
Są gry, które są po prostu… trudne do recenzowania. Nie dlatego, że są złe. Wręcz przeciwnie. Są tak dobre w tym, co robią, że trudno ubrać emocje w słowa. „My Little Puppy”, które wyszło zaledwie kilka dni temu, to jedna z tych produkcji. To gra, która łapie cię za gardło od pierwszej minuty i nie puszcza długo po napisach końcowych.
Szczerze? Popłakałam się. I to nie raz. Ze wzruszenia, ze smutku i na koniec – z jakiegoś dziwnego rodzaju szczęścia. Jeśli jesteś „psiarzem”, ta gra to emocjonalny rollercoaster, który uderza w najczulsze struny.
W pogoni za „pańciem”
Fabuła jest prosta, ale to w tej prostocie tkwi jej genialność. Wcielamy się w uroczego corgiego, który trafił do psiego raju. Czeka tam cierpliwie na swojego ukochanego „pańcia”. Dni mijają mu na beztroskiej zabawie, bieganiu po chmurkach i jedzeniu ulubionej karmy w towarzystwie innych czworonogów.
Jest tylko jeden problem. Widać tęsknotę. Zwłaszcza gdy kolejni psi przyjaciele radośnie biegną na spotkania ze swoimi ludźmi, którzy przybywają przez Tęczowy Most.
Pewnego dnia nasz Corgi czuje znajomy zapach… ale jego człowiek wcale nie przychodzi tam, gdzie powinien. Miłość okazuje się silniejsza niż zasady psiego raju. Psiak postanawia opuścić bezpieczną krainę i wyrusza w niebezpieczną podróż, by odnaleźć swojego przyjaciela.
I to jest, moi drodzy, kawał przepięknie opowiedzianej historii. Gra nie używa ani jednego słowa dialogu, ale motywacje i uczucia są krystalicznie czyste. To list miłosny twórcy (zadedykowany jego zmarłemu Corgiemu, Bong-go) do wszystkich, którzy kiedykolwiek kochali zwierzaka.
“My little puppy” – Kiedy łapka spotyka zagadkę
No dobrze, ale jak się w to właściwie gra? „My Little Puppy” to w gruncie rzeczy platformówka 2.5D z elementami logicznymi. Nasz Corgi przemierza rozległe krainy – od ponurych lasów, przez pustynie, aż po mroźne górskie szczyty.
Zagadki są świetnie wyważone. Nie obrażają naszej inteligencji, ale też nie frustrują na tyle, by rzucić padem o ścianę. Są różnorodne, angażujące i często po prostu relaksujące. Moment, w którym przemierzamy ciemne jaskinie, a naszym zadaniem jest zbieranie świetlików, by oświetlić sobie drogę – czysta poezja.
Po drodze musimy też mierzyć się z niebezpieczeństwami, od dziwnych stworów kradnących aureole po (a jakże) groźnego Cerbera. Na szczęście nie jesteśmy sami. Spotykamy inne zagubione dusze (ludzkie i psie), którym dajemy „pomocną łapkę”, a one często odwdzięczają się tym samym.
Coś tu jednak zgrzyta (i nie są to pazury)
Niestety, choć fabularnie to majstersztyk, gra ma dwa problemy. Jeden mniejszy, drugi trochę większy.
Mniejszy to zmarnowany potencjał postaci pobocznych. Świat gry jest żywy, pełen detali, w tle ciągle coś się dzieje, a NPCe reagują na naszego Corgiego. Super! Szkoda tylko, że nie możemy wejść z nimi w głębsze interakcje. Spotykamy dziesiątki psów i ludzi z potencjałem na niesamowite, chwytające za serce historie, ale gra tylko muska je po powierzchni. Daje nam pole do wyobraźni, ale ja czułam niedosyt.
Ok, możemy pobawić się z innymi psami albo je podrażnić i to tyle.
Większym problemem jest mechanika. „My Little Puppy” bywa niestabilne. W bardziej dynamicznych sekwencjach gra potrafiła gubić klatki. Zmiana rozdzielczości trochę pomogła, ale nie wyeliminowała problemu. Co gorsza, zdarzały się kłopoty ze sterowaniem – psiak czasem nie reagował na przyciski, a skok potrafił być opóźniony lub nie zadziałać w ogóle. W grze, która ma jednak elementy zręcznościowe, to potrafi wyrwać z klimatu.
Obraz i dźwięk, które leczą duszę
Na szczęście te techniczne wpadki wynagradza oprawa. Graficznie ta gra to prawdziwe dzieło sztuki. Ma delikatny, bajkowy i bardzo oryginalny styl. Co najważniejsze – oprawa wizualna idealnie dopasowuje się do nastroju. Gdy trzeba, jest mrocznie i ponuro. W innych momentach jest ciepło, wzruszająco i pokrzepiająco. To sztuka, która perfekcyjnie służy opowieści.

My little Puppy: Gra dla każdego, kto ma serce
„My Little Puppy” to emocjonalna bomba. Historia prowadzi nas za rękę jak dobra książka – powoli buduje napięcie, prowadzi przez spokój, lęk i smutek, aż do punktu kulminacyjnego i pięknego epilogu.
Komu polecam? Zdecydowanie każdemu „psiarzowi”. A jeśli niedawno straciłeś swojego czworonożnego przyjaciela… ta gra będzie jednocześnie ukojeniem i potężnym ciosem prosto w serce.
Muszę jednak ostrzec: to NIE jest gra dla małych dzieci. Bagaż emocjonalny jest tu ogromny i najmłodsi mogą po prostu nie być na to gotowi.
Mimo technicznych wpadek i niewykorzystanego potencjału postaci pobocznych, to jedna z najbardziej poruszających i szczerych gier, w jakie grałam od dawna. Kupujcie. Tylko serio, miejcie pod ręką pudełko chusteczek. Na pewno wam się przyda!






