Site Overlay

Z Wattpada na półki księgarń. Kulisy powstania „Instytutu Absurdu”

Jak wygląda droga od luźnych opowiadań publikowanych w sieci do profesjonalnie wydanej trylogii pod skrzydłami SQN? Dziś na blogu goszczę Justynę Sosnowską, autorkę „Instytutu Absurdu”. W naszej rozmowie zaglądamy za kulisy powstawania książki – dowiecie się, skąd wziął się pomysł na intrygę z Panem P., która postać była dla autorki największym wyzwaniem (i dlaczego był to Wodnik Miecio!) oraz czy łatka „literatury z Wattpada” wciąż jest aktualna. Zapraszam do lektury o magii, biurowych absurdach i spełnianiu pisarskich marzeń.

instytut absurdu wywiad
Dominika Danieluk: W wywiadzie dla wydawnictwa sporo rozmawiałyście o inspiracjach związanych z absurdami pracy biurowej i słowiańskimi mitami. Mnie z kolei ciekawi motor napędowy fabuły, czyli skąd wziął się pomysł na całą intrygę z Panem P.. Czy ten wątek był od początku, czy może narodził się dopiero po jakimś czasie, gdy miałaś już pomysł na sprawy inspektorów?

Justyna Sosnowska: Mój pierwszy pomysł na „Instytut Absurdu” był taki, że to w ogóle nie miała być powieść, tylko zbiór opowiadań. Zresztą wciąż trochę to widać, bo w książce nie ma rozdziałów, tylko są sprawy, a każda z nich dotyczy czegoś innego. Inne miasto, inny motyw, nawiązania do innych legend i tym podobne. Wątek Pana P. powstał właśnie jako jedna z takich niezależnych historii, po prostu kolejna sprawa do rozwiązania. Dopiero później doszłam do wniosku, że ciekawiej byłoby spiąć te pojedyncze opowieści w ciągłą całość. Szukałam więc intrygi, która mógłby dyskretnie przewijać się w tle i połączyć wszystkie sprawy. Ta dotycząca Pana P. wydała mi się do tego idealna jako najbardziej intrygująca, trudniejsza do rozwiązania od pozostałych.

DD: To też wątek dobry do rozbudowania, bo przebija się praktycznie od samego początku do końca. Ale chyba na Wattpadzie też pojawiał się już we wcześniejszych sprawach?

JS: W wersji wattpadowej Pan P. pojawiał się tylko w subtelnych wzmiankach. Dopiero na etapie redagowania tekstu przed wysłaniem propozycji wydawniczej zaczęłam bardziej świadomie wplatać ten wątek od samego początku historii. Zależało mi, żeby Pan P. nie wyskoczył nagle znikąd, tylko cały czas gdzieś czaił w tle i w ten sposób powoli budować napięcie.

DD: A czy to był pomysł wydawnictwa, czy Ty uznałaś, że tak będzie lepiej?

JS: To była moja decyzja. Wersji bez Pana P. nikt nigdy nie widział. Ten pomysł pojawił się jeszcze na etapie planowania, zanim tekst trafił na Wattpada. Na platformę publikowałam już tę wersję z Panem P., a wcześniejsze szkice… cóż, zostały w szufladzie i raczej nie planują z niej wychodzić.

DD: Czyli którą wersję swojej opowieści chciałaś nam pokazać na Wattpadzie?

JS: Na Wattpada trafiła już ta wersja, w której „Instytut Absurdu” przestał być zbiorem opowiadań. Od początku przewijał się w niej wątek Pana P., pomyślany jako główna sprawa, która miała mieć swój finał właśnie na sam koniec.

DD: Skoro jedną z inspiracji dla naszej sławnej wiedźmy Smysławy była osoba, którą spotkałaś na praktykach, to czy były też inspiracje dla innych postaci?

JS: Tak, zdecydowanie. Niedawno nawet wrzuciłam na Instagramie rolkę o wodniku Mieciu. To postać złożona z kilku różnych, raczej mało sympatycznych panów, których miałam nieszczęście spotkać w życiu, a którym to wydawało się, że są niezwykle uwodzicielscy. Uznałam, że wśród osób odwiedzających pracowników w Instytucie Absurdu przyda mi się dla równowagi ktoś równie denerwujący jak wiedźma Smysława, tylko w wersji męskiej. Padło na wodnika Miecia, czyli zlepek wszystkich nachalnych typów z rubasznym poczuciem humoru wzbudzającym zamiast śmiechu zażenowanie.

