Site Overlay

Mokosz – Matka, która krwawi w milczeniu

Wyobraźcie sobie bezwarunkową miłość. Taką pierwotną, instynktowną. Taką, która wybacza wszystko, nawet kiedy serce pęka z bólu.

A teraz wyobraźcie sobie, że wasze własne dzieci niszczą dom, który dla nich zbudowaliście. Palą pokoje, zatruwają studnię, zabijają rodzeństwo, a Wy… Wy nie potraficie przestać ich kochać.

Dziś w naszym cyklu stajemy przed Mokoszą – Matką Ziemią, żoną Peruna, najważniejszą boginią słowiańskiego panteonu. I być może tą, która dzisiaj cierpi najbardziej.

Dawna Potęga – Ta, która daje i bierze

Dla dawnych Słowian Mokosz nie była abstrakcyjnym bytem. Była wszystkim, co pod ich stopami. Była żyzną glebą, z której wyrastało zboże ratujące przed głodem, i wilgocią porannej rosy. Była patronką kobiet, tkactwa, wróżb i płodności. To do niej Słowianie modlili się, kładąc się na ziemi. To jej zwierzali się z największych sekretów, szepcząc je do wykopanych w ziemi dołków, bo wiedzieli, że Matka nikomu nie powtórzy.

Była świętością absolutną. Plucie na ziemię? Bicie w nią kijem bez powodu (poza rolniczą orką w odpowiednim czasie)? To było najgorsze bluźnierstwo. Słowianin wierzył, że zadaje w ten sposób fizyczny ból Matce. Gdy Mokosz „zasypiała” na zimę, świat zamierał z szacunku, czekając na jej wiosenne przebudzenie.

Współczesna Mokosz – Królowa na asfalcie

Jak wyglądałaby dzisiaj? Perun, przypomnijmy, przechadza się po mieście wściekły, gotowy ciskać piorunami. Ale Mokosz?

Widzę ją w środku wielkiego, zabetonowanego placu w centrum miasta. W upalny lipcowy dzień, gdy asfalt aż faluje od gorąca. To dojrzała kobieta o szerokich biodrach i dłoniach spracowanych od ciągłego dawania życia. Jej włosy to plątanina wierzbowych witek i polnych traw, ale teraz są wysuszone, łamliwe, poszarzałe od spalin. Kiedyś jej suknia pachniała deszczem i mchem. Dziś jest ciężka, przesiąknięta zapachem chemii i plastiku.

Siedzi na krawężniku. Jest nieludzko zmęczona.

Rozdarcie Matki

Dlaczego nie ukarze nas tak, jak robi to Perun? Bo uwięzła w najgorszym z możliwych paradoksów.

Ona czuje każde ścięte drzewo. Czuje każdy litr toksyn wpuszczony do rzeki – to jej krew. Patrzy na rzeźnie, na znikające gatunki zwierząt, i płacze, bo to wszystko są jej ukochane dzieci. Natura to jej pierwsze potomstwo.

Ale ludzie też są jej dziećmi. Patrzy, jak wznosimy te nasze betonowe klatki, jak odcinamy się od niej kolejną warstwą plastiku. Ona nie potrafi nas zniszczyć. Jest zła, owszem. Czasem zadrży w posadach (trzęsienia ziemi), czasem weźmie głęboki, desperacki oddech, który zrywa dachy, ale częściej po prostu… słabnie.

„Dlaczego krzywdzicie swoich braci i siostry?” – zdaje się pytać, patrząc, jak wywozimy śmieci do lasu. „Dlaczego niszczycie pokój, w którym musicie spać?”

Mokosz jest dzisiaj Matką, która patrzy na swoje uzależnione od pędu i technologii dzieci i nie wie, jak do nich dotrzeć. A my, głuche i ślepe dzieciaki, biegniemy po jej zmęczonym ciele, myśląc, że wszystko nam wolno, bo ona zawsze wybaczy. Tylko czy zastanawialiście się kiedyś, co się stanie, gdy Matce ostatecznie zabraknie sił?

Kiedy ostatnio po prostu usiedliście na trawie, żeby poczuć, że pod wami tętni życie? Może to jest ten moment, żeby to zrobić. Zanim wylejemy wszędzie beton.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Copyright © 2026 Cień Pisarza. All Rights Reserved. | Catch Vogue by Catch Themes