Site Overlay

Ostatnia opowieść mojego dziadka – roz. IX

Spakowali już ostatnią walizkę do auta. Andrzej patrzył jak drzwi pojazdu zamykają się automatycznie. Bez najmniejszego dźwięku czy szelestu. Wziął głęboki wdech. Maseczka na jego twarzy zaświszczała. Nie lubił tego dźwięku. Mimo, że znał go od nastoletnich lat.  

Piekielna maseczka. Dotknął ręką zimnego metalu. Bardziej przypominała robotyczną szczękę, zakrywającą jego usta i nos. Filtrowała powietrze, oczyszczając je z toksyn. Nie lubił jej.  

Wszystko było gotowe. Obejrzał się jeszcze na swój dom. Miejsce, w którym się urodził. Dorastał. Jedyne miejsce jakie znał jego syn i mógł nazwać domem. Zakłuło go w sercu. Jego ojciec wróci już tutaj sam.  

– Andrzej – głos jego brata wyrwał go z zamyślenia.  

– Idę – powiedział słabo.  

Jako ostatni wsiedli do auta. Drzwi zamknęły się za nimi. Rozległ się szum. Wszyscy byli już w środku. Elżbieta siedziała z tyłu na kanapie razem z Kostkiem i Różą. Obydwoje wtulali się w nią. Skuleni. Zdenerwowani, ale nie płakali. Karolcia siedziała na fotelu. Głowę miała opartą o szybę, a w rękach ściskała notatnik. Andrzej go znał. Widział go zawsze na stoliku nocnym swojego ojca. Jakoś nie zaskoczyło go to. Poczuł swego rodzaju ulgę, że pogodzili się przed wyjazdem.  

“Oczyszczono powietrze. Można zdjąć maseczki filtrujące” rozległ się mechaniczny głos we wnętrzu auta. Nikomu nie trzeba było tego powtarzać dwa razy. Andrzej zdjąć swoją maseczkę. Kliknął przycisk z boku, przy żuchwie. Maseczka zwinęła się w cienki elastyczny kawałek grubego metalu. Mógłby go założyć na nadgarstek jak bransoletkę. Jak zawsze, ale tym razem nie było jak zawsze. Odłożył ją na podstawek przy oknie.  

Marcin wbił trasę na kokpicie kierowcy, a potem odwrócił się do reszty. Auto ruszyło. Bezszelestnie, Bez zrywania. Powoli nabierało prędkości.  

“Podróż do strefy odlotu promu 45c zajmie 178 minut”  

Mało, pomyślał Andrzej. Poczuł ucisk w gardle. Ta podróż była ich ratunkiem, a on czuł się jakby jechał na ścięcie. Zresztą nie on jedyny. Atmosfera w środku przytłaczała. Nikt nie śmiał przerwać tej ciszy. Ani Karolcia ze swoją muzyką, podłączając się do kokpitu auta. Ani Róża z wiecznie roześmianą buźką, czy Kostek zadający pytania o stare budynki za oknem.  

Elżbieta przyciskała do siebie dzieci. Małe rączki Róży tłamsiły jej bluzkę. Kostek za to opierał się o nią dziwnie spokojny. Może był zmęczony, usprawiedliwiała. Wczoraj jej mały synek tak bardzo nie chciał zasnąć. Wolał siedzieć z dziadkiem, więc mu pozwoliła, dopóki nie odpłynął w objęciach Bogdana.  

Chyba tylko Bogdan był spokojny. Wpatrywał się w mijany za szybą krajobraz. Gdy tylko spostrzegł, że Andrzej go obserwuje odwrócił się w jego stronę. Uśmiechnął się. Jego oczy zabłyszczały. Andrzej poczuł jak ucisk w klatce piersiowej odpuszcza.  

Będzie dobrze, pomyślał. Czuł, że znowu może normalnie oddychać.  

– Nie boisz się zostać sam? 

Słaby, ale pewny głos Kostka rozbrzmiał po aucie. Wszyscy spojrzeli na niego, ale wiedzieli do kogo skierowane jest to pytanie. Bogdan odwrócił fotel w stronę Kostka. Ten ciepły uśmiech nie schodził z jego twarzy. To był czas na jego ostatnią opowieść.  

… 

Może powinienem powiedzieć co było po naszym ślubie, ale… Nie wiem, czy mamy tyle czasu, abym mógł opowiedzieć o pracy w policji. Potem o wojnie. Zmianach na całym świecie. Jak tak wielu umarło w wyniku pandemii, a potem w obliczu trzeciej wojny. Pochłonęła wszystkich, a zabrała więcej niż ktokolwiek chciałby przyznać. Zrobiono wtedy tak wiele złych i makabrycznych rzeczy, o których na pewno się dowiecie. Ale nie teraz. Nie dzisiaj. Nie ode mnie.  

Mogę powiedzieć, że jak wojna zaczęła się od strachu tak i strach ją zakończył. Strach o to, że stracimy wszystko, bo zabrnęliśmy za daleko. Przywódcy sądzili, że zatrzymali się zanim nastąpiło najgorsze. Jak bardzo się mylili dowiedziałem się dopiero kilka lat po zakończeniu wojny.  