DD: Powiem, że Miecio wyszedł genialnie. Rzeczywiście ma się wrażenie, że to ten typ człowieka, którego czasem się spotyka – on myśli, że jest genialny i „zajebisty”.

JS: Dokładnie! W jego własnym przekonaniu jest absolutnie zjawiskowy, a do tego szczerze wierzy, że każda kobieta marzy o jego towarzystwie.

DD: Genialnie zobrazowane, zresztą jak reszta postaci. A Ty, jako autorka, z którą z postaci zżyłaś się najbardziej? Czy jest w ogóle taka osoba?

JS: To trudne pytanie. Bardzo lubię Maję, bo widzę w niej sporo z siebie. Jest podobnie spokojna, ale kiedy ktoś zajdzie jej za skórę, potrafi się postawić. Łączy nas też zamiłowanie do roślin i ogólnie przyrody. Ale przede wszystkim starałam się nie przywiązywać zbyt mocno do żadnej postaci, żeby osobiste sympatie nie wpływały mi na przebieg fabuły.

DD: Dlaczego uważasz, że zżycie się z postacią może zmienić fabułę? Spotkałam się z tym, że większość autorów zżywa się z konkretną postacią, nawet niekoniecznie główną.

JS: Mam wrażenie, że gdy zaczyna się jakąś postać zbyt mocno lubić, łatwiej można ulec pokusę, żeby ją oszczędzać. A przecież gotowa, zaplanowana fabuła już na nią czeka         z konkretnymi wydarzeniami, które muszą nastąpić. W „Instytucie Absurdu” może nie ma wielkich dramatów, to w końcu cozy historia, ale i tak staram się nie trzymać postaci pod kloszem, tylko pozwalam im mierzyć się z tym, co jest im pisane.

DD: Rozumiem. A skoro nie masz ulubieńca, to czy była postać, która przy pisaniu sprawiała Ci problem?

JS: Troszkę problematyczny był wodnik Miecio. Czasem sama miałam go zwyczajnie dość, gdy czytałam, co wymyśliłam dla niego w dialogach. Wiedziałam, że muszę poprowadzić je w ten sposób, bo taki miałam pomysł na jego charakter i plan na jego sprawę, ale przy niektórych fragmentach myślałam sobie: „Grrr… Jak ja już chcę skończyć pisać tę wątek        i dać sobie spokój z wodnikiem Mieciem!”.

DD: Czyli jego rozdziały sprawiały problem, bo wiedziałaś, że on zaraz wyjdzie i trzeba będzie to napisać?

JS: Trzeba to napisać, a czytelnicy… cóż też będą musieli go znieść.

DD: Tak, trzeba się zmierzyć z Mieciem i nie ma przed nim ucieczki. Wracając do historii, przejścia z Wattpada do druku – jak wyglądała ta droga zza kulis? Czy Ty zaczęłaś szukać wydawnictwa, pokazując popularność tekstu, czy może to wydawnictwo wyłowiło Cię z platformy?

JS: I tak, i tak. Gdy opublikowałam już kilka spraw i zdobyłam swoją publiczność, coraz częściej pojawiały się komentarze, że chętnie kupiliby książkę w druku czy chętnie postawiliby egzemplarz na półce. Pomyślałam, że może warto spróbować i przygotowałam propozycję wydawniczą dla kilku wybranych wydawnictw. W międzyczasie dostałam ofertę od jednego wydawcy, który szukał ciekawych pozycji z Wattpada, ale ostatecznie jej nie przyjęłam. Zanim zdążyłam przemyśleć tamtą ofertę, odezwało się SQN. Do nich napisałam sama, byli na szczycie mojej listy wymarzonych wydawnic. Zdecydowałam się na tę współpracę, bo uznałam, że SQN będzie najlepszym miejscem dla „Instytutu Absurdu”.

DD: Widać, że Instytut bardzo dobrze się tam odnalazł. A jak się czułaś, gdy dotarło do Ciebie, że zgadzają się przekuć lata pisania na Wattpadzie w prawdziwą książkę?

