Site Overlay

Dziesięć zasad przetrwania w Hotelu Weles. Ostatnia mówi, by nie ufać kierowniczce. Rozdział 1 

Naprawdę to robił. Serce waliło mu o żebra, a krew szumiała w uszach, zagłuszając oddalający się warkot starego traktora. Na łóżku leżała znoszona torba sportowa. Jego jedyna szansa, by wyrwać się z tego domu. 

Na oślep wrzucał do niej sprane dżinsy, koszulki i bieliznę. Nie tracił czasu na składanie. Ojciec wyjechał na pole i choć Sławek miał najwyżej dwie godziny, panika sprawiała, że każda minuta nieubłaganie mu uciekała. Zgarnął z biurka ciężkiego, używanego laptopa. Jedyna cenna rzecz, jaką posiadał. Dowód na to, że zarwane nad nauką noce, po których rano i tak musiał wyrzucać gnój od świń, miały sens. Wcisnął sprzęt między ubrania, dorzucił dokumenty oraz ładowarkę. Zapiął zamek z głośnym trzaskiem. Przez okno wlewał się żar, a słaby warkot silnika wciąż rozbrzmiewał w oddali.  

Wyprostował się, rozglądając po pokoju. Było skromnie. Drewniane meble, wyblakłe plakaty, otwarte drzwi szafy. Reszta ubrań leżała na półkach ułożona od linijki. Robota jego matki. Poczuł bolesny skurcz w żołądku, a dłonie mu zadrżały. Nie chciał zostawić jej samej. Ale jeśli zostałby by tutaj, utknąłby w błocie, smrodzie obory i pracy w palącym słońcu aż do śmierci.  

Chciał czegoś więcej, a los wreszcie dał mu szansę. List o przyjęciu go na informatykę na Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu był spełnieniem jego marzeń. Jedyną przeszkodą był jego ojciec. Człowiek, który ciężką ręką planował wtłoczyć syna w rodzinną schedę. Gdyby nakrył go jak się wymyka… Na samą myśl Sławka przeszedł lodowaty dreszcz. Zarzucił torbę na ramię i wyszedł, nie kłopocząc się zamykaniem drzwi. Nie zamierzał tu wracać.  

Musiał tylko dobiec na przystanek autobusowy. Biec wystarczająco szybko, by wreszcie uciszyć w głowie ten dudniący, bezlitosny głos ojca. 

– Dam radę – mruknął pod nosem.  

…  

Sławek nie musiał się już śpieszyć. Poczekał, aż tłum wysiądzie z pociągu. Nie czuł się na siłach, by stać, a co dopiero przepychać się do wyjścia w tym ścisku. Akademik nie zając, nie ucieknie, zwłaszcza że cel był już na wyciągnięcie ręki. 

Z ciężką torbą przewieszoną przez ramię stanął na peronie. Otaczali go różni ludzie rozchodzący się w tylko sobie znanych kierunkach. Biznesmeni w pogniecionych garniturach rzucali przekleństwa do telefonów, turyści ciągnęli za sobą terkoczące walizki, a inni – tacy jak on, przyszli studenci z tanimi plecakami – rozglądali się po swoim nowym mieście z mieszanką zachwytu i lęku. Cieszył się, że pociąg zatrzymał się na peronie piątym, tuż przy starym budynku dworca. Poznański dworzec kolejowy był architektonicznym koszmarem. Szczerze obawiał się, że jeśli wyląduje na peronach oznaczonych literami zgubi się w przejściach podziemnych.  

Miał spotkać się z Bartkiem przy pętli autobusowej, która znajdowała się tuż przy tym peronie. Teoretycznie nie powinien się zgubić. 

Jego jedyny kumpel z technikum, który również dostał się na ten sam wydział, obiecał pomóc mu w oswojeniu się z miastem. Nie żeby sam Bartek był rodowitym poznaniakiem. Tylko od dobrych dwóch tygodni siedział w tym mieście. Sławek podejrzewał, że owo “oswojenie się” znaczyło kupno najtańszego piwa w Żabce i wypiciu go na pryczy w akademiku w ramach świętowania wolności. 

