzozowski miał w sobie tę samą iskrę, która przyciągała ludzi.
– Ja nie wierzę, ja to wiem – zaznaczył chłopak, zaciskając dłoń na nieśmiertelniku. – Dziadek zawsze kończył misje.
Mężczyzna mruknął coś pod nosem i podszedł bliżej, wyciągając rękę.
– A nauczył cię czegoś o mierzeniu się z konsekwencjami? – Zauważył, że pewność siebie chłopaka ani drgnęła. Kostek zmierzył „Borsuka” wzrokiem.
– Wspominał coś o przemycie czekolady – zaczął chłopak, grzebiąc po kieszeniach. – Karę mieli zasłużoną, bo złamali regulamin. – wyciągnął z niej srebrną bransoletkę-przepustkę. – Niczego nie ukradłem, tylko znalazłem – zaznaczył, oddając Borsukowi zgubę naczelnego rolnika. – Nie moja wina, że to kretyn i zgubił to na stołówce – wzruszył ramionami.
Oficer nie mógł mu odmówić racji, ale nie zamierzał karmić ego wyrostka. Rozejrzał się po krzakach. Widział, że kilka głów wciąż wystaje zza liści, czekając na rozwój wypadków. Imponowało mu, że szajka nie zostawiła swojego lidera. Byli zgrani. Prychnął pod nosem, zastanawiając się, czy mają gdzieś przygotowane balony z niebieską farbą. Ostatnio takim oberwał, gdy przeganiał ich ze świetlicy nad ranem.
– Przyjmijmy taką wersję wydarzeń – odparł Borsuk, chowając srebrną bransoletkę do kieszeni munduru. – Nie widzę też żadnej złamanej gałęzi. Uznajmy, że póki nie przeszkadzacie w pracy, możecie tu siedzieć.
– Tak, jest kapitanie – zasalutował Kostek, a kącik jego ust uniósł się do góry.
Oficer odwrócił się i ruszył ścieżką z powrotem do korytarza B. Nie minęła chwila, a usłyszał, jak reszta dzieciaków wychodzi z ukrycia. Gwar rozmów i niedowierzanie, że znów im się upiekło, wypełniły przestrzeń sadu.
– A opowiadałem wam, jak mój dziadek przemycał czekoladę pod nosem starego Borsuka? – dobiegł go jeszcze głos chłopca.
Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem, nie zwalniając kroku. Musiał wrócić do swoich obowiązków.