JS: Byłam w totalnym szoku. SQN kojarzyło mi się z polską fantastyką, tą lekką, zabawną i pełną uroku. Pomyślałam: „Wow, nie mogłam znaleźć lepszego miejsca na debiut”. To było niesamowite uczucie, wiedzieć, że „Instytut Absurdu” w końcu trafi do druku, i to u wydawcy, do którego najbardziej chciałam trafić. Po prostu spełnienie marzeń.

DD: A czy pojawił się strach lub niepewność przy podpisywaniu umowy, gdy tekst miał stać się książką na półce?

JS: Oczywiście, że tak. To był mój debiut, więc wchodziłam w zupełnie nowy świat. I chociaż wykonałam research o branży i procesie wydawniczym, to i tak do końca nie wiedziałam, czego się spodziewać. Na Wattpadzie „Instytut Absurdu” został bardzo ciepło przyjęty, ale miałam świadomość, że po wydaniu książki trafi do znacznie szerszego grona odbiorców, a to oznacza, że nie wszystkim się spodoba. Pojawiały się więc obawy: A co, jeśli negatywnych opinii będzie więcej niż pozytywnych? I czy będę w stanie je udźwignąć, czy może uznam, że jednak się do tego nie nadaję? Te wątpliwości były, ale nie pozwoliłam, żeby mnie sparaliżowały. Chciałam wykorzystać swoją szansę.

DD: Jak sobie z nimi radziłaś? Masz jakąś radę dla autorów z Wattpada, którzy też się nad tym zastanawiają?

JS: Wierzyłam w swoją książkę i w swoich czytelników, którzy zapewniali, że nie mogą się doczekać premiery, że już zamówili egzemplarz w przedsprzedaży. Po premierze, gdy zaczęły pojawiać się pierwsze opinie, z ulgą przekonałam się, że tych pozytywnych jest zdecydowanie więcej, choć oczywiście nie każdemu „Instytut Absurdu” przypadł do gustu. Liczyłam się z tym, że ktoś może nie polubić się z moim poczuciem humoru albo uznać, że historia jest zbyt absurdalna. Dlatego trzeba po prostu robić swoje i szukać swojej publiczności. A jeśli trafiasz też do osób, którym się nie podoba, to znaczy, że książka wyszła poza bańkę fanów. I dobrze, bo to oznacza szerszy zasięg, nawet jeśli niesie ryzyko, że na kilku zadowolonych czytelników, inny pomyśli, że zmarnował czas. Takie życie.

DD: Często uważa się książki z Wattpada za literaturę gorszą, która wybiła się tylko popularnością. Czy uważasz, że ten stygmat wciąż istnieje w szerszej świadomości?

JS: Może trochę tak. Na początku wiele popularnych książek wydawanych z Wattpada miało różną jakość, więc w świadomości ludzi zakorzeniło się przekonanie, że na Wattpadzie liczy się głównie popularność, a niekoniecznie idzie z nią w parze jakość. Ale myślę, że sytuacja trochę się zmienia. Wattpad może być świetnym miejscem, by zdobyć pierwszych czytelników, którzy potem pójdą za Tobą dalej.

DD: Czy uważasz, że „Instytut” przebija tę bańkę i zmienia te opinie?

JS: Dostawałam wiadomości od czytelników, że „Instytut Absurdu” udowadnia, że na Wattpadzie też można znaleźć coś fajnego i nietuzinkowego. Jeśli tekst jest jakościowy, każda platforma, która pozwala mu dotrzeć do ludzi, naprawdę się przydaje.

DD: Czyli Wattpad daje realną możliwość wybicia się?

JS: Niekoniecznie tylko Wattpad. Każda platforma, która pozwala się przebić z tekstem        – czy to właśnie Wattpad, czy może publikowanie fragmentów na Instagramie, czy jeszcze coś innego, to może być świetny sposób, by pokazać siebie i zdobyć pierwszych czytelników.

DD: A czy przed Wattpadem publikowałaś na innych platformach?

JS: Ojej, bardzo dawno temu, gdzieś w czasach podstawówki, pisałam pierwsze fanfiki, chyba jeszcze na blogach. Zazwyczaj kończyło się to po trzech–czterech rozdziałach i… umierało śmiercią naturalną.

