Site Overlay

Ostatnia Opowieść Mojego Dziadka – roz. 7

Rozdział VIII 

– Karolciu, zrobiłem twoją ulubioną gorącą czekoladę – powiedział spokojnie Bogdan. Zapukał delikatnie w drewniane drzwi. Ale odpowiedziała mu tylko cisza. Spojrzał na kubek parującego płynu. Gorąca była najlepsza, ale nawet jak wystygnie będzie dobra. – Zimna też jest smaczna, ale nic na świecie nie może równać się ze smakiem gorącej czekolady. Tego słodkiego smaku, który rozpływa się w ustach. – mówił dalej Bogdan. Nie był nawet pewien, czy Karolcia go słyszy. Dziewczyna miała te swoje słuchawki. Były ledwo widoczne w uszach, ale odcinały ją od świata skuteczniej niż betonowy mur. Tak głośno jak tylko chciała. – Bardzo lubię to jak mamy o niej to samo zdanie. Jak w wielu innych kwestiach – Wiedział, że nie ma co pośpieszać wnuczki. Na niektóre rzeczy potrzeba czasu. Jedne rzeczy można łątwo przetrawić, a niektóre wymagają go znacznie więcej. Mógł go dla niej poświęcić. Dlatego stał tam.  

Czekał. Czekolada stygła. Marcin na moment pojawił się na korytarzu. Wymienili się spojrzeniami. Bogdan uśmiechnął się pokrzepiająco. Jego oczy zabłysły na moment. Jakby mówiły do Marcina słowa otuchy. Wyprostował się, mimo zmęczenia odwzajemnił ciepły uśmiech swojego ojca. Wrócił do reszty do salonu, do gwaru rozmów i przeglądania zdjęć z przeszłości.  

Zapukał raz jeszcze.  

Znowu. Ta cisza. Bogdan poczuł ucisk w żołądku. Może za bardzo naciska? Może Karolcia potrzebuje więcej czasu?  

Deski zaskrzypiały. Bogdan wyprostował się. Znowu zaskrzypiały. Trochę głośniej niż wcześniej. Kroki zmierzały w stronę drzwi. A potem otworzyły się. Karolcia stała w nich przez moment. Nawet nie podniosła wzroku na Bogdana.  

Wróciła na materac w rogu pokoju. Okryła się kocem. Zamknęła oczy. Wyglądało jakby wróciła do słuchania muzyki. Bogdan postawił kubek na stoliku nocnym, niedaleko nastolatki. Był za stary, aby usiąść obok niej na materacu. Na pewno by nie wstał, a przynajmniej nie bez pomocy.  

Usadowił się na łóżku kostka. Przyjrzał się swojej wnuczce. Nastolatce, która w tak młodym wieku musi mierzyć się z rzeczami, które ją przerastają. Przerażają. Próbująca zrozumieć świat i czuje się bezradna. Zła. Znał doskonale to uczucie. Tę piekącą gulę w gardle. Tę chęć krzyku. Zmiany tego, czego nie da się zmienić.  

Mimo tylu lat, te uczucia wciąż były w nim żywe. Zwłaszcza w ciągu tych ostatnich dniach.  

– Pamiętam jak Jagoda, powiedział nam, że mamy przed sobą jeszcze trzy lata szkolenia… 

– A co mnie to obchodzi? – warknęła nastolatka, nawet nie zerkając na dziadka. – Kolejna historyjka o twoich wygłupach w wojsku. Żarty z Borsuka, świetne wyniki z testów i egzaminów. A może o tym jak dziadek Michał robił karierę, a ty zacząłeś pracę w policji? A może o ślubie z babcią? – prychnęła. – Kolejna cukierkowa historia. Tego bachora może na to złapiesz, ale ja nie jestem tak głupia.  

– Cukierkowe, co? – powiedział lekko zasmucony Bogdan. Może jego młodość była słodka, ale dorosłość gorzka. Cierpka. Ale nie mógł nic na to poradzić. Jedyne co pozwoliło mu to przetrwać to chwile słodyczy, nikłe i delikatne. Czasem tak krótkie, ale dawały mu siłę.  

– To twoja jedyna odpowiedź – warknęła Karolcia, bardziej otulając się w koc. – Zostawiasz nas. Porzucasz 

– Tak to widzisz? Jakbym was opuszczał?  