Wyszedł na zewnątrz i zaczął przeczesywać wzrokiem plac, szukając charakterystycznej, rudej czupryny. Mimo późnego popołudnia, przed dworcem wciąż panował gęsty ruch. Taksówki podjeżdżały i odjeżdżały, jakaś zniecierpliwiona osobówka trąbiła na strefie Kiss&Ride, a pod zadaszeniem zdezorientowany chłopak próbował wymigać się od rozmowy ze świadkami Jehowy, bo popełnił błąd i spojrzał im w oczy. Sławek zerknął w stronę schodów ruchomych prowadzących do galerii. Stały w miejscu, zmuszając podróżnych do wspinaczki z bagażami. Uśmiechnął się gorzko. Gdy składał tu papiery kilka tygodni temu, też nie działały.  

– Sławek! – krzyk przedarł się przez miejski szum.  

Kilka osób na placu odwróciło głowy w stronę rudego chłopaka, który podskakiwał, wymachując w powietrzu obiema rękami. Bartek nigdy nie przejmował się tym, że robił z siebie idiotę w miejscach publicznych.  

– Chłopie! – Bartek z rozpędu zarzucił ramię na szyję kumpla, klepiąc go mocno w klatkę piersiową. – Masz szczęście, że chciało mi się tyle na ciebie czekać.  

– To raczej nie moja wina, że tyle staliśmy na Dębcu – westchnął Sławek, próbując wyswobodzić się z uścisku. – Poza tym wątpię, abyś miał coś ciekawszego do roboty. 

Wyszczerzył zęby się, na co Bartek nadął policzki udając obrażonego. Układał w głowie ciętą ripostę, którą zamierzał wetrzeć w twarz przyjaciela. Zamarł na moment przyglądając się twarzy Sławka. 

– Nie wiedziałem, że masz chorobę lokomocyjną – stwierdził poważniej. Nim Sławek zdążył zaprotestować, zabrał jego torbę sportową. – Wyglądasz jakbyś miał zaraz paść.  

– Aż tak źle, co? – nie przypuszczał, że będzie to po nim tak widać.  

– Jesteś blady jak papier. Może usiądziemy gdzieś, aż wrócą ci kolory? 

– Nie trzeba – Sławek bezwiednie potarł dłonią kark. Czuł mdłości, owszem, ale wolał nie przyznawać się kumplowi, że z nerwów porzygał się w obskurnej toalecie kilka minut po tym, jak pociąg w końcu ruszył. – To z powodu ojca. Stres ze mnie schodzi. 

– Przestań, przecież nie wyciągnąłby cię z pociągu za fraki gdyby się dowiedział, że zwiałeś. Aż tak powalony to raczej nie jest – skwitował Bartek, regulując pasek torby. 

– Nie wiem i raczej się nie dowiem – odparł Sławek, chociaż przeszedł go lekki dreszcz na myśl o ojcu. – Zablokowałem go. Przez najbliższy miesiąc nie odbieram żadnych obcych numerów. 

Bartek parsknął śmiechem. Słyszał od Sławka wiele mrocznych anegdot o jego staruszku, ale domyślał się, że to i tak zaledwie wierzchołek góry lodowej. Najważniejsze, że jego kumpel wyrwał się spod tego rolniczego buta. 

– Pewnie dostaje kurwicy, co?  

Ruszyli w stronę ronda Kaponiera, kierując się do Jowity, akademika, który miał być ich domem przez najbliższy rok. Szli niespełna dziesięć minut, całkowicie zaabsorbowani wymyślaniem coraz to bardziej absurdalnych scenariuszy tego, co mógł zrobić ojciec, gdy zastał pusty pokój. Od wyrzucenia reszty rzeczy Sławka przez okno, przez pościg na traktorze po całej wsi, aż po zamknięcie się w stodole i rąbanie drewna w amoku. To czarne poczucie humoru zadziałało. Bolesny ucisk w żołądku Sławka wreszcie zaczął puszczać. 

Z każdym krokiem odzyskiwał oddech. Może było to dziwne, ale wsłuchiwał się w gwar wielkiego miasta jak w ulubioną piosenkę. Było to tak drastycznie inne od tego w czym dorastał. Nigdy nie lubił wiejskiej ciszy. Szelest liści, daleki szczek psa czy świergot ptaków… to wszystko było zbyt delikatne, by zatrzymać jego pędzące, znerwicowane myśli. Cisza była tam taka krucha. Jakby istniała tylko po to, by w najmniej spodziewanym momencie mógł ją rozerwać świst skórzanego paska albo wrzask ojca, uderzający zawsze z siłą pioruna. 