Już w naszym domu. Zanim musieliśmy uszczelnić okna. Gdy drzewa były jeszcze zielone, a powietrze czystsze. Słońce tak przyjemnie grzało. Był to jeden z moich dni wolnych, które mogłem spędzić w domu. Mimo tego, że wojna się skończyła dalej pracowałem w wojsku. Przy innych akcjach.  Pomagałem sprzątać to, co zostawiały po sobie huragany i powodzie. Dlatego cieszyłem się z każdej minuty jaką mogłem spędzić w ich towarzystwie. Marcin biegał po ogrodzie z Andrzejem. Ganiali się, a ja z Karoliną siedzieliśmy na kocu w cieniu naszej jabłonki. Karo opierała się o mnie, opowiadając jak minął nasz czas rozłąki. Jak była na przedstawieniu w szkole Andrzeja albo jak chodziła z Marcinem po sklepach szukając nowych trampek. Ze starych wyrósł. A ja słuchałem, oglądając naszych małych chłopców biegających, śmiejących się.  

Czasem tak bardzo chciałbym wrócić do tamtych chwil. Do tamtego momentu przed burzą. Grzmot uderzył niespodziewanie.  

Rozbrzmiał dźwięk telefonu. Jakaś melodyjka ustawiona fabrycznie. Karolina spojrzała na mnie z wyrzutem. Naprawdę nie przepadała za tym jak odbierałem telefony z pracy podczas wolnego.  

– To tylko Michał – powiedziałem wzruszając ramionami. – Pewnie dzwoni z pytaniem, czy może wpaść na piwo wieczorem. – Karolina westchnęła. Myślała tak jak ja, że mam rację.  

– Może wypróbuję ten nowy przepis z kurczakiem – powiedziała Karolina, bardziej do siebie niż do mnie, planując już kolację. 

Uśmiechnąłem się do niej. To było słodkie. Po prostu cała Karolina.  

Odebrałem. Awatar Michała wyświetlił się na moim ekranie. Chciałem się przywitać, ale czułem jak słowa ugrzęzły mi w gardle. Miał tak ponurą minę. Poważną. Taką, którą widziałem zaledwie parę razy w życiu. Nie wróżyła niczego dobrego.  

– Musimy porozmawiać – powiedział chłodno Michał. – We dwóch – dodał zerkając na Karolinę.  

– Idź – powiedziała, kładąc mi rękę na ramieniu. – Zajmę się chłopcami.  

Po chwili wstała, otrzepała swoją letnią sukienkę. Krzyczała do naszych chłopców, czy ona może stać na bramce. Takiej prowizorycznej między dwiema tujami. Zaśmiali się, ale nie odmówili. Zanim wszedłem do domu, widziałem jeszcze jak zbierali szczęki z podłogi jak Karo obroniła trzy ich kopnięcia z rzędu.  

… 

– Byłeś przekonany, że to dzięki sukience mama sobie tak dobrze radziła – przerwał Marcin śmiejąc się pod nosem. Andrzej speszył się, czerwieniąc na policzkach.  

– Miałem siedem lat – warknął Andrzej.  

Karolcia uśmiechnęła się pod nosem. 

…. 

Zamknąłem drzwi, siadając w kuchni. Położyłem telefon przed sobą, a Wierzba patrzył na mnie. Widziałem, że zbiera się, aby coś powiedzieć. Czułem, że to nie będzie nic przyjemnego. Chciałem rozładować atmosferę. Myślałem, że Michał może wyolbrzymiać. Przy mnie często zdejmował maskę stoickiego generała. Chciałem go rozbawić.  

– To, gdzie tym razem świat się wali? – zagaiłem. Nie myślałem, że to sprawi, że tak poblednie. Wyglądał jakby zobaczył ducha. Wpatrywał się we mnie nic nie mówiąc. Może trwało to chwilę, ale dla mnie jakby wieczność. Michał wziął wdech. Wyprostował się.  

– Dostałem potwierdzenie odczytów z Yellowstone – zaczął Wierzba, ale przerwał.  

Jakby nie potrafił wypowiedzieć kolejnych słów. Znałem sprawę z Yellowstone. Od kilku miesięcy dostawaliśmy informacje na temat trzęsień ziemi w tamtej okolicy, czy widocznym dymie. Prowadziliśmy rutynowe działania przesiedlenia ludzi. Zabezpieczanie domów, osób, które nie chciały odejść.  

– Czyli mamy się szykować na kolejne trzęsienie. Rutynowe działania, tak? – próbowałem ciągnąć za język Michała.  

– Nie, nie – powtarzał Wierzba, a głos mu drżał. – To nie kolejna rutynowa akcja, Brzózka. – Głos mu się załamał. Wziął głęboki wdech. Nie mógł na mnie patrzeć. – Tym razem nie będzie co ocalić.  

