Site Overlay

Dziesięć zasad przetrwania w Hotelu Weles. Ostatnia mówi, by nie ufać kierowniczce. Rozdział II

Rozdział I

Gwizd hamującego pociągu oraz lekkie szarpnięcie wyrwały Sławka z zamyślenia. Całą podróż zastanawiał się czy ma pecha czy może szczęście. Stracił pokój w akademiku, ale dostał od losu szansę zakwaterowania z pensją. To jakoś nie dawało mu spokoju. Dziwny zbieg okoliczności, który sprawił, że jakoś ciężko było mu na żołądku.

Wcześniej z Bartkiem ledwo przełknął to obiecane spaghetti w Piccolo, a z piwa zrezygnował. Nie wypadało, aby pierwszy dzień w nowej pracy przyszedł podchmielony. Świętowanie wolności też wzięło i uciekło razem z pokojem w akademiku.

Sławek nie umiał się skupić na niczym innym niż, jak to określił Bartek, szukaniu dziury w ofercie z hotelu Weles. Dla Sławka było to po prostu zbyt podejrzane, aby taka praca tylko na niego czekała. Zastanawiał się czy to nie jakiś przekręt, czy oszustwo, a gdy Bartek zapytał go niby w jaki sposób to Sławek nie wiedział co odpowiedzieć.

Mimo to rudzielec szukał hotelu na google. Lekko spiął się, gdy go nie znalazł, ale zganił się w myślach. Niepotrzebnie udzielała mu się paranoja Sławka. Nie każdy musi mieć wizytówkę w Google Maps. Jeśli hotel prowadzi ktoś z innej epoki to raczej nawet nie wie, jak to zrobić. Stronę za to znalazł bez problemu, a tam kilkanaście opinii i kilka zdjęć. Mieli twardy dowód, że Hotel Weles istnieje i funkcjonuje od kilku lat w Internecie, a według historii przybytku pierwsi goście zawitali tam w latach 20.

Przemierzając Puszczykówko Sławek nie potrafił skupić się na niczym innym niż to jak to wszystko zdawało mu się dziwnie łatwe. Zaswędziała go skóra. Wzdrygnął się. Cisza szykującego się do nocy miasteczka wcale mu nie pomagała. Mieszkańcy powoli zmierzali do swoich domów. Kilka aut minęło go, skręcając na najbliższym skrzyżowaniu w ulice pełne równo stojących szeregowców.

Torba zaczęła mu ciążyć. Przełożył pasek na drugie ramię. Zerknął na mapę na telefonie. Dopiero połowa drogi za nim. Westchnął, patrząc przed siebie. Widział już zarysy Wielkopolskiego Parku Narodowego, które graniczyło z miasteczkiem. Słońce powoli chowało się za koronami drzew, barwiąc niebo na czerwono. Sławek przełknął ślinę, wszedł w ustawienia, udostępniając Bartkowi swoją lokalizacje.

Nie minęła nawet minuta, gdy Bartek odezwał się na Messengerze. Sławek natychmiast odczytał wiadomość.

“Chłopie…”

Sławek widział jak trzy kropki przy awatarze Bartka poruszają się.

“Przynajmniej policja znajdzie szybciej twoje ciało jak babka cię poćwiartuje :)”

Sławek przygryzł wargę. Czuł jak wzbiera w nim irytacja.

“Jesteś debilem”

“Do usług”. Odpisał od razu Bartek.

Sławek ścisnął mocniej telefon, aż pobielały mu knykcie. Poczuł się zlekceważony. Chciał schować telefon do kieszeni, ale zawibrował. Nie sądził, że Bartek jeszcze ma coś do dodania oprócz kretyńskich żartów z jego obaw.

“Nie ma się czego bać. To ZWYKŁY hotel, gdzie będziesz robić za sprzątaczkę. Nie ma opcji abyś wracał do ojca.”

Ostatnie zdanie najbardziej trafiło w Sławomira. Bartek może i zachowywał się jak kretyn, ale wiedział co naprawdę gryzło jego kumpla. Nie strach przed nieznanym hotelem, a możliwość, że życie zmusi go do powrotu na wieś, do ojca. Strach ten napędzał jego myśli, podsycał każdą obawę i najbardziej absurdalny scenariusz w jego głowie.

Sławek poczuł silny podmuch wiatru, który potargał mu włosy. Ogarnął je z oczu, rozglądając się. W mroku lasu, tuż przy drodze krył się hotel. Wielka betonowa bryła mająca ze trzy piętra. Nad wejściem znajdowało się zadaszenie razem z napisem “Weles”. Chłopak schował telefon do kieszeni spodni, poprawił pasek torby.

Przez całe swoje życie mieszkał z potworem i nie wróci do niego choćby i miał mieszkać pod mostem. Z tym postanowieniem Sławek przekroczył drzwi przybytku.

W korytarzu rozbrzmiał dzwonek, zwracając uwagę wszystkich. Sławek zamarł, gdy przeszklone drzwi zamknęły się za nim. Spodziewał się czegoś zupełnie innego. W głowie miał wizję postsocjalistycznego hotelu, który ledwo wiążę koniec z końcem. Wyobrażał sobie starą wyblakłą tapetę, dławiący zapach wilgoci. Cokolwiek co pasowałoby do tego szarego PRL-owskiego bloku na zewnątrz.

Tymczasem pierwsze co go uderzyło to zapach starego iglastego lasu podszytej delikatną metaliczną nutą, której nie potrafił rozpoznać. Czuł również przyjemne otulające ciepło. Żar z kominka znajdującego się po lewej od drzwi, gdzie stały kanapy oraz fotele obite bordowym materiałem wraz z dębowym stolikiem do kawy. Ściany pokrywały ciemne, starannie rzeźbione panele z litego drewna z kwiatowymi wzorami z dziwnymi kreskami. Wnętrze było niezwykle przestronne i mimo że wyglądało na luksusowe, to emanowało zaskakującym domowym ciepłem.

Sławek przytłoczony tym wystrojem niepewnie ruszył w stronę recepcji. Gruby miękki dywan przykrywający linoleum skutecznie tłumił odgłos jego kroków. Rozglądając się, zauważył sporo roślin doniczkowych z bardzo dużymi liśćmi. Widział je w katalogach ogrodniczych jakie przeglądała jego matka. Nie potrafił ich nazwać, ale wiedział, że zawsze je chciała. Tylko, że ojciec kwitował to jako marnowanie pieniędzy.

Z zamyślenia wyrwała go kobieta, siedząca na jednej z kanap. Założyła nogę na nogę, eksponując łydkę spod śnieżnobiałej sukienki. Delikatnie przekrzywiła głowę, pozwalając paru kosmykom jasnych blond włosów opaść na jej śniadej twarzy. Uśmiechnęła się nieznacznie, gdy ich wzrok się spotkał.

Nieprzyjemny dreszcz przebiegł mu po kręgosłupie. Czerwone oczy. Kobieta miała jaskrawoczerwone oczy. Aż zamarł, mrugając. Zielone. Westchnął. Z nerwów mu odbija.

Kobieta pomachała w jego stronę, nawijając kosmyk włosów na palec. Dopiero wtedy Sławek zorientował się, że od dobrych kilku minut wpatrywał się w kobietę.