Tutaj, w Poznaniu, takich dźwięków nie było. Zastąpił je permanentny, gęsty hałas. Warkot przejeżdżających tramwajów czy silników mijających i klaksony kierowców uwięzionych w korkach. Tak wiele głosów mieszało się w szum, że nie można było ich rozróżnić. 

Kogoś innego pewnie ten chaos przyprawił o ból głowy, ale dla niego był kojący. Cisza nigdy nie była dla niego dobra. Hałas wypełniał pustkę. Przerywał spiralę myśli.  

– Trudno uwierzyć, że taki betonowy kloc stoi w centrum Poznania – stwierdził Sławek, zadzierając głowę, gdy wreszcie stanęli pod masywną, szarą bryłą akademika.  

– Bardzo, a za nami masz Starbucksa – Bartek szczerzył się, wskazując szklany nowoczesny biurowiec za nimi. – Ciesz się, że chociaż pokoje wyglądają jak z dwudziestego pierwszego wieku, bo są świeżo po remoncie. – Klepnął go zachęcająco w plecy, ruszając w stronę drzwi wejściowych. – Chodź, zameldujesz się i pójdziemy coś zjeść.  

– To twoje słynne Piccolo? – Sławek uśmiechnął się półgębkiem.  

Bartek tylko uśmiechnął w odpowiedzi. Nie musiał odpowiadać.  

– Pokochasz ich makaron – Bartek przytrzymał masywne drzwi, przepuszczając Sławka. Zauważył, że kolory powoli wracają na twarz przyjaciela/ 

– A tam jest coś więcej niż makaron? – odwrócił się w stronę kumpla ze zmarszczonymi brwiami.  

– Nie – Bartek szczerząc się. Sławek tylko prychnął w odpowiedzi.  

Rozglądał się po korytarzu. Niski sufit, białe ściany z niebieskimi akcentami i zapach starego linoleum. Jakieś dwie doniczki z roślinami z dużymi liśćmi wegetowały po obu stronach drzwi. Na jednej ze ścian wisiała wielka tablica korkowa. Sławek prześlizgnął się po niej wzrokiem. Mieszanka wydrukowanych regulaminów, ofert pracy czy kółek studenckich oraz kilka ręcznie pisanych kartek z ofertami korepetycji. 

Korytarz rozchodził się prostopadle w dwie strony, a w samym jego sercu znajdowało się małe okienko. Za szybą, na oko trzydziestoletnia szatynka wystukiwała coś na klawiaturze komputera, który musiał pamiętać otwarcie tego przybytku. 

– Dzień dobry – odezwał się Sławek, stając przed okienkiem. Kobieta nawet na niego nie spojrzała. Odchrząknął, zastanawiając się, czy go usłyszała. – Chciałbym się zameldować. 

– Nie widać, że jestem zajęta? – warknęła recepcjonistka, wciąż wpatrzona w monitor.   

– Przepraszam – bąknął Sławek, odruchowo kuląc się. 

Bartek oparł się o ścianę tuż obok okienka recepcji, tak aby kobieta go nie widziała. Zmrużył oczy, zrobił dziubek wysuwając dłonie przed siebie. Udawał, że zaciekle wali w klawiaturę w rytm uderzeń rcepcjonistki. Sławek przygryzł wnętrze policzka, aby się nie roześmiać.  

– Tu jest kamera – stwierdziła sucho kobieta. Obydwaj natychmiast wyprostowali się jak struna, schylając głowy. – Nazwisko?  

– Co?  

– Nazwisko. Chyba pan chce się zameldować? – Recepcjonistka wreszcie oderwała wzrok od ekranu, mierząc Sławka chłodnym spojrzeniem. –  Czy tylko zgrywać błazna na kamerach?  

Zapadła cisza. Sławek lekko speszony wpatrywał się w kobietę szeroko otwartymi oczami. Kobieta uniosła brew wyczekująco. Bartek szturchnął kumpla. Ten zerknął na niego, odruchowo chwytając się za ramię. Rudzielec wskazał głową na recepcjonistkę. Trybiki w głowie Sławka zaskoczyły. 

