
Jeśli spędzacie trochę czasu na Instagramie, scrollując rolki o sztuce, problemach z AI czy konwentowych perypetiach, na pewno kojarzycie Makowe arty (Martę Cieślak). Autorka od dawna znana jest z tworzenia zabawnych, szalenie trafnych obrazków i krótkich komiksów o życiu artysty.
Jej styl?
Prosty, pełen jaskrawych kolorów i niesamowicie charakterystyczny. To z jej internetowej twórczości narodził się fenomen, który wreszcie trafił na papier „Fandomiarze”.
Fandomiarze. Sześć twarzy polskiego fandomu
Kim w ogóle są Fandomiarze? To zgrabnie napisane, przerysowane postaci, które uosabiają stereotypy konwentowych bywalców. Co ważne – autorka robi to z ogromnym dystansem i sympatią, bez krzty negatywnego wydźwięku, a zrobienie tego dobrze wcale nie jest łatwe.
W naszej uroczej ekipie znajdują się:
- Czaregg – typowy gracz, który marzy o tym, by zbijanie wirtualnych leveli zamienić na realną gotówkę.
- Kosma – cosplayerka pełną gębą, która potrafi przebrać się za absolutnie każdego (od postaci z anime po te z gier).
- KT (Kejti) – k-poperka wzdychająca do idoli, którzy – bądźmy szczerzy – pewnie nigdy nie zagrają koncertu w Polsce.
- Utako – klasyczne otaku. Może i będzie jeść suchy chleb do końca miesiąca, ale budżet na nową figurkę z Japonii musi się zgadzać. Trochę aspołeczna, trochę niepewna siebie.
- Arfur – typowy furry. Gość, który biega w głowie różowego wilka i… w sumie niewiele więcej o nim wiadomo.
- Arti – rysowniczka, która narysuje absolutnie wszystko. Zwłaszcza shippy, o które nikt nie prosił, ale każdy potrzebował.
Konwent, na którym wszystko się zaczęło
Fabuła komiksu to w dużej mierze origin story – dowiadujemy się, jak ta szóstka w ogóle na siebie trafiła. Akcja dzieje się na konwencie, który daje naprawdę mocny vibe poznańskiego Pyrkonu. Łatwo się z tym utożsamić, zwłaszcza jeśli sami kiedykolwiek przepadliście na cały dzień w Hali Wystawców, czy w Kolejkonie.
Zaczynamy od Czaregga wbijającego na festiwal, a potem powoli poznajemy resztę. Ich losy naturalnie się przeplatają (wielki plus za to, że postaci majaczą gdzieś w tle, nawet gdy dany kadr skupia się na kimś innym). W tle pojawia się też tajemniczy, zły złoczyńca z tajną misją, chociaż na razie nie do końca wiadomo, o co mu chodzi.
Fandomiarze. Kickstarterskie zgrzyty i bariera wejścia
Jako fanka, bawiłam się przy tej historii świetnie. Muszę jednak nałożyć na chwilę obiektywne okulary.
Po pierwsze, komiks został ufundowany ze zbiórki. Osoby, które wpłaciły odpowiednią kwotę, mogły pojawić się na kartach komiksu – czasem gdzieś w tle, czasem z nazwiskiem, a czasem z własną kwestią dialogową. To super ukłon w stronę wspierających i fajnie, że dzięki nim ten projekt w ogóle powstał. Problem w tym, że dla postronnego czytelnika te sponsorskie „cameo” potrafią wybić z rytmu. Czuć, że niektóre kadry to typowe zapychacze, które rozciągają historię na siłę, żeby tylko umieścić w niej darczyńców.
Po drugie, to nie jest komiks dla kogoś, kto wchodzi z ulicy. Osobie, która nigdy nie widziała rolek Maki i nie zna kontekstu tych postaci, może być trudno w to wsiąknąć. Szczerze? Zanim kupicie komiks, zróbcie sobie maraton na profilu Makowe arty. Inaczej lektura może wydać się po prostu hermetyczna.
Okiem grafika (czyli laurka dla wydania)
Na koniec muszę się na chwilę odpalić zawodowo. Jako grafik, który na co dzień siedzi w przygotowaniu materiałów do druku, chylę czoła. Autorka znalazła rewelacyjną drukarnię. Komiks od pierwszej do ostatniej strony to czysta jakość. Kolory są niesamowicie żywe, a całość wydrukowano na świetnym, grubym papierze (nic się tu nie gniecie i nie wygina). Okładka dostała genialne wykończenie z użyciem lakieru wybiórczego, co tylko podbija efekt wow.
Wielu niezależnych artystów marzy o wydaniu komiksu w takim standardzie, ale zazwyczaj budżet sprowadza ich na ziemię. Tutaj to się udało. Komiks trochę kosztuje, ale dostajecie do rąk produkt premium. Warto, po prostu warto.
Fandomiarze – czy warto?
Czekam na kolejne tomy (autorka wspominała chyba o pięciu, ale ręki sobie uciąć nie dam!), bo niesamowicie zżyłam się z tą barwną ekipą. To bardzo udany początek, świetnie wydany i zilustrowany z pasją. Pamiętajcie tylko o odrobieniu „pracy domowej” z Instagrama, a na pewno nie pożałujecie wejściówki na ten konwent!