Momentalnie zrobiło mu się gorąco. Napiął się, odwracając gwałtownie od kobiety. Rumieniec wyszedł na jego policzkach i uszach. Usłyszał za sobą stłumiony śmiech i szepty. Na sąsiedniej kanapie pozostałe dwie gościnie odziane w białe sukienki nachyliły się do swojej koleżanki, szepcząc coś między sobą. Nie odrywały wzroku od chłopaka, który przyśpieszył kroku, kierując się w stronę kontuaru.

Siedzący obok nich mężczyzna około czterdziestki przewrócił oczami na wybryki kobiet. Poprawił ten irytujący krawat w kaczuszki, który tak bardzo gryzł się z jego lnianą białą koszulą. Niestety coś obiecał, a był słowny. Westchnął, wracając do czytania najnowszego artykułu na stronie gazety lokalnej na swoim tablecie. Nie był w najmniejszym stopniu zainteresowany najnowszym narybkiem hotelu.

Za kontuarem recepcji siedziała na wysokim stołku dziewczyna na oko w wieku Sławka. Przewijała posty na Instagramie widocznie znudzona. Chłopak przyjrzał jej się. Miała plakietkę z imieniem. “Ola”.

 – Korytarzem po lewej, czwarte drzwi po prawej z napisem “szefowa”. Zapukaj, zanim wejdziesz – odparła Ola, nawet nie podnosząc wzroku znad telefonu.

 – Skąd…

 – Bo pani Gosia wspomniała o nowym pracowniku, a klientem to raczej nie jesteś – westchnęła ewidentnie zirytowana, że ktoś jej przeszkadza.

 – Racja – przytaknął słabo Sławek.

Słowa recepcjonistki jakoś go ubodły. Czy wyglądał, aż tak źle? Emanował biedą i nieszczęściem?

 – Oleńko może trochę grzeczniej? – z korytarza za kontuarem rozbrzmiał stanowczy kobiecy głos. – Będziecie ze Sławkiem kolegami z pracy.

Dziewczyna przewróciła tylko oczami, chowając telefon. Z korytarza wyłoniła się starsza pani o krąglejszych kształtach. W przeciwieństwie do dziewczyny, która miała na sobie zwykłe codzienne ubrania, ona miała na sobie garsonkę w kolorze gorzkiej czekolady. Siwe włosy upięte były w idealny warkocz opadający na jej ramię. Na piersi miała plakietkę z napisem “Kierowniczka”. Sławek od razu zrozumiał, że to jest ta pani Małgorzata, z którą rozmawiał przez telefon. Chłopak skinął głową w jej stronę, a ona delikatnie uśmiechnęła się.

Wyglądała na poważną osobę, ale emanowało z jej postawy przyjemne wręcz babcine ciepło. Nawet gdy karciła Olę, za brak formalnego ubioru delikatnie się uśmiechała, poprawiając przypinkę z imieniem recepcjonistki.

 – To ja lecę na autobus – odparła Ola, kierując się w stronę drzwi.

 – Przepraszam za nią – powiedziała łagodnie pani Małgorzata, oglądając się za recepcjonistką. – Olcia bywa trochę oschła na początku, ale to bardzo miła i pomocna młoda dama.

Sławek lekko speszony całą sytuacją nie bardzo wiedział, jak ma się zachować. Nic nie przypominało tego co sobie wyobrażał. Nic nie szło według jego planu od przybycia do Poznania, a on był już tym wszystkim bardzo zmęczony.

Małgorzata widziała jak chłopak skulił się w sobie. Wiedziała jak to miejsce potrafiło onieśmielać, więc postanowiła od razu przejść do rzeczy.

 – Chodźmy do gabinetu, tam podpiszesz umowę i przedstawię ci zadania – powiedziała spokojnie kobieta, odwracając się w stronę korytarza.

Sławek poszedł za nią w ciszy, lekko opuszczając głowę. Znowu poczuł dziwny dreszcz, który spłynął od karku aż po koniuszki palców. Nie widział, jak trzy kobiety siedzące przy kominku nie spuszczały z niego wzroku. Ich oczy na ułamek sekundy znów zabłysły czerwienią. Jedna z nich położyła się na kanapie, a druga ułożyła jej nogi na swoich kolanach.

– Izka, myślisz o tym samym co ja? – szepnęła ta leżąca, odprowadzając Sławka wzrokiem.

– To będzie ciekawa noc, Krysia – dodała trzecia, opierając się o wezgłowie fotela. Następnie przeniosła spojrzenie na towarzysza w krawacie w kaczuszki. – A ty, Ferdek? Nie jesteś głodny?

Wiedziała doskonale, że nienawidził tego zdrobnienia. Żyłka na jego skroni stała się wyraźniejsza, ale nie uraczył kobiet nawet jednym spojrzeniem.

– Ferdynand – wycedził, nieco zbyt mocno uderzając palcem w ekran tabletu. Mimo irytacji, w głębi ducha musiał przyznać, że ich niema propozycja była intrygująca.

Obejrzał się w stronę korytarza, w którym zniknęli Sławomir oraz Małgorzata. Wyłączył urządzenie i wstał z fotela. Nie czekając na kobiety, skierował się w stronę drugiego skrzydła.

– Jaki niecierpliwy. – Izka zaśmiała się perliście, puszczając oko do przyjaciółek.

Lekkim, sprężystym krokiem ruszyły za nim, a wraz z ich zniknięciem metaliczny zapach w holu ulotnił się bez śladu.

 – Więc, co sądzisz, Sławomirze?

Usłyszenie swojego pełnego imienia było dla Sławka dziwne, wręcz wprawiało go w pewien dyskomfort. Tylko ojciec tak do niego mówił. Jego imię brzmiało wtedy tak ciężko. A wypowiedziane przez Panią Gosię  – która nie chciała aby chłopak zwracał się do niej Pani Małgorzato albo Pani Sosnowska  – brzmiało tak lekko, wręcz miło dla ucha. Wprawiało go to w pewien dyskomfort, a jednocześnie czuł, że nie ma nic przeciwko aby go tak nazywała.

Sławek przygryzł wnętrze swojego policzka. Trzeci raz czytał umowę jaką mu przedstawiła. Nie była zła, wręcz przeciwnie. Bartek ująłby to, że ta oferta to jak złapanie Pana Boga za nogi. Ponadto to, co było w ogłoszeniu, w umowie było dodane, że pracowałby głównie wieczorami i nocami. Miałby sprzątać pokoje, sprawdzać teren hotelu oraz czy gościom niczego nie brakuje. Niewiele, biorąc pod uwagę, że cisza nocna obowiązywała od 22, gdy miał zamknąć główne drzwi na klucz. Oprócz tego jego uwagę zwróciły dwie rzeczy.

Pierwszą była pensja. Za tydzień próbny miał dostać dwa i pół tysiąca złotych brutto. To dużo. Sądził, że będzie to parę stówek, ale nie oczekiwał czegoś takiego. Jeśli by został miesięcznie dostawałby ponad dziewięć tysięcy brutto, za zwykłą pracę chłopca na posyłki i sprzątacza. Mógłby dzięki temu sporo zaoszczędzić, zwłaszcza, że Hotel zapewniał mu zakwaterowanie oraz wyżywienie w postaci śniadań oraz obiadów. Jeśli chciałby kolację to odciągnęliby mu z pensji kilka stówek.

Drugą był zapis, że nie może mówić nikomu o tym jak wygląda praca w hotelu oraz o tym kim są jego goście i gościnie. Ten punkt trochę rozjaśniał wysokość wypłaty.