Nie potrafiłem na to odpowiedzieć. Zalał mnie zimny pot. Dreszcz, który poczułem w koniuszkach palców, a w uszach mi zaszumiało. A Michał mówił dalej. O tym, że odczyty z Yellowstone, nigdy nie były błędem aparatury, jaki usłyszeliśmy pierwszy raz kilka miesięcy wcześniej. O tym, że jajogłowi długo debatowali co te odczyty oznaczają. Słyszał plotki. Nic potwierdzonego. Dlatego początkowo tak się wkurwił. Powiedział, że powinni mu to powiedzieć już na samym początku, a nie jak to już jest tak źle. Przywódcy zrzucili na niego najgorsze gówno. Miał wystąpić przed ludźmi na żywo w specjalnym rządowym komunikacie. On. Nie przywódcy sojuszu, nie jacyś naukowcy. Tylko generał. Miał ogłosić wszystkim, że świat się kończy. Nie za setki lat, ale za 50 może 70 lat jak dopisze nam szczęście. Powiedzieć o planie “Arka”. O budowie promów na Marsa. O tym, że nie wszystkich da się uratować. Nie miał pojęcia co robić.  

Rzadko widziałem go tak roztrzęsionego. Żałowałem, że nie mógł przyjechać osobiście. Ale dzieliły nas setki kilometrów. A jemu powiedzieli zaledwie kilka godzin temu. Cały ten czas zbierał w sobie odwagę, aby do mnie zadzwonić. Byłem pierwszy, któremu powiedział.   

– Czy możesz być tam ze mną? Powiedzieć to? – zapytał w końcu, po swojej opowieści. Zaskoczył mnie. – Ja wiem, że to wielka odpowiedzialność. Ale przyznajmy szczerze, że ty tu lepiej pasujesz niż ja – mówił dalej Michał. I to nie było słodzenie. Wierzba rzadko kogoś chwalił i to jedynie wtedy, gdy ktoś wykonał świetną robotę. – Mi dali ten awans tylko dlatego, że ty wolałeś pracować w terenie. – Cóż miał z tym rację. Sporą. Bo odmówiłem awansu lata temu. Wolałem wciąż przewodzić naszemu jagodowemu komando. – Zawsze lepiej motywowałeś drużynę niż ja. – dodał melancholijnie Michał. – Nie musisz mi teraz odpowiadać. Wystąpienie ma być za tydzień w naszej bazie. Stamtąd będzie emisja.  

Pokiwałem głową. Obiecałem dać mu znać za parę dni. Potem rozłączyliśmy się. Nie wiem, ile siedziałem w kuchni. Po prostu wpatrywałem się w telefon. Przetwarzałem to co powiedział mi Wierzba. Nie ważne co o tym myślałem, paraliżowało mnie to. Nie mogłem sklecić porządnej myśli. Kręciły sie w mojej głowie wokół tego co usłyszałem. Nie wiedziałem nawet co się dzieje obok mnie. Karolina odprowadziła chłopców na górę, a potem wróciła z kubkiem herbaty. Podobno siedziałem tam jak posąg, nieobecny, dopóki nie pstryknęła mi palcami przed oczami. Wyglądałem podobno gorzej niż w najczarniejszych dniach wojny – jakbym spojrzał w oczy samej Śmierci. Szepnąłem tylko, że właśnie to zrobiłem. 

Ona nie drążyła. Chociaż wiem, że ją wystraszyłem. Zamiast panikować, po prostu mnie przytuliła. Pozwoliła wtulić się w ramię. Zaciagnąłem się zapachem jej ziołowego szamponu do włosów. Rumianek. Lekko zmieszany z potem, który ściekał jej po karku. Ale tak bardzo potrzebowałem jej objąć. Siedzieliśmy tak dopóki nie uspokoiłem serca, które gnało jak szalone. Dopiero wtedy zrozumiałem, że przez ten cały czas gnało jak szalone. Desperacko trzymałem się mojej Karo.  

A potem powiedziałem jej wszystko. Trzymałem jej drobne dłonie w swoich nie będąc w stanie unieść głowy.  

Moja Karo. Wzięła swoje dłonie z moich. Wyślizgnęły się, a mnie zrobiło się zimno. Bałem się. Potem poczułem jej ciepłą rękę na swoim policzku. Delikatnie podniosła moją głowę, aby nasze oczy się spotkały. Te piękne oczy. Szkliły się, jakby miała się rozpłakać, a mimo to się uśmiechała. Przekrzywiła lekko głowę, a potem mnie pocałowała. Musnęła moje wargi, a ja to odwzajemniłem. Objęła mnie rękoma szepcząc do mojego ucha “jestem”. “Nigdzie nie idę”.  

Spędziliśmy tak noc. Nic nie mówiąc tylko będąc obok siebie. Dając sobie oparcie. Rano wysłaliśmy chłopców do moich rodziców. Chcieliśmy sami przedyskutować co robić bez małych wścibskich uszu. Po dwóch dniach odzwoniłem do Wierzby. Cztery dni później stałem przed kamerą. Jakaś wizażystka nakładała mi puder. Ciągle powtarzała, że za bardzo się świecę. Miałem ochotę wyrwać jej tą kretyńską gąbeczkę.  

– Zostaw go już – powiedział Wierzba, podchodząc do mnie. Wizażystka tylko przewróciła oczami, odchodząc. Mamrotała coś o złej energii.  

– Skąd wyście ją wzięli? – zapytałem, gdy się oddaliła.  

– Chuj wie – podsumował. Oboje się roześmialiśmy. Zerknąłem na Karo i chłopców siedzących w pierwszym rzędzie. – Za chwilę zaczynamy. Może jednak zdradzisz mi co powiesz? – zagaił Michał. – Tych z góry może i przekonałem, żeby dali ci wolną rękę, bo i tak zrobiłbyś to po swojemu. Ale nie uważasz, że chociaż ja powinienem wiedzieć?  

