
Zdarza Wam się czasem trafić na serię, która wciąga tak bardzo, że czytacie tom za tomem, zapominając o bożym świecie? Ja właśnie zaliczyłam taki czytelniczy maraton. Cztery tomy serii „Necrovet” Joanny W. Gajzer pochłonęłam praktycznie jednym ciągiem. I wiecie co? To była jedna z najlepszych fantastycznych przygód, jakie zafundowałam sobie w ostatnim czasie.
Jeśli szukacie historii, w której mrok przeplata się z humorem, a codzienna, ciężka praca weterynarza zderza się z magią, to pakujcie walizki. Jedziemy do Zrębek!
Prowincja, magia i leczenie (nie tylko) zwierząt
Główną bohaterką jest Florka – technik weterynarii, która po dramatycznych przejściach w poprzedniej pracy (świetnie, bardzo autentycznie zarysowany problem mobbingu i depresji) trafia do gabinetu w małej miejscowości Zrębki. Szybko okazuje się, że to nie jest zwykła lecznica, bo „Usługi weterynaryjno-nekromantyczne” w nazwie to nie chwyt marketingowy.
To, co Gajzer robi ze światem przedstawionym, to mistrzostwo polskiego cozy fantasy. Klimatem seria bardzo przypomina mi książki Katarzyny Bereniki Miszczuk. Nie ratujemy tutaj całego świata przed zagładą. Skupiamy się na prowincjonalnym, nieco sielskim klimacie i osobistych kryzysach. Z każdym kolejnym tomem – a każdy odpowiada innej porze roku i innej grupie pacjentów (od istot leśnych, przez drakonidy, aż po byty nadprzyrodzone i nieożywione) – powoli odkrywamy, jak Florka uczy się akceptować ten magiczny chaos, odzyskując przy tym miłość do swojego zawodu i lecząc własne rany.
Ekipa ze Zrębek, dla której traci się serce
Gabinet nie istniałby bez jego właścicielki. Izabela Pokot to absolutnie moja ulubiona postać z całej serii. Jest lekarzem weterynarii, jest liczem i… początkowo wydaje się całkowicie wyprana z emocji. Szybko jednak okazuje się, że pod tą chłodną, wyrażającą się bardziej przez czyny niż słowa fasadą, kryje się wielowarstwowa, głęboka postać skrywająca mnóstwo tajemnic. (A do tego ma nieumarłego, przeuroczego szczurka imieniem Przekręt, który kradnie każdą scenę!).
Do tego duetu dołącza Bastian – faun i drugi technik weterynarii. Choć rzuca żartami z prędkością karabinu maszynowego, jego wątek porusza bardzo ważny problem. Magiczne istoty ujawniły się w świecie ludzi stosunkowo niedawno, a Gajzer świetnie i bez lukrowania pokazuje dyskryminację, z jaką muszą się mierzyć jako mniejszość.
Bez lukrowania pracy z pacjentem
Tytułowy „Necrovet” to jednak przede wszystkim zwierzęta. Autorka wykazała się niesamowitą pomysłowością w kreowaniu magicznych pacjentów, ale nie zapomniała też o tych zupełnie zwyczajnych kurach, psach czy królikach. Co najważniejsze: autorka nie romantyzuje pracy weterynarza. Dostajemy pełen realizm – bywa brudno, bywa smutno, a czasem trzeba użerać się z trudnym klientem (scena, w której Iza wyjaśnia pewnemu panu aspekty posiadania psa rasowego, to złoto!).
Nie brakuje tu też czarnego humoru. Pierwszy magiczny pacjent Florki to scena równie makabryczna, co ironicznie komiczna – trzeba mieć naprawdę wyjątkowego pecha, żeby załatwić się tak pierwszego dnia w nowej pracy!
Werdykt: Odlotowy maraton i wielkie oczekiwania
Książki z serii „Necrovet” trzymają równy, bardzo dobry poziom. Świetnie wyważono w nich proporcje między realizmem kliniki weterynaryjnej a elementami paranormalnymi.
Komu polecam tę serię? Fanom cozy fantasy, miłośnikom zwierząt i polskiej fantastyki. To książki, które pozwalają głowie odpocząć, relaksują i odmużdżają, ale absolutnie nie są głupie. Są jak ciepły kocyk w chłodny wieczór.
Ja tymczasem odliczam już dni, aż piąty tom wpadnie w moje łapki, bo miał premierę 13 maja. Po tym, czego dowiedzieliśmy się w czwartej części (zwłaszcza o przeszłości Izabeli), mam swoje teorie i mocno liczę, że znajdę na nie odpowiedzi. Wszystko zmierza do wielkiego finału, a ja z całych sił trzymam kciuki za Florkę, Bastiana i Izę.