DD: Zawsze coś. Tekst na platformie, a tekst po redakcji to często dwie różne historie. Jak duże zmiany zaszły w „Instytucie” od wersji wattpadowej do drukowanej?

JS: Wersję z Wattpada poprawiłam jeszcze sama, zanim wysłałam ją do wydawnictwa. Kiedy usiadłam do tekstu na świeżo, od razu zauważyłam, co można poprawić i gdzie coś nie do końca działa. Potem tekst z propozycji wydawniczej trafił do profesjonalnej redakcji, która go doszlifowała. Możemy zatem uznać, że potrzeba wprowadzenia sporo zmian, aby ze szkicu wattpadowego powstała pełnoprawna książka do druku.

DD: Czy były jakieś wątki, które musiałaś zmienić drastycznie?

JS: Drastycznych zmian w wątkach nie było. Raczej chodziło o drobne poprawki: a tu czegoś było za mało, tam czegoś brakowało, a w innym miejscu trzeba było trochę stonować humor, żeby nie był zbyt ostry.

DD: Czyli lepiej wybrzmi, jak będzie łagodniejszy?

JS: Dokładnie, niektóre żarty lepiej wybrzmią, gdy pewne rzeczy są zaznaczone bardziej subtelnie. Natomiast sama fabuła praktycznie się nie zmieniła, chodziło głównie o drobną kosmetykę.

DD: A czy były zmiany, z którymi się nie zgadzałaś i chciałaś postawić na swoim?

JS: Nie, nie miałam takiej potrzeby. Uznałam, że skoro pracowałam z profesjonalistami, a to mój debiut, chętnie wysłuchałam każdej rady. To był prawdziwy dialog – redaktorka pytała, dlaczego coś napisałam w taki sposób, ja tłumaczyłam swoje decyzje, i wspólnie dochodziliśmy do kompromisów, żeby tekst wyszedł jak najlepiej. Nie zdarzyło się, żeby        z mojej strony padło twarde „nie”.

DD: Co było największym wyzwaniem w pracy z wydawnictwem?

JS: Największym wyzwaniem było… czekanie. Cały proces trochę trwa. Najpierw podpisanie umowy, potem redakcja, następnie moje poprawki po redakcji, później korekta      i skład, a w międzyczasie jeszcze projekt okładki i ustalenie daty premiery. Ten czas zajął coś około roku. Najtrudniejsze było to, że w trakcie tego całego procesu wiedziałam, na jakim teraz jesteśmy etapie, ale nie mogłam się tym jeszcze chwalić. Musiałam czekać na zielone światło, zanim mogłam ogłosić premierę.

DD: Wspominałaś, że słuchałaś porad redaktora. Czy czujesz z perspektywy czasu, że trafiłaś na dobrego redaktora, który pomógł tej historii dojrzeć?

JS: Tak, to prawdziwe szczęście trafić na redaktora, który naprawdę czuje historię i klimat książki. Pracowało nam się świetnie. Ogólnie przez cały proces powstawania książki czułam się dobrze zaopiekowana, a atmosfera była bardzo przyjazna.

DD: Skoro „Instytut” to trylogia, a czytelnicy po pewnym cliffhangerze zacierają ręce na trzeci tom, to na jakim etapie są prace?

JS: Zdradzę tylko tyle, że poprawiłam już szkic trzeciego tomu. Co do dalszych planów…   na razie zachowam szczegóły dla siebie. Trzeba się uzbroić w cierpliwość.

DD: Czy te trzy tomy zakończą historię Instytutu, czy może w przyszłości będzie to rozbudowywane?

JS: Te trzy tomy na pewno zakończą historię Elizy. Ale kto wie? Może kiedyś powstanie coś okołoinstytutowego? Zobaczymy.

DD: Trzymam kciuki, bo bardzo lubię czytać o Instytucie, a moją ulubioną postacią jest Garlicki , więc to dla mnie ważne. Bardzo dziękuję za rozmowę.

JS: Dziękuję również! Cieszę się, że Instytut Absurdu znalazł miejsce w czytelniczych sercach (i że Garlicki ma swoje fanki).

Recenzje „Instytut Absurdu”:

Instytut Absurdu tom 1
Instytut Absurdu

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Copyright © 2026 Cień Pisarza. All Rights Reserved. | Catch Vogue by Catch Themes