– Przecież właśnie sobie odpowiedziałeś – zażartowałem.  

Wierzba spojrzał na mnie, a potem się roześmiał. Poklepał mnie jeszcze po plecach, a potem usiadł obok mojej rodziny. Z Karo ustaliliśmy wszystko. Rozmawialiśmy przez tamte dwa dni, aby nie było wątpliwości. Chłopcom trudniej było to wyjaśnić, ale na szczęście byli bardzo dojrzali. Rozumieli, że nie zniknę z ich życia z dnia na dzień. Ale musieli wiedzieć.  

Wziąłem głęboki wdech. Mundur jak rzadko mnie uwierał. Kołnierzyk drapał. Patrzyłem prosto w kamerę. Na ekranie obok wyświetlały się sekundy do rozpoczęcia transmisji na żywo. Ręce mi się trzęsły, ale starczyło jedno spojrzenie na Karo, abym znowu poczuł grunt pod nogami.  

Transmisja rozpoczęła się. Byłem zmęczony. Z Karo tyle rasy powtarzaliśmy co mam powiedzieć, aby brzmieć ludzko. Uznaliśmy, że musimy pójść na żywioł. Tak jak zawsze to robiłem. Słuchać serca.  

– Stoję tu przed wami, bo mój przyjaciel, generał Wierzbicki, poprosił mnie o pomoc. Nie jestem naukowcem ani politykiem. Jestem Bogdan Brzozowski, rocznik 99. Człowiek, który przeżył wojnę i pandemię, i który, tak samo jak wy, chce jutro wypić kawę w spokoju – zacząłem mówić. Czułem, że czapka mnie uwiera. Położyłem ją na podium, ale zsunęła się. – Chcę znowu usiąść ze swoją żoną pod naszą jabłonią w ogrodzie. Oglądać jak nasi synowie grają w piłkę. – Chciałem brzmieć jak człowiek, a nie jak jakiś oficjel. Chłodno, bez serca. Byli ludźmi takimi jak ja. – Większość z was słyszała o doniesieniach ze Yellowstone. Okoliczne trzęsienia ziemi. Liczne powodzie w innych częściach globu. Wiele… – głos mi się załapał. Spuściłem na moment wzrok. Nie mogłem kluczyć. Musiałem być konkretny. A tego nauczyło mnie wojsko. – Przez lata wojny uczyliśmy się wzajemnie nienawidzić. Teraz natura dała nam wspólnego wroga, którego nie pokonamy karabinem. Yellowstone nie dba o nasze granice ani o nasze sojusze. Mamy wybór: albo zginiemy, kłócąc się o ostatnie kawałki suchej ziemi, albo zrobimy coś, co wydaje się niemożliwe. – Trudno było mówić o końcu świata. Wciąż zdawało mi się to takie odległe, a jednak takie prawdziwe. W końcu widziałem odczyty. Symulacje. Nie mogliśmy zostać na Ziemi. Nie mieliśmy na niej przyszłości. – Pamiętam jak w mojej drużynie jeszcze za czasów szkolenia. Gdy nie byliśmy oficjalnie Jagodowym Komando, nauczyliśmy się jednej rzeczy: współpracy. Działania jak drużyna. Kiedy jeden z nas cierpiał, wszyscy czuliśmy ból. Kiedy jeden z nas zawalił, wszyscy szorowaliśmy podłogę na rozkaz Borsuka. Plan Arka to nasza największa akcja drużynowa. Nie tylko wojska czy elit. Ale też nas. Zwykłych ludzi, rodzin. Każdy z nas przysłuży się do budowy statku, który będzie dla ocalenia naszego gatunku – Mówiłem prosto. Nie chciałem zabrzmieć źle ani sztucznie. Miałem przekazać ludziom informacje. Plan na ratunek, tylko, że on nie obejmował wszystkich. Nawet władze nie podjęły decyzji kto ma lecieć a kto zostać. Nie mieli rozwiązania. Nie wiem na co oni wtedy liczyli. Chyba na jebane szczęście albo właściwa osoba na właściwym miejscu. – Wiem, o co zapytacie: kto decyduje? Kto przeżyje? Pozwólcie, że zacznę od siebie. Nazywam się Bogdan Brzozowski i publicznie zrzekam się swojego miejsca na promie. Nie polecę na Marsa. Mój bilet oddaję dziecku, które jeszcze się nie urodziło. Moje życie należy do tej ziemi i tutaj chcę je skończyć.  Robię to, bo chcę, żeby dzieci takie jak moi synowie, i dzieci, których oni kiedyś będą ojcami, miały dokąd uciec. Żeby miały nadzieję, której nam tutaj już zabrakło”. – Wszyscy w studio spojrzeli na mnie jak na kosmitę. Oprócz mojej rodziny. Wierzba o mało co nie spadł z krzesła. Cóż przynajmniej wszystkich zaskoczyłem. Ale chciałem też pokazać a raczej przekazać ideę. Nie sama rezygnację. Bo ja się nie poddałem. – Jako żołnierz widziałem wiele śmierci, ale to śmierć mojego brata nauczyła mnie jak kruche jest życie. Jak potrafi przeciec nam przez palce. Ale miłość do mojej żony nauczyła mnie, że właśnie dlatego warto o nie walczyć do samego końca. Nie pozwólcie, by strach was podzielił. – Przez większość czasu bawiłem się swoją obrączką. – Chciałbym, aby Akra, ludzie nie kierowali się strachem. Pragnę, aby łączyła ich nadzieja. Pracę zaczniemy niedługo, ale dzisiaj wrócę do domu. Do mojej żony, do dzieci. Wam radzę to samo. I tak zakończyłem swoje przemówienie. Po nim było dużo szumu. Wierzba przepytywał mnie. Martwił się, czy to przemówienie nie było błędem. Bał się bardziej o to, czy przełożeni mnie nie ukażą. Chociaż nie bardzo wiedziałem za co, ale dla nich pewnie coś by się znalazło. Tylko, że mnie to nie obchodziło. Karo z dziećmi czekała na mnie na tamtej sali, nawet nie drgnęli, gdy wszyscy na mnie ruszyli. Czekali, aż to minie. A minęło szybko, gdy Wierzba wszystkich wyrzucił. Uznał, że oficjele, jacyś urzędnicy przegięli. A Michał zrozumiał, szybciej niż sądziłem, że ja po prostu byłem sobą. Tym czego sam chciał. I jak się okazało w nadchodzących tygodniach tego, czego wszyscy potrzebowali.  