Chłopak zrozumiał, że bywalcy tego miejsca cenili sobie prywatność, a wynajem pokoi pewnie nie należał do tanich. Zastanawiał się czy może wynajmują tu pokoje jakieś szychy, może gwiazdy albo politycy i ich krewni.

Momentalnie zbladł, gdy uświadomił sobie, że jeśli popełni w przyszłości jakąś gafę przed tymi ludźmi to może mieć poważne kłopoty. Może to był jednak błąd, że się tu pojawił.

 – Sławomirze, czy wszystko w porządku?  – pani Małgorzata widziała jak chłopak pobladł.  – Źle się czujesz?  – kobieta już wstawała zza biurka, chcąc podać chłopakowi jedną z butelek wody, stojących na szafce.

 – Nie!  – odparł trochę za głośno Sławek, wyrwany ze swojej spirali myśli.  – N-nic mi nie jest  – wydukał, spuszczając głowę z zawstydzenia.

Poczuł się jak idiota. Dłoń mu się spociła, a pot wsiąknął w dokumenty, które trzymał. Szybko odłożył je na biurko, wycierając dłonie w spodnie. Podniósł głowę na panią Małgorzatę, która spokojnie siedziała za biurkiem. Lekko ściągnęła brwi, a jej oczy bacznie go obserwowały. Wydawała mu się autentycznie zmartwiona. Sławek poczuł supeł w żołądku. Przełknął ślinę.

 – P-pani Gosiu – kobieta nie pośpieszała go.  – Na co powinienem uważać, aby…  – Sławek szukał odpowiedniego słowa.  – …nie podpaść gościom? Bo nie chciałbym źle wypaść przed jakimiś ważnymi osobami i narobić kłopotów…

Małgorzata Sosnowska wyprostowała się w swoim fotelu. Spodziewała się każdego pytania. O wysokość pensji. Szczegóły dotyczące zachcianek jakie mogą mieć goście, czy zwykłego pytania o to, o której jest śniadanie. Zakryła usta dłonią, ale i tak nie zdołała powstrzymać śmiechu jaki się jej wyrwał. Jej perlisty śmiech rozszedł się po gabinecie, wprawiając chłopaka w jeszcze większe zakłopotanie. Skulił się na krześle, a rumieniec wszedł na jego policzki.

 – Bardzo przepraszam  – powiedziała po chwili kierowniczka, wachlując się dłonią. Musiała się uspokoić.  – Nie narobisz mi żadnych problemów! A tym bardziej z gośćmi!  – Kobieta wzięła głębszy wdech, czując, że serce jej się uspokaja. Spojrzała na chłopaka przed nią. Był napięty jak struna. Siedział sztywno, wpatrując się w nią tymi oczami pełnymi strachu jak u szczeniaczka.  – Hotel Weles to nie jest zwykły hotel. Zajmujemy się głównie najmem długoterminowym, a nasi goście są dość ekscentryczni  – dodała podkreślając ostatnie słowo. Oparła łokcie o biurko podpierając brodę na dłoniach.  – Większość z nich nie lubi rozmawiać o swoim życiu i tego samego oczekuje od nas. A my mamy pomóc im w codzienności, bo najczęściej spędzają tutaj kilka miesięcy, a czasem i więcej. Stąd zapis o dyskrecji.

 – Czyli to nie są żadni politycy ani bogacze?  – zapytał niepewnie Sławek, marszcząc brwi.

 – Nie  – pokiwała przecząco głową kobieta.  – Przez większość czasu będziesz zajmować się sprzątaniem, a czasem im w czymś pomożesz. Może to być związane z zrobieniem zakupów, czy nauczeniem korzystania z komputera. Różne codzienne rzeczy. Nasi goście to osoby, które adaptują się do nowej rzeczywistości  – dodała uśmiechając się, ostatecznie uspokajając chłopaka.

To przekonało Sławka, że może spróbować przez ten tydzień. Podpisał umowę oraz kopię. Jedną pani Małgorzata schowała do biurka, a drugą sam spakował do swojej torby. Gdy dopełnili formalności, a kierowniczka przedstawiła mu dzisiejszą listę zadań, która skupiała się głównie na sprzątaniu korytarzy i pustych pokoi jak i zapoznaniem się z listą gości. Zauważył, że obecnie w hotelu przebywa dziewięć osób. Miał wypisane ich imiona oraz kto jaki pokój zajmuje wraz z drobnymi uwagami. Jak wymiana pościeli co dwa dni w pokoju 202 i wycieranie kurzy, czy dostarczanie codziennie rano dwóch zgrzewek wody do pokoju 302. Były to dość specyficzne wymagania, ale nie wykraczały jakoś znacząco poza normę. Pani Małgorzata odprowadziła go również do pokoju, po drodze wyjaśniając, co gdzie jest. Sławek odnotował w pamięci, aby pierwszej nocy samemu zwiedzić hotel i postarać się zapamiętać jego rozkład. Na razie zwrócił uwagę, że kuchnia i pokoje konferencyjne wraz z basenem znajdują się na parterze. Jedynie kilka pokoi znajdowało się obok basenu, a reszta na wyższych piętrach. Nie było specjalnych pokoi dla pracowników, a Sławek miał zamieszkać w jednym z pokoi na parterze.

 – Pokój 109, cały do twojej dyspozycji  – powiedziała pani Gosia, przekazując klucze Sławkowi.  – Rozgość się, przebierz i o 21 rozpocznij zmianę. Tutaj masz jeszcze telefon firmowy  – wręczyła mu wysłużony telefon z klawiaturą numeryczną. Sławek przyjął telefon, czując się dziwnie, bo wyglądał lepiej niż jego prywatny.  – Goście mają ten numer, ale nie powinni w nocy jakoś szczególnie dzwonić. Jest też tutaj mój numer w razie problemów.

Małgorzata wyprostowała się przez moment wpatrując się w Sławka. Zastanawiała się, czy aby na pewno przekazała mu wszystko co musiała przekazać.

 – To raczej wszystko  – stwierdziła po chwili, zerkając na zegarek na końcu korytarza.  – O 22 wychodzę z hotelu, ale w razie czego możesz dzwonić. Mam niedaleko do domu.

Sławek wpatrywał się przez moment w Małgorzatę, która odchodziła korytarzem. Pytań w sumie nie miał, chociaż przez myśl przeszło mu to, że kobieta zaufała mu bardzo łatwo. Powierzyła praktycznie cały hotel na jego barki. Przyjrzał się kluczom w swojej dłoni. Niewielki pęczek opisanych kluczy do pokoi pracowniczych, kuchni czy głównych drzwi hotelu. Westchnął. Widocznie tak to miało wyglądać. Otworzył drzwi do pokoju.

Wystrojem nie odstawał za daleko od głównego korytarza. Dominowało drewno z tymi specyficznymi roślinnymi zdobieniami. Sławek określiłby ten pokój raczej jako małą kawalerkę. Oprócz łóżka i szafy, której się spodziewał miał niewielki aneks kuchenny oraz biurko. Położył torbę przy drzwiach, zamykając je za sobą. Niewielkie okno wychodziło na las. Słońce zdążyło się schować za horyzont, pogrążając okolicę w ciemności. Chłopaka przeszedł dreszcz. Natychmiast zasunął zasłony. Może było to głupie, ale miał wrażenie jakby coś dużego mignęło między drzewami. Pewnie jakieś zwierzę, mimo to poczuł się pewniej gdy je zasłonił.