– Sławomir Bączak 

– Bączek – powtórzyła pod nosem, wracając do klawiatury.  

– Bączak. Przez a. 

Kobieta znowu zmierzyła go wzrokiem. Sławka przeszedł dziwny dreszcz.  

– Nie ma – rzuciła krótko. 

Bartek wyprostował się. Sławek momentalnie pobladł.  

– Jak to nie ma? – zająknął się, a rozluźniony wcześniej supeł w jego żołądku zacisnął się. – Przecież załatwiłem wszystko mailowo.  

Kobieta westchnęła, masując nasadę nosa.  

– Nie ma pana na liście, to nie ma pokoju. Widocznie czegoś pan nie dopilnował..  

– Ale… – Głos ugrzązł w gardle. Poczuł jak żółć podchodzi mu do gardła.  

– Pisał z panią Iwoną. Sam widziałem maile i mu pomagałem – wtrącił się stanowczo Bartek, widząc, że jego kumpel traci grunt pod nogami.  

Recepcjonistka westchnęła, przewracając oczami. Ci dwaj sprawiali jej coraz większe problemy, a ona miała swoje rzeczy na głowie. Kazała im chwilę poczekać. Bez problemu weszła na maila, z którego korzystała administracja akademika. Chwilę jej to zajęło, ale znalazła korespondencję, której szukała.  

– Pan Bączak nie potwierdził rezerwacji pokoju oraz nie uiścił opłaty za pierwszy semestr – wyrecytowała bez emocji.  

– Odpisywałem na każdy mail! – Sławek w końcu wykrztusił, a głos mu załamał się. – Nie było nic o dodatkowych potwierdzeniach!  

– Trzeba było przeglądać spam. Wszystkie wiadomości zostały dostarczone na maila studenckiego pana Bączaka – odparła sucho kobieta, przyglądając się im. Miała dość tego zamieszania jakie powodowali.  

– Studenckiego… – powtórzył bezwiednie Sławek.  

– Tak – westchnęła. – Ostatni mail został wysłany kilka dni temu i mimo ponaglenia nie odpisał pan, więc oddano pana miejsce kolejnemu studentowi.  

– Ja nie mam jeszcze maila studenckiego – odparł Sławek, przełykając ślinę. – Inauguracja jest za kilka dni. Wtedy mieliśmy dostać loginy do maila i usosa – wydukał.  

– Procedura wymaga, by cała korespondencja przechodziła przez serwery uczelni – odparła kobieta, jakby w ogóle nie interesowało ją to co powiedział chłopak.  

– Przecież… to bez sensu! – Sławek poczuł, jak krew szumi mu w uszach. To był okrutny żart, tak? Przecież to brzmiało abstrakcyjnie. Dostęp do poczty miał otrzymać dopiero za kilka dni. 

– To nie ja wymyślam procedury. W drodze wyjątku mogę wpisać pana na listę rezerwową. Jak ktoś zrezygnuje, to damy znać. Tylko niech pan tym razem odbiera pocztę.   

Sławek chciał jeszcze coś powiedzieć, że to nie może być prawda. To jakaś pomyłka. Miał maile na gmailu. Pisał z panią Iwoną. Czarno na białym było w nich napisane, że ma pokój. To idiotyzm, że potwierdzenie wysłano na maila studenckiego.  

Bartek widząc jak kumpel staje się jeszcze bledszy, postanowił przejąć inicjatywę.  

– Dziękujemy za pomoc. Proszę go wpisać na listę – odparł, odciągając Sławka siłą na pobliską ławkę. Nie chciał, aby chłopak rozwalił sobie głowę, a wyglądał jakby miał zaraz zemdleć.  

Bartek posadził Sławka na ławce. Chłopak wpatrywał się przed siebie niewidzącym wzrokiem, w którym malował się czysty szok. Bartek nigdy nie widział przyjaciela w takim stanie. To było dość niepokojące.  

Sławek zawsze skrupulatnie obmyślał plany. Był przygotowany na każdą ewentualność i każdą logiczną zmienną. Tygdniami przeglądał oferty pokoi dla studentów i innych akademików. Kiedy jednak otrzymał od administracji Jowity potwierdzenie, że ma przydział, nie myślał nad planem B.  