W ciągu kilku godzin wróciliśmy do domu. A Wierzba razem z nami. Uznał, że musi wziąć kilka dni wolnego. Chciał zobaczyć żonę i małą Eli. Jak to ujął skorzystać z mojej rady. Kilka kolejnych dni spędziłem w domu. Przyjechała moja mama. Zmyła mi głowę, w sumie chyba nie wiem za co. Chyba za sam fakt, że do niej nie zadzwoniłem. Została z nami przez kilka lat, zanim odeszła.  

My żyliśmy dalej. Bawiliśmy się z chłopcami. Karo testowała nowe przepisy z moją mamą. Ja pisałem. Pozwalało mi to oczyścić głowę. A potem wiadomość od Wierzby. Miałem lekki stres przy każdym jego telefonie, nawet jeśli kończyło się wyjściem na piwo kilka ulic ode mnie. Mimo to zamarłem na moment. Odczytałem wiadomość. Początkowo jej nie rozumiałem. Miałem włączyć telewizor.  

Poszedłem do salonu. Chłopcy akurat oglądali bajki. Wziąłem im pilota mimo protestów. Przełączyłem na wiadomości. Widok mnie zamurował.  

– Tato! Oni mówią o tobie! – krzyczał Andrzej przy moim uchu. Rzeczywiście w wiadomościach o mnie mówili. Puścili fragment mojego przemówienia, a potem rozmowę z jakimś bisnesmenem. Właścicielem jakieś międzynarodowej firmy. Nie wiem kto to był, bo nie bardzo interesowałem się tym światem.  

Gościu mówił, że go zainspirowałem. Obudziłem w nim coś czego chyba nawet sam się nie spodziewał. Mówił o wierze w ludzkość, o dobroci, która według niego nigdy nie istniała w ludzkości. Bardzo okrutnie, ale chyba trafnie. Powiedział, że moje przemówienie było ludzkie. Dostrzegł w nim miłość do rodziny, nadzieję dla dzieci, a nie nas dorosłych. Coś innego niż sztywne formułki. Dlatego podjął decyzję. Zrezygnował ze swojego miejsca, a wszelkie dochody przekaże misji Arka. Nie miałem pojęcia co powiedzieć. Andrzej patrzył na mnie tak, jakby pierwszy raz zobaczył we mnie kogoś więcej niż tylko tatę, który każe mu sprzątać zabawki. A na ten rozgardiasz weszła moja mama z Karo. Miały telefon i oglądały jakiś live znanego kucharza.  

– To chyba już wiecie co się dzieje – powiedziała Karo, rozglądając się po salonie. – Skarbie, chyba twoje przemówienie wywarło większe wrażenie niż ktokolwiek sądził. – Stwierdziła Karo.  

Dała mi swój telefon, pokazując live tego ich ulubionego kucharza. Tam to samo. Również mówił o moim przemówieniu. O inspiracji i rodzinie. On i jego żona na live zrezygnowali ze swojego miejsca. Mówili, że wolą zostawić je dla swoich wnuków albo czyiś. Oni mają inna rolę. Chcieli zgłosić się jako wolontariusze przy planie Arki. Nie ważne, że w tamtym momencie jeszcze czegoś takiego nie było. Ludzie w komentarzach zaczęli pisać, rezygnować z Arki. Pytali czy starczy to ogłosić publicznie, czy może wybrać się do jakiegoś urzędu. W sumie nawet nikt nie przewidział takiej możliwości. Przez pierwszy miesiąc nie było procedur, dopiero potem ogarnęli formularze.  