Obok aneksu znajdowały się jeszcze jedne drzwi. Lekko uchylone prowadziły do małej łazienki.

Sławek usiadł na łóżku, rozglądając się. Do głowy przyszło mu tyko jedno słowo. Przytulnie. Nawet zaczął mieć małą nadzieję, że jak się postara to na stałe dostanie tę pracę. Mógłby się tu zadomowić nawet na całe studia.

Telefon zawibrował w jego kieszeni. Wyciągnął go. Na wyświetlaczu pojawiła się wiadomość od Bartka.

“Już się poćwiartowali i zakopali? XD”

Sławek poczuł jak całe napięcie podczas rozmowy z panią Małgorzatą momentalnie z niego schodzi. Uśmiechnął się sam do siebie, na wspomnienie swoich irracjonalnych obaw. Przecież to tylko zwykła praca w jakimś hotelu, co złego mogło pójść nie tak?

Cyknął zdjęcie pokoju, dołączając je do wiadomości do Bartka.

“Zakopali mnie w lesie”

“Nieźle stary, mają tam jeszcze jeden wakat?” napisał Bartek, zostawiając serduszko pod zdjęciem pokoju.

“Dopiero jak odnajdą moje ciało” odpisał Sławek, a Bartek momentalnie zostawił śmiejącą się buźkę pod wiadomością. Dopisał jeszcze słowo powodzenia, zanim jego ikonka przestała być zielona. Odłożył telefon na łóżko, kładąc się na moment. Dotknął dłonią karku czując jak jest napięty. Niepotrzebnie się nakręcał tym wszystkim. Wiercąc się na łóżku, usłyszał szelest. Zamarł na moment. Podniósł się powoli, siadając na brzegu. Spod pościeli, tuż przy poduszce wystawała kartka.

Zmarszczył brwi, sięgając po kawałek papieru. Była mocno pognieciona i lekko wilgotna. Na rogach widniały ciemne zaschnięte plamy. Były odrobine zbyt ciemne na herbatę. Sławek przejechał po nich palcami. Sztywne.

Pokręcił głową, karcąc się w myślach. To musiała być jakaś herbata albo kawa, bo co innego. Rozprostował kartkę, kierując ją w stronę światła lampy. Jedna strona była gęsto pokryta krzywymi literami. Kilka liter rozmazało się, wyraźnie pisano go w pośpiechu zanim tusz zdążył wyschnąć. Niektóre słowa zostały dociśnięte długopisem tak mocno, że niemal przebiły papier.

Sławek zaczął czytać, mrużąc oczy.

“Nie wiem, kim jesteś. Pewnie kolejnym studentem, któremu zabrakło na czynsz, albo kimś kto tak jak ja nie miał, dokąd wrócić.” Te słowa sprawiły, że chłopak spiął się, prostując jak struna. Ktoś się z niego nabijał? Tylko skąd by wiedzieli, że nie ma gdzie wrócić.

“Jeśli to czytasz, to znaczy, że Małgorzata cię przyjęła. Gratuluję. Właśnie sprzedałeś swoją duszę za parę tysięcy tygodniowo.” Zimny dreszcz przebiegł mu po karku. To były jakieś bzdury, mimo to nie mógł przestać czytać.

“Ten hotel… on nie jest tym, czym się wydaje. Małgorzata powie ci, że to 'specyficzni goście’. Kłamie. To potwory. Dosłowne, wyciągnięte z najgorszych koszmarów, o których opowiadały ci babki na wsi.” Sławek nie bardzo rozumiał. Jakie niby potwory? Mimowolnie przypomniał sobie przestrogi babci o jakimś bucu, który leje kijem niegrzeczne dzieci. Czy czarnego kota, który podobno przynosił szczęście. Jakby się miał zastanowić to jednego potwora w domu miał, ale wątpił, aby akurat takiego autor listu miał na myśli. Wzdrygnął się, gdy w myślach stanęła mu twarz ojca. Potrząsnął głową, wracając do czytania.

“Zasady na dołączonej kartce to jedyna rzecz, która dzieli cię od stania się ich kolacją. Wypracowałem je krwią i nieprzespanymi nocami. Zwróć uwagę na detale. Jeśli mówię, żebyś sypał sól – syp ją, choćbyś miał wydać na nią ostatnie grosze. Jeśli mówię, żebyś śpiewał – śpiewaj, choćby gardło ci pękało. Rób co mówią. Wtedy łagodnieją.”  

 – Co?  – wymsknęło się Sławkowi. Potarł dłonią kark.

Czy to była jakaś gra, albo forma złośliwego przywitania nowego pracownika? Trudno byłoby mu sobie wyobrazić, że pani Gosia za tym stoi, a Ola zdawała się w ogóle nim nie zainteresowana. Chociaż nie znał jej, więc co mógł na jej temat powiedzieć. Podobno był jeszcze kucharz, ale kończył prace o 19.

“I najważniejsze: Małgorzata. Będzie miła. Będzie profesjonalna. Może nawet poczujesz, że się o ciebie troszczy. To największa pułapka. Ona trzyma te bestie na smyczy tylko dlatego, że jest od nich gorsza. Nie ufaj jej. Nie mów jej o zasadach. Jeśli zapyta, czy wszystko w porządku, kłam. Zawsze kłam.”

Sławek z wrażenia, aż chwycił list w obie dłonie. Ponownie przeczytał akapit o pani Małgorzacie. To się robiło coraz głupsze. Szefowa była miła, nawet bardzo. Jak ktoś tak uprzejmy, miałby mu zrobić krzywdę?

Sławek przygryzł policzek od środka. Może jednak było w tej pracy drugie dno. Była podejrzanie dobrze płatna. Chłopak wpatrywał się w słowa mówiące, że Małgorzata udaje. Zdawał sobie sprawę, że ludzie byli zdolni do grania miłych przed innymi. Wiedział też jak trudno jest przekonać innych, że ci “mili” noszą maski, aby zakryć prawdziwą ohydę.

Czy Małgorzata mogła też taka być?

“Uciekłbym stąd dawno, ale nie mogę. Oni już znają mój zapach. Mam nadzieję, że ty masz jeszcze szansę. Pilnuj soli. I nie patrz im w oczy. Powodzenia. Będzie ci potrzebne”

Sławek skarcił się w myślach za głupoty. List to pewnie jakaś farsa. Żart, a co innego. Za bardzo kojarzyło mu się to z tymi strasznymi historiami jakich słuchał w liceum Bartek. Jakiś gościu szuka pracy i zaczyna jako ochroniarz na cmentarzu czy basenie w nocy, a coś próbuje go zabić. Jedyną nadzieją okazuje się lista zasad pozostawiona przez poprzedniego pracownika. Dla Sławka te historie były po prostu zbyt do siebie podobne i nudne na dłuższą metę. Nowy pracownik dopiero po spotkaniu potwora przez złamanie zasad orientował się, że jest coś nie tak. Potem przez resztę nocy przestrzegał zasad, ale nie wiedział, że wraz z pierwszą złamaną zasadą było już dla niego za późno.

Chłopak stwierdził, że komuś się ewidentnie nudzi. Jak nie pracownikowi to pewnie któremuś z gości. Odwrócił kartkę na drugą stronę pobieżnie przebiegając wzrokiem po liście zasad.

“CZYTAJ TO. NIE PYTAJ. RÓB CO KAŻĘ, JEŚLI CHCESZ WYJŚĆ STĄD W JEDNYM KAWAŁKU.