– A co to niby innego jest?! – podniosła głos, a koc zsunął się z jej ramion. Zakryła się nim z powrotem. – W każdej chwili możesz zadzwonić i załatwić sobie miejsce.  

Racja. Mógłby to zrobić z łatwością. Ale jakim kosztem? Czyim życiem byłoby ukupione te parę lat albo miesięcy razem? Czy mógłby spać spokojnie? Nie. 

Wiedział to już lata temu.  

– Uważasz, że byłem szczęśliwy, gdy dowiedziałem się o powołaniu albo potem o przedłużeniu służby? – powiedział chłodniej niż zamierzał Bogdan. Karolcia od razu podniosła głowę. Dziadek nie patrzył na nią. Tylko przed siebie. Miała wrażenie jakby jego oczy szukały czegoś w oddali. – Tylko dlatego, że mówiłem wam o szczęśliwych chwilach pełnych śmiechu, nie znaczy, że tylko takie były. – Zamilkł na moment, biorąc głęboki wdech. – Po prostu nauczyłem się cenić chwile szczęśliwe. Żyjąc tak długo jak ja zrozumiesz, że warto cenić i pamiętać te szczęśliwe. Rozpamiętując te złe i ciężkie nie można iść na przód i pogodzić się z bólem.  

… 

Po tym jak nasz porucznik to ogłosił wyszedł. Myślę, że tamtym prezentem sami zrobiliśmy mu sieczkę z mózgu. Pewnie czuł wyrzuty sumienia z tego powodu. My natomiast pokłóciliśmy się. Ostro. Mucha stwierdził, że to w sumie nie będzie takie złe. Nie miał planu na życie, a wojsko okazało się czymś dla niego idealnym. Stała praca, perspektywa. Powiedział, że rodzina go pierwszy raz za coś pochwaliła. Leżał na swojej pryczy, wpatrując się w sufit. 

Nie wiedziałem co na to odpowiedzieć. Za to Księżniczka trafił w sedno jak czuła się reszta z nas. Chyba nawet większość. Tylko, że to on wybuchł jako pierwszy.  

– Zniszczenie nam życia uważasz za zajebistą okazję?! – warknął Księżniczka. – Przez to całe gówno musiałem zrezygnować ze studiów matematycznych! Coś na co pracowałem latami poszło się jebać! – stanął przed pryczą Muchy. – Henry miał wylecieć do ameryki, bo dostał się do Au pair! Musiał zrezygnować! Życiowa okazja przeszła mu koło nosa, bo jakieś fiuty na górze chcą zarobić!  

– Nie mogę wyjść sam z baraku, bo zawsze gdy Jarzębiński mnie zobaczy chce mi wpierdolić ze swoją bandą – powiedział szeptem jeden z bliźniaków. Jak on miał na imię… Arkadiusz? Tak, to był Ari. Pamiętam, bo rzadko się odzywał. – Tylko dlatego, że jestem gejem codziennie znajduję liściki o tym, że takich jak ja to razi się prądem.  

– Odliczaliśmy dni, aż do końca tego szkolenia, aby wrócić do Warszawy – dodał Artur. Twardo i surowo patrzył na Muchę, który siedział na swojej pryczy.  

– Ale nie jest tu tak całkiem źle, co nie? – dodał niepewnie Suchy. – Mimo to, to świetnie się bawimy, co nie? – wzruszył ramionami.  

– Ta bo szorowanie czyjegoś gówna jest zabawne? – warknął Księżniczka. – Bo to przecież spełnienie marzeń jak na ciebie plują i mieszają z błotem?  

– Ej, może zostawisz go w spokoju, co? – tym razem odpalił się Wierzba. Wstał ze swojego łóżka. Stanął naprzeciw Księżniczki. – Może nie jest to najlepsza wiadomość, ale jakoś damy radę. Razem, jak zawsze.  

– Powiedział syn jebanego kapitana. Pewnie takie życie nie różni się niczym od twojej codzienności, więc to żaden problem. Ale nam niszczy życie – dodał Księżniczka szturchając Wierzbę.  