Wiadomo, że nie wszyscy zrezygnowali. Ale dużo ludzi to zrobiło. Chcieli przyłączyć się do budowania nowej nadziei. Byłem o tym informowany na bieżąco, chyba po prostu zrobili ze mnie jakiegoś koordynatora. Wielu rezygnowało, ale chciało też pomóc w inny sposób. Otworzono program wolontariuszy. Nawet jeśli nie mieli umiejętności jak inżynierowie moim zadaniem było coś im znaleźć. Robiłem co mogłem. Pierwszy raz zamiast akcji ratunkowej, gdzie brakowało mi ludzi miałem ich nawet za dużo. Ironiczne. Robiłem to przez te wszystkie lata – pomagałem układać nowy świat, wiedząc, że nie będę w nim mieszkał. Ale patrząc na to, co zbudowaliśmy, czułem, że mój bilet został wykorzystany najlepiej, jak mógł. 

… 

“Dotarłeś do celu. Drzwi otworzą się, gdy wszyscy pasażerowie założą maseczki” rozległ się robotyczny głos. Bogdan umilkł. Widać jego ostatnia opowieść nie będzie miała zakończenia. 

– To byłoby na tyle – powiedział Bogdan. Ale w jego głosie nie było smutku. Zmarszczki przy jego oczach pogłębiły się przez nieznikający z jego twarzy dobrotliwy uśmiech. Tylko jego oczy zdawały się jakieś przygaszone dla Andrzeja.  

Potężne ramiona jego ojca opadły lekko, a on sam zaczął się garbić. Jakby ktoś zdjął mu z ramon wielki ciężąr. Andrzej spojrzał na swojego brata, a ten na niego. Nie musieli nic mówić. Zrozumieli, że ich ojciec jest zmęczony. Dał im te 50 lat. Dopilnował, aby wszystko było dopięte na ostatni guzik, a oni mogli wykorzystać ten czas do samego końca. Ostatni prom był dla nich. Sami tego chcieli, jako rodzina. Kostek nie odzywał się, wtluł się tylko w swoją mamę, unikając wzroku Bogdana.  

Wszyscy zaczęli ubierać maseczki. Elżbieta pomagała najmłodszym dzieciakom. Karolcia założyła swoją bez problemu. A czas jaki został spędzała rozglądając się po pustkowiu, które kiegdyś lata temu było centrum kwitnącego miasta. Mijali puste rozebrane do połowy budynki, wyschnięte drzewa, czy całe parki. Pustynie. Po drodze minęli jedynie dwa albo trzy autonomiczne auta. Ostatni pasażerowie tak jak oni. Pragnęli wykorzystać czas z bliskimi do samego końca.  

Karolcia jak i dzieciaki widzieli miasto tylko na starych zdjęciach oraz filmach puszczanych w telewizji. Nigdy nie dowiedzą się co to znaczy błękitne niebo. Nie zobaczą nigdy tłumów ludzi przelewających się przez miejskie uliczki. NIe poczują słońca na swojej skórze. Ich dzieciństwo to dom oraz pył. Karolcia chodziła kiedyś do szkoły, ale w ostatnich latach skupiano się przede wszystkim na budowie promów na Marsa.  

Ludzie nie byli go w stanie terraformować tak chybko jakby chcieli, dlatego pobudowali miasta z ekosystemami. 

Ręce Bogdana trzęsły się, gdy zakładał maskę. Miał problem z trafieniem w przyciski aktywacyjny. Marcin nachylił się w stronę ojca, przytrzymując mu maseczkę. Bez problemu ją włączył. Bogdan pokiwał głową, chociaż nie było widać jego uśmiechu.  

“Drzwi otwierają się.”  

Wszyscy wysiedli z auta. Obok Marcina pojawił się jeden z pracowników. Odziany w czerwoną kamizelkę. Pomagał Marcinowi z bagażami. Nałożył na nie krążek antygrawitacyjny, aby łatwiej przenieść bagaże do promu. Sprawdzał też wszystkie dokumenty. Kilka metrów dalej podobną procedurę przechodziły trzy inne auta. Terminal 45c w większości świecił pustkami. Kilku pracowników przechadzało się po betonowym placu, wyłączając pozostałe urządzenia. Mieli odlecieć razem z nimi.  

Karolcia kręciła się obok nich, wznosząc pył do góry. Róża naśladowała siostrę kopiąc w usypane kupki pyłu.  

– Ej, a wiecie, że to nie ładnie tak niszczyć pracę chłopaków? – rozległ się za nimi stłumiony melodyjny głos. Dziewczynki zamarły, wpatrując się w stronę terminala. Zwykła bramka do odprawy, pozostawiona pośrodku placu, a za nią prom. Wielki statek kosmiczny mający pomieścić ostatnie kilkanaście tysięcy ludzi. W ciągu ostatnich lat wystartowało ich setki. Przenieśli prawie 2 miliardy ludzi z prawie 4 miliardów jakie przetrwały pandemię, wojnę i katastrofy klimatyczne. – Może powinnam dać wam miotły?  

Dziewczynki po chwili podbiegły do kobiety w śnieżnobiałym kombinezonie. Buty miała już pożółkłe od pyłu. Rzuciły jej się na szyję.  

– Hej, bo mnie wywrócicie! – krzyknęła Iza, przytulając córki. – Coś wam to długo zajęło. Mieliście korki na drogach? – zażartowała, a jej głos był stłumiony nie tylko przez maseczkę, ale też przez wiatr szumiący przez opustoszały plac.  

