
Kiedy zaczynałam czytać pierwszy tom nowej serii Katarzyny Bereniki Miszczuk, miałam małe obawy. Zastanawiałam się, czy to nie będzie po prostu kalka „Kwiatu paproci” – wiecie, podobny schemat, tylko z podmienionymi imionami bohaterów. Na szczęście Miszczuk szybko udowodniła mi, że choć ma swoje ulubione motywy (jak małe, pełne sekretów miasteczka i wsie), to potrafi z nich wyciągnąć zupełnie nową, świeżą historię.
„Zatracenie” to bezpośrednia kontynuacja „Kuszenia” i dowód na to, że ta seria jest godnym następcą przygód naszej ukochanej Gosi z Bielin. Ale po kolei!
Zły vibe w Ostrówku
Wracamy do Ostrówka, gdzie Ewa Wrzosówka próbuje ogarnąć remont swojej Mnichówki. Prace idą całkiem nieźle i przez chwilę wydaje się, że na horyzoncie nie czają się już żadne większe katastrofy. I wtedy wkracza on – ksiądz Tomasz. Powiem Wam prosto z mostu: facet od pierwszych stron emanuje tak złym vibe’em, że ma się ochotę od razu wezwać egzorcystę… do księdza.
Diabeł, jakiego nie znacie
Na całe szczęście u boku Ewy trwa jej nieodzowny (i absolutnie uroczy) diabeł, Adam Iskrzycki. I o matko, jak on bardzo różni się od diabłów, które znamy z serii diabelsko-anielskiej! Jest o wiele bardziej ludzki, wyważony i ewidentnie odstaje od piekielnych standardów.
Skoro już przy piekle jesteśmy – fani Wiktorii Biankowskiej będą zachwyceni coraz śmielszymi nawiązaniami do tamtego uniwersum. Pojawia się wzmianka o naszym starym znajomym, Azazelu (który co prawda osobiście nie wpada na kawę, ale to on oddał Adamowi diabelski klucz). Jak to u Azazela bywa, na pewno nie zrobił tego charytatywnie. Skoro drzwi diabłów odzwierciedlają to, kim są w środku, te należące do Adama idealnie pasują do jego natury. A sam fakt, jak bardzo jest zakochany w Ewie, łamie wszelkie stereotypy piekielnych pomiotów.
Kiedy Wrzosówka zderza się ze ścianą
Ewa to twarda, zadziorna babka, która wie, czego chce. Przynajmniej do momentu, aż trafia na przeszkodę nie do przeskoczenia (uwierzcie, to coś znacznie gorszego niż wyczyny Nekomaty z poprzedniego tomu). Okazuje się, że z pewnymi problemami nie poradzi sobie sama, a jej własna rodzina skrywa więcej tajemnic, niż zakładała.
I tu dochodzimy do absolutnego złota „Zatracenia” – lore rodu Wrzosówek. Miszczuk świetnie pokazała starcia różnych pokoleń tej rodziny, to, jak bardzo są do siebie podobne i jednocześnie skrajnie różne. Moim numerem jeden tego tomu jest babcia Elżbieta. Gwarantuję, że ją pokochacie! Jeśli pamiętacie Babę Jagę od Gosi, to czuję, że te dwie wspaniałe kobiety znalazłyby wspólny język. Przeszłość Elżbiety, która wypływa na wierzch po pewnym spotkaniu Ewy w lesie, jest fascynująca (i niesie za sobą komiczne, ale i poważne konsekwencje).
Z kolei Klara, mama Ewy, to idealny plaster na napiętą atmosferę – jej numery potrafią rozbroić i szczerze rozśmieszyć. Mamy też Adriana, który stanowi tu pewien głos rozsądku. Mimo że nie zawsze zgadzam się z jego działaniami, to postać z potencjałem, która na pewno chowa w rękawie jeszcze kilka sekretów.
Mitologiczny tygiel i legenda o Twardowskim
Najbardziej imponuje mi to, jak autorka łączy różne systemy wierzeń. Nie zamykamy się tylko w mitologii słowiańskiej. Mamy tu miszmasz: słowiańskość, mitologię japońską (w końcu mnich w piwnicy dalej dostarcza problemów) i piekielne moce. Wszystko to współistnieje obok siebie na zasadzie wiary ludzi. Skojarzyło mi się to od razu z systemem z uniwersum Dory Wilk od Anety Jadowskiej (konkretnie z miastem Thorn). To naprawdę spójnie i logicznie działa!
Ciekawostką jest też wplątanie w to wszystko legendy o Janie Twardowskim – tym, który wykiwał diabła i uciekł na księżyc. Bardzo mnie ciekawi, jak Miszczuk rozwinie ten motyw w przyszłości. Podobny zabieg z Twardowskim świetnie zagrał w recenzowanym przeze mnie „Czarnym Stawie” Roberta Ziębińskiego, więc poprzeczka w polskim fantasy wisi tu wysoko.
Werdykt: Zarywałam noc
„Zatracenie” pokazuje, że warsztat Katarzyny Bereniki Miszczuk świetnie ewoluuje. Autorka doskonale balansuje momentami pełnymi napięcia i tymi rozładowującymi je humorem. Buduje stawkę, nie niszcząc przy tym starannie kreowanej atmosfery.
Ewa i Gosia to dwa różne archetypy bohaterek. Choć obie są silne i wyraziste, Miszczuk udowadnia, że nie pisze z jednego szablonu. Zakończenie jest w stu procentach w jej stylu: satysfakcjonujące, zapracowane przez bohaterów i nienaciągane.
Efekt? Pochłonęłam tę książkę w jeden weekend. Jeśli lubicie silne bohaterki, intrygujący miszmasz mitologiczny i historie, w których miłość nie zawsze ma anielskie (albo diabelskie) oblicze – koniecznie bierzcie się za tę serię. Ja już przebieram nogami w oczekiwaniu na to, co los przyniesie Ewie i Adamowi w kolejnym tomie.