Pokój 202 (Ten Chudy w Garniturze): On nie pije herbaty. To jest rytuał. Musisz dać mu tę filiżankę z WYSZCZERBIONYM uszkiem. Musi celować idealnie na PÓŁNOC. Jeśli się pomylisz choć o milimetr… on sprawdzi, jak smakuje twoja krew. Jest pedantem. Nie daj mu powodu do narzekań.

Lustra w korytarzach: Nigdy nie patrz w nie prosto. Nigdy. Jak przechodzisz, kłoń się nisko. Mów: „Dobry wieczór, szlachetny cieniu”. Jeśli tego nie zrobisz, twoje odbicie przestanie być twoje. Wyjdzie. Udusi cię twoimi własnymi rękami.

Basen (Wodnik): Po 22:00 trzymaj się z dala od wody. Rozumiesz? Choćby cię błagał, choćby obiecywał złoto – NIE WCHODŹ. On chce ci pokazać swoją „kolekcję” na dnie. Nie chcesz być jej częścią. Odmawiaj grzecznie, ale stanowczo. Nie wkurzaj go.

Światła (Licho): Jak zaczną migać, to ona tu jest. Nie klnij, to tylko pogorszy sprawę. Klęknij na jedno kolano, rzuć okruchy ciastek i powiedz: „To strawa dla ciebie”. Potem odejdź. Nie patrz za siebie, choćbyś czuł jej oddech na karku. Inaczej TY będziesz jej następnym posiłkiem.

Pokój 319 (Bies i to małe coś): Jak usłyszysz płacz dziecka, wchodzisz na korytarz i ŚPIEWASZ. Tak, kurwa, „Uśnijże mi, uśnij”. Śpiewaj do zajebania, póki nie ucichnie. Jak przerwiesz za wcześnie, ojciec wyjdzie sprawdzić, co z muzyką. Wtedy zobaczysz Biesa. Nie chcesz go widzieć. Nikt nie chce.

Drapanie w twoje drzwi: Nie otwieraj. Nie patrz przez wizjer. Zgaś światło. Podejdź do drzwi, zamknij oczy i uderz w nie otwartą dłonią dokładnie siedem razy w jednostajnym, powolnym rytmie. Z każdym uderzeniem musisz wypowiedzieć szeptem słowa starodawnego odesłania: „Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, idźże stąd, bo Weles przybędzie. A kysz, a kysz!”. Jeśli pomylisz rytm, uderzysz za szybko lub choćby o jeden raz za dużo, naruszysz barierę. Wtedy wejdą.

Pokój 026 (Stary Buc): Udawaj, że go nie ma. Nie mów do niego. Nie odpowiadaj. Jak cię zaczepi, zatkaj uszy i licz na głos po niemiecku. Głośno! Eins, zwei, drei… póki nie pójdzie sobie. Jeśli mu odpowiesz, rozszarpie cię na strzępy w sekundę.

Pokój 016 (Pozytywka): Jeśli drzwi są otwarte i gra muzyka – zamknij je z pokłonem. Jeśli jest cicho – wejdź, zapal świecę, zamknij oczy i kręć się w kółko 3 razy. NIE OTWIERAJ OCZU, póki pozytywka nie zacznie grać. Nigdy nie sprawdzaj, co siedzi w kącie tego pokoju, gdy jest ciemno.

BIES (WŁAŚCIWY): Jeśli zobaczysz na końcu korytarza 5-metrowego potwora z rogami – to koniec żartów. SYP SÓL. Krąg musi być szczelny. Wstrzymaj oddech. Jeśli nie zniknie – uciekaj do pokoju i rycz Inwokację. Tak, Mickiewicza. „Litwo, Ojczyzno moja…”. Sól musi być KŁODAWSKA, inna go nie powstrzyma.

KIEROWNICZKA: Najważniejsze. Nie ufaj Małgorzacie. Ona jest tu od zawsze. Jest starsza i gorsza niż całe to towarzystwo razem wzięte. Słuchaj jej, ale nie miej złudzeń. Jeśli znajdzie tę kartkę, wypłatę dostaniesz w trumnie.”

Sławek uśmiechnął się sceptycznie, a ramiona delikatnie mu opadły. Ktoś naprawdę robił sobie z niego żarty. I ten ktoś za dużo nasłuchał się tych internetowych creepypast. Musiałby być naprawdę głupi, aby dać się tak komuś wkręcić. Zgniótł kartkę, rzucając ją do kosza obok biurka.

Prychnął, gdy spostrzegł, że obok kosza stoi kilogram soli Kłodowskiej. Sławek podniósł ją i postawił na biurku. Będzie musiał ją odnieść do kuchni.

Potwory w Puszczykówku pod Poznaniem. Znowu prychnął z rozbawienia. Musiał przyznać, że to miejsce miało lekko straszny klimat, ale żeby od razu potwory?

Prawdziwe potwory to byli ludzie, a jednego z nich miał w domu, cuchnącego gnojem i alkoholem w gorsze dni. Jakieś wymyślone internetowe straszydełka nie sprawią, że naje się strachu.

Zerknął na zegar wiszący nad drzwiami. Miał jeszcze dłuższą chwilę zanim miał zacząć swoją zmianę. Zaczął rozpakowywać swój niewielki dobytek do szafy, a laptop postawił na biurku.

Gdy nagle poczuł intensywny zapach wilgoci. Spiął się. Zastanawiając się, gdzie jest źródło tego zapachu. Może woda w odpływie się cofnęła. Chciał pójść to sprawdzić. Wtedy to usłyszał.

Powolny, ostry zgrzyt. Dźwięk grubych, twardych pazurów niespiesznie drapiących o dębowe drzwi.

Momentalnie spiął się. Nie śmiał się ruszyć.

Zimny dreszcz przebiegł mu po plecach. Oparł obie dłonie o blat biurka.

 – Co ja odpierdalam?  – powiedział pół głosem do siebie. Pomasował nasadę nosa. Zmęczenie i cały stres rzucał mu się na mózg. Wyobraża sobie rzeczy, których nie ma.

Otworzył laptopa, chcąc sprawdzić jego stan po podróży i podpiąć go do hotelowego Internetu. Znowu to usłyszał. Tym razem głośniej. Natarczywiej.

Drapanie o drzwi. Jak pazury. Sławek poczuł, jak ściska go w żołądku. Ktoś musi robić sobie z niego żarty. Zignorował ten powiew chłodu na karku. Powoli zbliżył się w stronę drzwi. Drapanie nie ustawało. Przypominało mu to szczury. To jak drapały i podgryzały drzwi piwnicy. Chciały wejść do środka. To coś też chciało wejść.

Sławek zamarł.

 – Kurwa  – powiedział do siebie, uderzając się otwartymi dłońmi w policzki. Przetarł twarz dłońmi.

Jakieś potwory z babcinych legend mają naprawdę istnieć? Bujda. Albo ktoś z innych pracowników drapie w jego drzwi albo puszcza to z głośników. Bardzo dobrych głośników, sądząc po jakości dźwięku.

Westchnął, pewnie chwytając klamkę. Nie da się tak łatwo.

HUK.

Drzwi zadrżały we framudze. Sławek odskoczył. Serce waliło mu jak oszalałe. Drapanie przybrało na sile. To coś chciało wejść.

HUK.

Drzwi znowu zadrżały. Zawiasy zaskrzypiały. Sławek przełknął ślinę. Pomylił się.