W pokoju zapadła cisza. Wierzba zbladł. Nie ze strachu. Bardziej ze wstydu, może złości. W końcu tylko on i ja wiedzieliśmy o małym sekrecie Michała. Powiedział nam to w tajemnicy podczas jednej z akcji przemytu czekolady. Rozdzieliliśmy się wtedy z resztą drużyny, wstąpiliśmy na parę piw przy okazji i jakoś tak wyszło. Obiecaliśmy, że nic nie powiemy. Michał nie chciał mieć problemów z innymi rekrutami. Mówił, że wie to z doświadczenia. My nie pytaliśmy.  

Nie spodziewałem się, że Księżniczka, aż tak da się ponieść emocjom. On chyba też. Był równie blady do Wierzba. Cisza jaka zapadła nie pasowała do naszego pokoju. Nikt nie wiedział co zrobić. Część z nas wpatrywała się w Michała albo Księżniczkę. Może oprócz Ariego i Tura, którzy siedzieli skuleni na łóżku.  

Nawet nie zauważyłem, kiedy Mucha znalazł się obok Księżniczki.  

– Odpierdol się od niego – warknął Mucha, stając przed Michałem. – To, że ty nie masz jaj poradzić sobie z tą sytuacją, nie znaczy, że masz niszczyć morale reszty. – popchnął go.   

– A ty niby lepszy? – Księżniczka napiął się. Musiał podnieść swoją głowę, aby patrzeć w oczy Muchy. – Musisz nie mieć któreś klepki, aby uważać to wszystko za super zabawę.  

Tym razem to Księżniczka popchnął Muchę. Może zrobił to mocniej niż zamierzał. Może Mucha nie spodziewał się tego. Nie wiem co w nich wstąpiło. Może ta frustracja? Bezsilność, która towarzyszyła każdemu z nas?  

Mucha nie chciał nikogo urazić swoimi słowami. Starał się szukać pozytywów. Tylko, że to nie był na nie odpowiedni czas. Księżniczka nie chciał zaognić sytuacji i zdradzić sekretu Michała. Po prostu nie umiał poradzić sobie z emocjami.  

Nie wiem.  

Chyba nie dało się uniknąć tamtej bójki. Mucha przywalił Księżniczce. On mu oddał. Mucha wylądował na szafce nocnej. Suchy złapał Księżniczkę zanim ten znowu uderzył Muchę. Za to sam dostał. Polała się krew. Suchy dostał w nos, na szczęście go nie złamał. Chciałem obezwładnić Księżniczkę zanim stanie się coś gorszego. Jednak Mucha był szybszy. Powalił Księżniczkę na ziemię. Okładali się. Robił się coraz większy harmider.  

Ari pędem znalazł się przy drzwiach. Pilnował czy nikt nie idzie. Tur próbował odciągnąć Muchę. Któryś z chłopaków opatrywał Suchego. Musiałem coś zrobić. Szturchnąłem Wierzbę, Wyglądał jakbym wybił go z transu. Spojrzał na mnie, a potem na resztę pokoju.  

– Rolety w dół. Już – wrzasnął, a potem rzucił się na Muchę, który okładał Księżniczkę. Odciągnął go razem z Turem, a ja zająłem się Księżniczką. Próbował się wyrwać, ale siedziałem mu na plecach.  

… 

– Mieliśmy szczęście, że Borsuk się wtedy nie pojawił – powiedział Bogdan, wpatrując się przed siebie. Siedział w pokoju swojego wnuczka, a miał wrażenie jakby był światkiem bójki Muchy i Księżniczki w barakach. – Gdy już się nie wyrywali puściliśmy ich. Nikt się nie odezwał. – Bogdan zamilkł.  

Wpatrywał się w przestrzeń, a Karolcię przeszedł dreszcz. Nigdy wcześniej nie widziała, aby jej dziadek się tak zachowywał. Czytała jego biografię, słyszała jego opowieści. Nigdy nie mówił źle o wojsku. Nigdy nie opowiadał o takich rzeczach.  

Bała się cokolwiek powiedzieć. Przerwać tę ciszę. Ale uprzedził ją Bogdan.  

– Nie zawsze było cukierkowo. Pobiliśmy się. Byliśmy o krok od zniszczenia jedynej dobrej rzeczy jaką tam mieliśmy. Byliśmy bezsilni, wściekli. Byliśmy źli na świat, na ludzi za to co nam odebrali. 