Po co miał o tym myśleć, skoro wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że ma ten cholerny pokój? 

– Kurwa, to jebany żart? – powiedział Sławek bardziej do siebie niż do Bartka. Boleśnie przygryzł wnętrze swojego policzka.  

Co on miał zrobić? Nie mógł wrócić do domu. Jeśli tam wróci, ojciec dopilnuje, by do końca życia nie wyściubił nosa poza gospodarstwo. Przebiegł go zimny dreszcz. Zakrył sobie usta dłonią, czując jak żółć po raz kolejny podchodzi mu do gardła.  

Bartek, nie będąc pewien co robić, poklepał kumpla po ramieniu.  

– Ej, będzie dobrze – powiedział, chociaż jego głos zdradzał wyraźne wątpliwości.  

Gdyby mógł, przemyciłby Sławka do siebie. Dzielił pokój z dwoma innymi chłopakami i wątpił, by zrobiło im to różnicę na jedną czy dwie noce. Problemem było to, że gdyby sprawa się rypła, wszyscy wylecieliby z akademika z hukiem. On sam był gotów zaryzykować dla Sławka, ale wciąganie w to dwójkę obcych współlokatorów, którzy zapłaciliby za ten wybryk, byłoby po prostu nie w porządku.  

– Niby jak? – żachnął się Sławek, nawet nie podnosząc głowy. Głos mu się załamał. – Nie wynajmę mieszkania na ostatnią chwilę, za te grosze, które mi zostały. Nie znam tu nikogo kto mnie przygarnie.  

– A może jakaś noclegownia, aż wyjaśni się to zamieszanie?  

– Niby co wyjaśnić? – Sławek podniósł głowę. Jego oczy lekko się szkliły. – Wpisała mnie na listę rezerwowych. I gówno z tym zrobię. Najwcześniej za miesiąc dowiem się czy w ogólę coś dostanę.  – ciągnął Sławek, czujac gulę w gardle. – Noclegownia mnie nie przyjmie. Bo według nich mam gdzie wrócić. 

Między chłopakami zapadła ciężka i pełna napięcia cisza. Sławek czuł, jak macki paniki oplatają jego umysł. Myśli pędziły, gorączkowo szukając jakiegokolwiek rozwiązania. Bartek westchnął i potarł dłonią kark. Wyciągnął telefon i napisał do paru kumpli poznanych w ostatnich dniach, ale nie robił sobie wielkich nadziei. Tu nie chodziło o awaryjny nocleg na kanapie po imprezie, tylko o zapewnienie chłopakowi dachu nad głową na tygodnie, a może i miesiące.  

Schował komórkę i bezwiednie podniósł wzrok na pobliską tablicę korkową. Leniwie przesuwał spojrzeniem po kolorowych kartkach. Czasem zdarzało się, że studenci szukali tu współlokatorów na gwałt. Wodził wzrokiem po literach nie wczytując się za bardzo w ogłoszenia. Po kilu minutach jego uwagę przykuło ogłoszenie o pracę.  

Ot jakiś hotel poszukiwał pracownika. Bartek pewnie zignorowałby to ogłoszenie, gdyby nie jeden kluczowy szczegół wypisany grubym drukiem. Szybko wczytał się w treść. Jakiś Hotel Weles na obrzeżach Poznania oferował nie tylko tydzień próbny, ale również… zakwaterowanie. 

Bartek natychmiast zerwał ogłoszenie. Zauważył, że żaden z numerów u dołu kartki nie został oderwany. Ktoś musiał powiesić to zaledwie kilka godzin temu. 

– Chyba los cię jednak kocha – pomachał kartką przed nosem Sławka.  

– Co ty gadasz?  

– Patrz – Bartek kucnąłi wcisnął mu znalezisko do ręki..  

Sławek przebiegł wzrokiem po tekście. Hotel Weles szukał pracownika. Kogoś kto zajmowałby się sprzątaniem, drobnymi przysługami i sprawunkami dla gości. Oferowali pokój dla pracownika, wyżywienie i elastyczny grafik. Marzenie każdego spłukanego studenta. Brzmiało wręcz zbyt dobrze. Sławek skrzywił się z powątpiewaniem.  