Rzucił się do włącznika tuż przy drzwiach. Pokój ogarnęła ciemność. Drapanie nie ustawało. Światło z korytarza wdzierało się pod drzwiami. Cień.

Kolejny huk. Skrzypienie zawiasów.

Co miał zrobić, aby odeszło? Chłopak na szybko odnalazł w głowie zasadę. Stanął przed drzwiami, kładąc otwartą dłoń na drewnie. Przygryzł wnętrze policzka.

Krew szumiała mu w uszach. Między hukami i skrobaniem usłyszał coś jeszcze. Dyszenie. Z całej siły zamknął oczy.

 Uniósł prawą dłoń. Lekko mu drżała.

Raz.

Ciche, głuche uderzenie o drewno.

 – C-ciemno wszędzie  – jego głos załamał się na pierwszym słowie. Brzmiał tak żałośnie. Piskliwie. Obco.

Dwa.

Odliczał. Musiał zachować rytm.

 – … głucho wszędzie…

Trzy.

Walenie z korytarza ustało. Sławek wziął drżący wdech. Powietrze zgęstniało.

 – …idźże stąd…

Cztery.

Czuł suchość w ustach. Dyszenie ustało. Drapanie zwolniło.

 – … bo Weles…

Pięć.

Drapanie ustało. Jakby bestia zamarła, wsłuchiwała się w jego ruchy.

 – … przybędzie.

Sześć.

Jeszcze jeden raz.

 – A kysz…

Siedem.

 – A kysz!

Głos mu się załamał. Dłoń spoczęła na drzwiach. Oparł czoło o drewno. Nasłuchiwał. Cień pod drzwiami oddalił się. Usłyszał ciche westchnienie.

Sławek wypuścił powietrze. Oparł się plecami o drzwi, zsuwając się na podłogę. Objął się trzęsącymi się dłońmi, kuląc się.

W pokoju panowała wręcz grobowa cisza. Serce wciąż waliło mu jak szalone. Biło tak mocno, że polała go klata. Brał krótkie rwane wdechy. W głowie odbijały mu się tylko trzy słowa.

To nie żarty.

Sławek bezwiednie zaczął mocniej przygryzać wnętrze policzka. Siedział tak, skulony, dopóki nie poczuł smaku własnej krwi. Pokręcił głową. Starał się wziąć głębszy wdech.

Podniósł wzrok z podłogi na kosz na śmieci. Rzucił się w stronę kosza, drżącymi dłońmi wyciągając ze środka zmiętą kartkę. Delikatnie, tak aby jej nie podrzeć rozprostował ją. Przeczytał ponownie wszystkie zasady. Jeden raz. Drugi. Trzeci. Musiał zapamiętać każdy szczegół.

Nie mógł odejść. Wystarczy przestrzegać zasad. Da radę. Powtarzał na głos słabym głosem jak mantrę. Zaklęcie ochronne.

Po kilkunastu długich minutach, gdy serce Sławka przestało w końcu walić jak oszalałe podszedł do drzwi. Drżącą dłonią chwycił klamkę. Jego ręka była cała spocona. Kilka kropli potu spadło na ziemię. Drugą rękę wcisnął głęboko w kieszeń spodni, zaciskając palce na zmiętej kartce z zasadami i małym woreczku z solą, którą wcześniej przesypał. Była jego jedyną szansą na przetrwanie. Dotyk papieru jakoś kotwiczył jego gnające myśli. Wziął głęboki wdech, naciskając klamkę.

Ma listę z zasadami, to znaczy, że ten horror jest przewidywalny. Wystarczy tylko ich przestrzegać. Nic trudnego, powtarzał sobie w duchu. Szybko wykona zadania na dzisiejszy wieczór i zamknie się w pokoju. Nie może stracić tej pracy.

Powoli starając się wyglądać pewnie ruszył korytarzami hotelu. Nigdzie nie było śladu tego czegoś spod jego drzwi. Jedynym dowodem świadczącym o bytności stwora były zadrapania u dołu. Głębokie bruzdy. Sławek starał się nie myśleć jak wielki musiał być ten stwór ani jak ostre były jego szpony.

Zasady go ochronią.

Grube, czerwone dywany skutecznie tłumiły odgłosy jego kroków. Tylko, że to wcale nie przynosiło mu ulgi. Wręcz przeciwnie. Niczym niezakłócona cisza, sprawiała, że supeł w żołądku zaciskał mu się z każdym przemierzonym metrem.

Włoski na karku stanęły mu dęba. Dreszcz przebiegł mu po kręgosłupie, aż zadrżały mu ramiona. Odwrócił się za siebie. Oddech przyśpieszył. Korytarz pogrążony w mroku był pusty. Automatyczne światła nie zapaliły się. Mimo to czuł na sobie czyiś wzrok. Przełknął ślinę, w myślach licząc do dziesięciu. Ruszył dalej przed siebie, starając się ignorować to uczucie.

Kilka minut zajęło mu dotarcie do lobby. Nie było nikogo. Na stole przy kominku, gdzie wcześniej siedzieli goście, jakich Sławek widział wcześniej, zostały puste kubki i talerzyki. Przyda mu się tacka.

Uznał, że znajdzie taką w kuchni, więc skierował się drugim korytarzem przy recepcji w głąb budynku. Światła delikatnie zamrugały, ale nie zgasły. Sławek zastanawiał się, czy to znaczy, że czujniki działają z opóźnieniem czy, że licho krąży niedaleko. Odnotował w pamięci, aby w kuchni poszukać jakiegoś pudełka ciastek. Tak na wszelki wypadek.

Plusk wody przerwał ciszę.

Sławek znieruchomiał. Zatrzymał się w półkroku, niedaleko na wpół otwartych przeszklonych drzwi na basen. Na granicy światła, widział jak na linoleum mienią się mokre ślady. Prowadziły na basen. Chłopak podszedł niepewnym krokiem w ich stronę.

Kolejny plusk.

Podniósł wzrok. Do jego nozdrzy wdarł się ostry zapach wilgoci. Jak stara piwnica w jego domu, gdy zapomniał zamknąć okno, a akurat kolejnej nocy padał ulewny deszcz. W słabym blasku światła z korytarza widział kolejne mokre ślady. Prowadziły wprost do basenu. Na wodze pojawiły się małe fale. Coś ciemnego wyłoniło się zza krawędzi. Para czerwonych oczu wpatrywała się w niego.

Krew szumiała Sławkowi w uszach. W panice chwycił klamkę. Trzasnął drzwiami. Trzymał ją tak mocno, że pobielały mu knykcie. Oddychał szybko. Zamknął oczy.

Nie wszedł na basen. Tylko zakluczył drzwi. Był bezpieczny przed tym czymś, co kryło się w wodzie. Nie miał odwagi spojrzeć przez szklane drzwi na to coś.

Szybkim krokiem, prawie biegiem wznowił wędrówkę do kuchni. Jego mózg nie mógł przetrawić faktu, że stanął oko w oko z demonem. Potworem, który mógłby go zaciągnąć na dno basenu i utopić. Jak za uderzeniem pioruna przestał czuć ucisk w żołądku. Jedyne o czym potrafił myśleć to puchnące linoleum w korytarzu. Musiał znaleźć ręczniki. I ciastka. Nie może zapomnieć o ciastkach.