– Pewnie, w końcu to godziny szczytu – podłapał Marcin, klepiąc żonę po ramieniu. – Ogromny korek na wjeździe do miasta. Jakby nie mogli sobie znaleźć lepszej drogi. 

Marcin przekomarzał się z żoną, która trzymała na rękach Róże. Karolcia kręciła się obok nich. Walizki zostały zabrane, a Andrzej odebrał od chłopaka w czerwonej kamizelce sprawdzone dokumenty.  

– To zawiozę państwa platformą – odezwał się chłopak.  

– Nie trzeba, przejdziemy się. Odmaszerować – odparła Iza, nie patrząc na chłopaka.  

– Ale pani porucznik, procedury…  

– Chyba ten ostatni raz można zrobić wyjątek, prawda? – odezwał się Bogdan. Stał dumnie przed chłopakiem. Wypięta pierś. Proste ramiona. Jakby nagle odmłodniał o kilka dekad. Mocny, nawet przytłumiony głos Bogdana, musiał speszyć chłopaka. Ten od razu spuścił głowę. – I?  

– Tak, majorze – odparł szybko chłopak, wracając na platformę. Wziął torby i odjechał w stronę terminala.  

Marcin roześmiał się.  

– Widać major Brzózka wciąż sieje postrach, nawet na emeryturze – mówił Michał przez śmiech.  

– Wyglądał jakby miał zaraz portki zgubić – dodał Andrzej, wtórując bratu. 

– Chłopcy, trochę kultury – skwitował Bogdan, upominając synów. Ci szybko się wyprostowali, przepraszając pod nosem.  

Major zawsze będzie majorem. Iza widziała jak Bogdan znowu zaczyna się garbić. Ostry błysk zniknął, a pojawiło się zmęczenie. Odstawiła Różę, prosząc Karolcię, aby zajęła się siostrą. Z lekkim pojękiwaniem, chwyciła siostrę za rączkę.  

Iza podeszła do Bogdana. Zasalutowała dwoma palcami podnosząc prawą dłoń. Dotknęła nią krawędzi beretu. Bogdan skinął jej głową.  

– Jak minęła podróż, Majorze? – zagaiła Iza. Zawsze taka formalna, zdyscyplinowana. Przeciwieństwo Michała. Wysunęła łokieć w stronę Bogdana, a ten się o nią oparł. Nie pogardzi pomocą.  

– Trochę ścierpłem, ale wygodnie – odparł Bogdan. Bolały go nogi. Mieli do przejścia kilkaset metrów, do wejścia na prom. Terminale były prawie puste. Bogdan rozejrzał się. Nie tylko oni zrezygnowali z platformy transportującej. Więcej osób chciało skorzystać z tego ostatniego spaceru. Uśmiechnął się, nawet jeśli nikt nie mógł tego zobaczyć.  

Szli powoli, a pod butami chrzęścił im piasek. Wiatr wiał podnosząc tumany kurzu i popiołu. A oni szli. Dostosowywali tempo do słabnącego kroku Bogdana. Rozmawiali o wszystkim i o niczym. O wielkim budynku jaki mijali gdy przejeżdżali przez centrum. Starym ratuszu, z którego zostały już tylko schody. Bogdan wspomniał o dwóch koziołkach, których już nie było, a które komando widziało na jednej z przepustek. Księżniczka i Ari kupili wtedy kaski za namową Suchego. Sami udawali kozły, dopóki nie przywalili całym impetem w swoje kaski. Leżeli na ziemi, mówiąc, że wokół nich jest za dużo rogaczy. A potem doszli do terminala. Do rękawa ze schodami, który miał ich zaprowadzić do środka promu.  

Właśnie wykorzystali ostatnie minuty. Mogli już tylko się pożegnać. Marcin i Andrzej podeszli do ojca, tuląc go mocno.  Odwzajemnił uścisk, ale nie był już taki jaki zapamiętali za dzieciaka. Mocny niedźwiedzi uścisk był już tylko wspomnieniem. Zamiast tego sami objęli ojca tak mocno jak potrafili. Jakby chcieli podziękować mu za te lata, które z nimi spędził.  

– Moi mali chłopcy – powiedział łamiącym się głosem Bogdan. Ale to nie był płacz. Ich ojciec nie płakał od śmierci Karoliny. Jego głos brzmiał jakby nie miał już sił. Jakby wykonał już zadanie i chciał tylko odpocząć. Puścił ich.  

Andrzej stanął z Kostkiem, który przez ten czas był dziwnie cichy. Eli przytuliła Bogdana razem z Różą, a Karolcia objęła dziadka, szepcząc mu coś do ucha. Ten tylko pokiwał głową, a potem poczograł ją po głowie. Tylko tym razem nie poprawiała włosów. Pozwoliła im tak stać na wszystkie strony. Iza podeszła do Bogdana.  

Nie umiała się żegnać. Wyjęła z kieszeni składany śrubokręt i poprawiła coś w masce Bogdana.  

– Poprawiłam filtry, majorze – zasalutowała Iza, a jej głos zadrżał. – Zajmę się wszystkim – dodała szeptem. 

– Niczego innego nie oczekuję poruczniku Brzozowska – zasalutował jej Bogdan.  