– Na pewno już ktoś się zgłosił… 

– Tego nie wiesz! – oburzył się Bartek. – To jest okazja! Będziesz miał gdzie spać przynajmniej przez tydzień, a przy okazji zarobisz – postukał w kartkę. – Zadzwoń. Co ci szkodzi?  

Sławek musiał przyznać mu rację. Gorzej i tak już być nie mogło. Najwyżej mu odmówią. Wyciągnął telefon z kieszeni. Wstukał numer. Już po pierwszym sygnale w słuchawce rozległ się przyjemny, kobiecy głos.  

– Witamy w Hotelu Weles. W czym możemy pomóc?  

– Ja… – zaczął Sławek zapominając języka w gębie. Na szczęście Bartek stał na straży. Zaserwował kumplowi prosty cios z łokcia w żebra. – Dzwonię w sprawie pracy. Tego ogłoszenia… 

– To świetnie! – zaszczebiotała kobieta. – To może wpadniesz to nas jeszcze dzisiaj i przedstawię ci zakres obowiązków?  

– Tak od razu? – Sławek spiął się. Powiedzieć, że to było dziwne, to jak nie powiedzieć nic. – Bez żadnej rozmowy wstępnej? Nie zapyta pani o moje doświadczenie?  

Bartek od razu strzelił kumpla w ucho. Sławek przygryzł wargę starając się nie syknąć z bólu. Uniósł ramiona do góry, nie rozumiejąc o co chodzi. Bartek tylko postukał się w czoło, dając mu niemą reprymendę za zadawanie idiotycznych pytań, gdy dają mu dach nad głową. 

– Och, skarbie… – zaśmiała się perliście kobieta. – Sprzątać każdy potrafi, a doświadczenie najlepiej sprawdzić w praktyce, a nie tylko o nim rozmawiać. To jak, dasz radę się u nas zjawić?  

– T-tak – zająknął się Sławek.  

– Wyśmienicie! W takim razie przygotuję umowę – zapadła chwila ciszy. 

– Sławomir Bączak – dopowiedział szybko, domyślając się, że kobieta czeka na jego dane, aby dopełnić formalności.  

– Sława zdobyta przez pokój… – wymruczała w zamyśleniu kobieta, a w tle rozległo się miarowe stukanie klawiatury.  

– Słucham?  

– Nic, nic – jej głos na powrót przybrał ciepłą barwę. – A jestem Małgorzata Sosnowska. Do zobaczenia, Sławomirze. 

Kobieta rozłączyła się. Sławek wpatrywał się w wyświetlacz swojego telefonu. Zmarszczył brwi.  

– Czy ja właśnie dostałem pracę? – zapytał bardziej siebie niż Bartka.  

Ten tylko zaśmiał się, klepiąc kumpla pokrzepiająco w ramię. W drugiej dłoni trzymał już swój telefon. 

– Jest koło Wielkopolskiego Parku Narodowego, na obrzeżach jakiegoś Puszczykówka – powiedział Bartek, niepewny czy poprawnie wymówił nazwę miejscowości. Pokazał Sławkowi lokalizację hotelu.  

– Daleko nie jest. Tylko 30 minut pociągiem – stwierdził, klikając w ikonkę hotelu na mapach google.  

Na ekranie wyskoczyły zdjęcia szarego, betonowego kloca, brutalnie wyrwanego z lat osiemdziesiątych i wciśniętego na tło gęstego lasu. Nad wejściem majaczył ciężki szyld. Żadnego odnośnika do strony hotelu, tylko kilka lakonicznych ocen, chwalących basen wewnętrzny, czy posiłki.  

– Wygląda nawet okej – stwierdził Sławek, przyglądając się zdjęciom. 

– Skoro nocleg załatwiony – powiedział żwawo Bartek, gwałtownie wstając. – Czas na Piccolo! Zgłodniałem od tych wszystkich emocji, a ty?  

Sławek nie zdążył odpowiedzieć. Głośne, przeciągłe burczenie jego własnego żołądka zrobiło to za niego. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Copyright © 2026 Cień Pisarza. All Rights Reserved. | Catch Vogue by Catch Themes