Wyłożył drżącymi rękoma ręczniki na podłodze przed drzwiami na basen. Przycisnął je butami, aby cała woda w nie wsiąknęła. Dociskał je z całych sił do ziemi. Nawet nie podnosił głowy. Wystarczy tam nie wchodzić. Jego mózg kompletnie odciął go od basenu. Nie słyszał szeptu dochodzącego z głębi.

Skierował się do recepcji. Musiał posprzątać naczynia. Mechanicznie strzepnął dłonie, nie rejestrując jak bardzo mu się trzęsą. Zebrał talerze, układając je jeden na drugi. To nudne zadanie zakotwiczyło jego myśli. Jeden talerz na drugi. Dwa talerze na trzeci. Jeden kubek w drugi. Trzeci stuknął w czwarty. Wszystko na tacę.

Poczuł zimną dłoń na ramieniu. Wzdrygnął się gwałtownie odwracając. Głos ugrzęzł mu w gardle.

 – Bardzo cię przepraszam!  – odparła zaskoczona Małgorzata, odsuwając się od przestraszonego chłopaka.  – Nie chciałam cię przestraszyć. Wołałam cię, ale nie reagowałeś.

 – Z-zamyśliłem się  – bąknął szybko Sławek, starał się, aby jego głos nie brzmiał piskliwie.

Poprzednie zasady się sprawdziły, więc ta o Małgorzacie również musiała być prawdziwa. Chłopak był w stanie uwierzyć, że pod fasadą miłej starszej pani, może kryć się potwór. Nie mógł dać po sobie poznać, że coś jest nie tak.

 – Rozumiem  – uśmiechnęła się delikatnie pani Gosia, poprawiając pasek torebki.  – Chciałam ci tylko dać znać, że wychodzę i zamykam główne wejście. W razie problemów dzwoń.

 – Dobrze  – odparł Sławek, zmuszając się do uśmiechu. Nie miał z tym problemu. Wiele razy udawał uśmiech. Miał to wypracowane do perfekcji.  – Dobrej nocy.

 – Do jutra!  – pomachała mu na do widzenia pani Gosia, znikając za głównymi drzwiami. Sławek usłyszał jeszcze ciche kliknięcie.

Został sam z potworami. Westchnął, wracając do swoich zadań. Przełożył naczynia na tackę, chcąc załadować zmywarkę w kuchni. Przesunął naczynia bliżej środka tacy, aby łatwiej nią manewrować. Skierował się w stronę kuchni. Serce wciąż mu waliło. Zmienił zdanie. Umyje naczynia ręcznie. To oczyści jego umysł. W kuchni nic mu się nie stanie. Po drodze mechanicznie zgarnął z podłogi ręczniki, przewieszając je przez ramię. Zignorował szmer i chrobotanie za sobą. Światła nie migotały, więc było w porządku. Mimo to jego serce znowu przyśpieszyło.

W kuchni umył naczynia, zostawiając je na ociekaczu przy zlewie. Przemył twarz zimną wodą, opierając się rękoma o krawędź zlewu. Zamknął oczy, pozwalając wodzie spływać. Wsiąkała w jego bluzę. Liczył do dziesięciu, wstrzymując oddech. A potem do zera, powoli wypuszczając powietrze. Jego serce uspokoiło się, chociaż dalej czuł smak żółci na języku.

 – Dobrze ci idzie  – powiedział słabo do siebie, lekko łamiącym się głosem.  – Dajesz radę.

Tysiące razy powtarzał to do siebie. Pomagało wtedy, pomoże i w tej chwili. Tutaj przynajmniej były klarowne zasady, a trzymanie się ich nie było takie trudne. Musi być tylko czujny. Nikt tu go nie zaskoczy. Nie wrzaśnie niespodziewanie, bo po prostu coś przestało pasować. Czy tylko dlatego, że ma na to ochotę.

Pokrzepiło go to trochę.

Do kieszeni bluzy wepchnął pudełeczko herbatników. Kolejny amulet.

Pchnął ciężkie, wahadłowe drzwi, wychodząc z powrotem na korytarz. Uderzyła go fala absolutnej, nienaturalnej ciszy. Ciepłe światło lamp rzucało na ściany długie, leniwe cienie, które wydawały się rozciągać wzdłuż krętych korytarzy.

Sławek szedł powoli, a gruba wykładzina wytłumiała każdy krok jego zniszczonych trampków. Nie było tu słychać nic prócz monotonnego, ledwo słyszalnego szumu hotelowej wentylacji. Głęboki, basowy pomruk, który po jakimś czasie stał się dla niego relaksujący. Kotwiczył w rzeczywistości jego rozedrgane myśli. Gdzieś głęboko w ścianach, z rzadka i leniwie, jęknęły stare rury grzewcze, wydając z siebie metaliczne, przeciągłe kliknięcie, które natychmiast utonęło w bezbrzeżnej pustce budynku.

Z każdym kolejnym metrem, gdy mijał rzędy zamkniętych, drzwi z mosiężnymi numerami, w jego głowie zaczęła kiełkować cicha, natrętna myśl. Czy to wszystko wydarzyło się naprawdę? A może po prostu zwariował? Dał się ponieść klimatowi tego miejsca.

Skrajne wycieńczenie po ucieczce z domu, paraliżujący strach przed ojcem, nagła bezdomność w Poznaniu i ta desperacka, podróż do Puszczykowa…

Te jaskrawoczerwone ślepia na basenie, mokre ślady wielkich łap, bestia rzężąca pod drzwiami pokoju. Brzmiało to jak jakieś załamanie psychicznie. Zresztą nie byłby to pierwszy raz gdy jakiegoś doświadczał, co prawda wcześniejsze nie były tak makabryczne. Może ten list pod materacem rzeczywiście był tylko głupim żartem, a on dał się wkręcić jak dziecko, biegając w panice z solą i recytując Mickiewicza do pustego kawałka drewna?

Wszystko było w porządku. Hotel był pusty, spokojny i całkowicie bezpieczny. Nie było żadnych potworów. Przeżył po prostu zbyt wiele stresu w ciągu jednego dnia.

Czasem miał wrażenie, że ktoś go obserwuje. Ale to przebodźcowany mózg płatał mu figle. Obarczył winą niektóre obrazy porozwieszane na wyższych piętrach. Na kilku z nich były jakieś postacie jak rogaty niedźwiedź, czy syrena. Stanął przed jednym z nich. Kobieta z długimi posklejanymi włosami opadającymi jej na nagi biust. Ale jej nogi przypominały żabie.

 – To baba rzeczna  – Sławek wzdrygnął się, słysząc za sobą melodyjny kobiecy głos.

Odwrócił się powoli, starając się nie dać po sobie poznać, że coś jest nie tak. Mimo to serce zaczęło mu walić. Miał wrażenie, że słychać to na całym korytarzu. Spokój jaki z trudem odzyskał w kuchni rozpadał się z każdym uderzeniem.

Przed nim stała jedna z kobiet, które spotkał wcześniej przy recepcji, gdy przybył do hotelu. Nie był tylko pewien, która z nich to dokładnie była. Wszystkie były do siebie bardzo podobne. Kompletnie oderwana od rzeczywistości i strachu przeszła mu myśl, że to chyba jakieś siostry.

Nie zwrócił na to wcześniej uwagi, ale wokół niej panował dziwny zapach. To nie były perfumy. Skojarzyło mu się to z zapachem nagrzanego lipcowym słońcem balotu siana. Mógłby określić ten zapach jako przyjemny, gdyby nie to poczucie duszności jakie go dopadło. Zakaszlał, czując nagłą suchość w gardle.