– Nie! – z gardła Kostka wydobył się jęk. Rzucił się na dziadka, obejmując go w pasie. Zaskoczył wszystkich. Nikt nie wiedział, co zrobić. A chłopiec łkał i wył, krzycząc, że nie zostawi dziadka. Elżbieta i Andrzej spojrzeli po sobie. Musieli jakoś uspokoić syna, ale też dać mu szansę należycie pożegnać się z dziadkiem. Tak, aby później tego nie żałować. Tylko nie mieli na to za dużo czasu. Ubiegła ich Karolcia. Podeszła do Kostka, kładąc mu rękę na ramieniu. Nachyliła się w jego stronę.  

– Ja też nie chcę zostawiać dziadka – mówiła szeptem, ledwo słyszalnym w rwącym szumie wiatru i filtrowaniu maseczki. – Ale on chce zostać tutaj, z babcią, Borsukiem, resztą drużyny. Skończył swoją misję, a my mamy swoją. – Z trudem sklecała słowa w zdania, tak aby głos się jej nie łamał. Też była zmęczona. Nie spała całą noc, czytając dziennik dziadka. Poznała te historie o których im nigdy nie mówił. Znała ciężar decyzji jaką podjął. – Musimy opowiedzieć swoją historię i przekazać tą, którą dał nam dziadek. – Chłopiec patrzył na nią, już chwilę temu przestał płakać. – Niech każdy inny dzieciak śmieje się tak samo jak dziadek, gdy wyrzucili tę nokię przez okno. – dodała, uśmiechając się lekko, nawet jeśli nie było tego widać przez maskę. Oczy Kostka również zabłysły, jakby też się uśmiechał pod maskę.  

– Nie ująłbym tego lepiej – szepnął Bogdan.  

Czuł ciepło w sercu i ulgę. Supeł w jego żołądku puścił. Wszystko będzie dobrze. Tak bardzo chciał ucałować wnuczkę. Zdjął maskę filtrującą. Nie była mu już potrzebna. Elżbieta chciała podejść, ale Andrzej chwycił ją za ramię. Bogdan ucałował w czoło Karolcię, a ta już nie mogła wytrzymać. Przytuliła dziadka, a łzy ciekły jej po policzkach. Potem odsunęła się i poszła do swojej mamy.  

– Kostek – zaczął dziadek, klękając na jedno kolano, aby zrównać się z wnukiem. Coś chrupnęło mu w kręgosłupie. Poczuł mrowienie w lewej ręce. – Konstanty – poprawił się Bogdan, sięgając do małego zapięcia na swojej szyi. – Mam dla ciebie też drugą misję. Opiekuj się nim, dobrze? – dodał wręczając wnukowi swój nieśmiertelnik. Zamknął go w jego małych dłoniach. Kostek czuł, że od tego kawałka metalu bije ciepło. Chłopiec pokiwał głową, zaciskając dłonie w piąstki. – Opowiedz dzieciakom o Borsuku, zwłaszcza o tym jak został smerfem – uśmiechnął się Bogdan, całując wnuka w czoło. – Idź do rodziców – nakazał, popychając go w ich stronę. 

Wolał, aby już poszli. Był bardzo zmęczony, a przed nim była długa droga do domu. Czuł też jak samemu zbiera mu się na płacz. Nie chciał, aby rodzina go takim widziała. Nie chciał, aby ich ostatnie chwile zmieniły się w płacz. Wszyscy stali już w rękawie, oprócz Bogdana.  

“Zamykanie śluzy.” Ogłosił robotyczny głos. Bogdan zrobił to, co każdy żołnierz w tej chwili, aby ukryć emocje. Nadać tej chwili odrobinę dyscypliny. Wyprostował się, ignorując ból w plecach. Zasalutował swojej rodzinie, uśmiechając się od ucha do ucha. Andrzej uśmiechnął się, kiwając lekko głową tak samo jak Elżbieta. Michał zakrył oczy, nie mogąc już wstrzymać łez, ale też się uśmiechał. Iza zasalutowała, utrzymując kamienną twarz. Róża spojrzała na swoją mamę, a potem na dziadka. Nieporadnie zasalutowała lewą ręką. Karolcia klepnęła ją w ramię, a potem sama zasalutowała dziadkowi. Róża szybko zmieniła dłoń. A Kostek tylko patrzył na dziadka, przyciskając do piersi nieśmiertelnik. Potem drzwi się zamknęły. Musieli wspiąć się po schodach.  

… 

Bogdan patrzył jeszcze jak znikają w rękawie. Stał tak jeszcze przez kilka minut, aż światła w rękawie zgasły. Przestał salutować. Zakaszlał. Jego głos rozchodził się echem po pustym terminalu. A potem cisza. Był sam. Jakoś nie było to tak przytłaczające jak to sobie wyobrażał. Wręcz przeciwnie. Kroczył lekko w stronę auta. Wiatr owiewał go, ale nie chwiał się.  

– Misja wykonana, Karo – powiedział do siebie Bogdan. Wziął głęboki wdech, zdawało mu się, że poczuł zapach rumianku. – Jeszcze tylko wrócić do naszej jabłonki.  

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Copyright © 2026 Cień Pisarza. All Rights Reserved. | Catch Vogue by Catch Themes