 – Zaskoczyłam cię?  – zapytała niewinnie.

Uśmiechnęła się zadziornie, obnażając rząd nienagannie białych może trochę zbyt spiczastych zębów. Głos miała melodyjny prawie jak drozd na polu. Sławek mimowolnie spiął się. Uroki wsi nigdy nie kojarzyły mu się dobrze. To ostatecznie rozbiło jego spokój. Stał oko w oko z demonem.

 – N-nie, skądże…  – wybąkał Sławek, starając się nie patrzeć w jej oczy.

Odruchowo cofnął się, uderzając plecami o ścianę tuż obok obrazu. Kobieta nie odrywała od niego wzroku. Widziała jak jedną rękę wciska w kieszeń swoich jeansów. Chłopak wręcz panicznie ściskał kartkę z zasadami, jakby ta była jedyną rzeczą, która obroni go przed jej atakiem. Zrobiła krok w jego stronę, nachylając się. Odgarnęła pasmo swoich włosów, chowając je za ucho. Sławek usilnie unikał patrzenia jej prosto w oczy.

 – To dobrze – Kobieta uniosła plastikowy, jaskrawozielony bidon, potrząsając nim lekko. W środku grzechotały pojedyncze kostki lodu.  – Słuchaj nowy. Dystrybutor wody, tam przy recepcji chyba się zaciął. Mógłbyś coś z tym zrobić?  – jej uśmiech nieznacznie się poszerzył.  – A i moje siostry chciałybyśmy się napić wody. Pomożesz?

Sławek przełknął ślinę. Chyba powinien przyzwyczaić się do posmaku żółci na języku. Najchętniej zamknąłby się w swoim pokoju i spędził tam resztę nocy. Tylko, że na liście zadań od Małgorzaty była pomoc gościom. Było też coś o wodzie. Nie mógł odmówić. Nie był pewien co może mu grozić, jeśli by to zrobił.

 – Oczywiście. J-już idę sprawdzić co się stało  – wydukał, starając się, aby jego głos nie drżał.

Poszedł za kobietą w kierunku recepcji. Czuł jak z każdym krokiem powietrze wokół nich staje się suche i gorące, jakby zbliżał się do rozgrzanego pieca albo ogniska.

W lobby na bordowej kanapie, siedziały dwie pozostałe “siostry”. Obie wylegiwały się na kanapie, bawiąc się swoimi bidonami. Jedna z nich, stukała paznokciami w plastik, w rytm, który Sławkowi wydawał się niepokojąco szybki. Gdy go zobaczyły, natychmiast znieruchomiały. Ich wzrok spoczął na nim.

Sławek przełknął ślinę, starając się to zignorować. Miał tylko jedno zadanie. Wykona je i pójdzie. Całą swoją uwagę skupił na dystrybutorze wody. Wysokiej, nowoczesnej maszynie z chromowanym frontem i wielką odwróconą butlą na szczycie. Stał w rogu pomieszczenia tuż przy kontuarze. Plastikowy zbiornik był pusty.

 – Dasz radę nam pomóc?  – zapytała blondynka, stając tuż obok niego. Musnęła go delikatnie ramieniem. Mimo to poczuł jakby coś go oparzyło. Całą swoją siłą zmusił się, aby nie odskoczyć, czy nie wzdrygnąć się.

 – Pójdę po nową butlę  – rzucił, szybkim krokiem kierując się w stronę schowka za kontuarem recepcji.

Przyniesienie ciężkiej butli ze schowka było wysiłkiem, który Sławek przywitał z ulgą. Mógł zakotwiczyć myśli. Nie skupiać się na trzech demonach, które tylko czekają na jego potknięcie. Ciężar butli odwrócił jego uwagę od narastającego napięcia w klatce. Całą siła woli skupiał się na utrzymaniu butli i przeniesieniu jej. Położył baniak obok dystrybutora, a kobiety otoczyły go ciasnym kręgiem, trzymając swoje bidony jak trofea.

Sławek bez problemu zdjął pustą butlę. Ukucnął przy nowej. Zerwał zabezpieczenie. Chwycił pewnie pełną butlę, chcąc umieścić ją w gnieździe. Jego twarz znalazła się zaledwie kilka centymetrów od lśniącej, wypolerowanej na błysk metalowej obudowy. Sławek spojrzał w to zakrzywione zwierciadło. I wtedy zorientował się, że popełnił błąd.

W odbiciu zamiast urodziwych, młodych kobiet w białych sukniach, ujrzał coś przez co jego serce na moment zamarło. Butla prawie wyślizgnęła mu się z rąk. Zobaczył trzy wysuszone, potworne postacie. Ich śniada cera była prawie czarna, miejscami czerwona i spękana z sączącymi się pęcherzami, zaschniętymi strupami na gołych ramionach. Wyglądały jakby ktoś wyciągnął je z ogniska. Jasne, gęste blond włosy zmieniły się na rzadkie strzępy. A ich oczy. Przebiegł go dreszcz. Widział tylko czarne puste oczodoły, a na policzkach miały coś jak plamy. Żołądek mu się ścisnął. Bezwiednie zakrył usta dłonią. Ich oczy wyglądały jakby wypłynęły z czaszki. Uśmiechały się do niego, odsłaniając pożółkłe kły.

Przygryzł boleśnie wnętrze policzka, odrywając wzrok od odbicia. Nie mógł dać po sobie poznać, że coś widział. Resztkami woli zebrał siły. Radził sobie z gniewem ojca, da radę z demonami. Póki one nie wiedzą, nic mu nie zrobią. Tak mówił list.

Póki nie patrzy im w oczy. Podniósł butlę jednym sprawnym ruchem osadzając ją w gnieździe.

 – Gotowe  – mruknął odsuwając się od dystrybutora. Przetarł dłonią czoło, udając, że ściera pot.

 – Ojej, dziękujemy  – zaszczebiotała jedna z nich.

 – Tak. Jesteś super, nowy  – dodała druga kobieta, podkładając swój bidon pod kurek, z którego poleciała woda.

 – Racja, całkiem nieźle sobie radzisz  – dodała trzecia, delikatnie przekrzywiając głowę.

Jej oczy błysnęły czerwienią, a Sławek poczuł jak włoski na karku zjeżyły mu się. Całą wyćwiczoną siła woli powstrzymał się, aby nie uciec czy nie wzdrygnąć się pod jej spojrzeniem. Miał wrażenie, że kobieta wcale nie mówi o dystrybutorze.

Nie czekał, aż skończą. Mechanicznie, wręcz bezemocjonalnie powiedział coś o konieczności dokończenia zadań. Skinął im delikatnie głową, zmierzając w stronę swojego pokoju. Sztywnym, wymuszonym powolnym krokiem udał się w jego stronę.

Odetchnął dopiero, gdy zakluczył za sobą drzwi pokoju 109. Drżącą dłonią wyjął z kieszeni sól, rozsypując grubą linię pod drzwiami. Nie zostawił ani milimetra szpary. Odłożył klucze na biurko, a jego żołądek ścisnął się. Jego ciałem wstrząsnął dreszcz.

Biegiem rzucił się do łazienki. Zwymiotował. Wcisnął spłuczkę, opierając czoło o zimną deskę klozetową. Przetrwał pierwszą noc. Dał radę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Copyright © 2026 Cień Pisarza. All Rights Reserved. | Catch Vogue by Catch Themes