Zerknął na Karolcię, która wpatrywała się w niego jak zaklęta. Uśmiechnął się. Ale nastolatka czuła, że to nie jest ten sam uśmiech co zawsze. Czegoś brakowało. A może odwrotnie, jakby wreszcie dostrzegła ten prawdziwy uśmiech? Ten smutny uśmiech, pełen bólu i wspomnień. Chwilę później poczuła rękę na głowie. Dziadek ją poczochrał. A ona znowu dostrzegła ten błysk w oczach.  

– No dobra, pobiliście się. Ale i tak przeżyliście. Skończyliście służbę. I tak byłeś bohaterem. Co to ma do tego, że teraz umrzesz? – powiedziała, a jej głos zadrżał, gdy wypowiedziała ostatni słowo. Rozumiała, że życie to nie bajka. Dlaczego jej dziadek sam je niszczy zamiast być z nimi. Z rodziną.  

Bogdan milczał przez chwilę, układając w głowie co ma powiedzieć wnuczce. To nie było łatwe, jak wiele rzeczy w jego życiu.  

– Długo zajęło nam pogodzenie się. Przez pewien czas myślałem, że to niemożliwe, ale każdy z nas musiał do tego dojrzeć na swój sposób.  

Karolcia słuchała.  

… 

Zabawne jest to, że nikt z nas nigdy nie powiedział przepraszam. Nikt.  

Może dlatego, że czasem tak trudno je powiedzieć? Albo dlatego, że uważaliśmy, że to za mało. Jedno słowo nie mogło pokazać, jak nam było wstyd za tamten wieczór. Mucha i Księżniczka nie odzywali się do siebie, unikali się na tyle ile mogli. Mucha zajął nawet tamtą jedną wolną pryczę po chłopaku, który nie dojechał na szkolenie. Ari zamknął się w sobie bardziej niż wcześniej. Nie mówił nam już o wybrykach Jarzębińskiego. Wierzba zaczął dystansować się od reszty drużyny. Chłopaki kłócili się, a nam oceny zaczęły spadać. Może nie drastycznie, ale wystarczająco, abyśmy nie dostawali już dodatkowych przepustek. Z resztą i tak nikt ich przez tamten czas nie wykorzystał. Nie mieliśmy po co wychodzić poza bazę.  

Próbowałem gadać z chłopakami. Jakoś załagodzić sytuację, wyjaśnić to nieporozumienie. Ale zawsze słyszałem to samo. Miałem przestać. Zostawić to, bo tego nie da się naprawić. Księżniczka miał żal do całego świata o odebranie mu szansy na przyszłość jakiej on chciał. Tak samo jak paru innych chłopaków z naszej drużyny. Mucha starał się szukać pozytywów, jak Ari mimo, że każdego dnia było gorzej.  

Nawet Borsuk przestał nam docinać, gdy wchodził do baraku. Tak ponura atmosfera tam panowała.  

Myślałem, że moje starania nie docierały do moich przyjaciół. Ale wiem, że tak. Poruszały odpowiednie struny, tylko nie wiedzieli, jak się pogodzić. O ironio pomoc przyszła z najmniej oczekiwanej strony.  

Jak mawiają wspólny wróg jednoczy. I tym razem nie był to Borsuk.  

Zaczęło się od tego, że Tur nie mógł nigdzie znaleźć Ariego. Było to niecodzienne, bo ci nigdy się nie rozstawali. Ari miał poprawkę z jednego z egzaminów teoretycznych. Tur chciał go odebrać o 18 gdy mieli skończyć, ale okazało się, że Ari oddał test wcześniej.  

Tur szukał wszędzie. W stołówce, bibliotece, w barakach. Nie mógł go znaleźć nigdzie. Dlatego gdy wrócił do naszego pokoju poprosił nas o pomoc. Wszyscy się zgodzili. Znaleźliśmy go dopiero późnym wieczorem.  A właściwie znalazł go Księżniczka z Wierzbą na placu treningowym.  

Ari był w samej bieliźnie przywiązany do drzewa. Na całym ciele miał wypisane pewne słowa, których nie chcę powtarzać. Wszystko napisane permanentnym markerem. Ari szorował to z kilka dni zanim zeszło. Zabraliśmy go do ambulatorium i zgłosiliśmy sprawę Jagódce. Niestety nie było świadków. Kamery nie łapały placu treningowego. Mimo, że sam Jagodziński wiedział o prześladowaniu Ariego z powodu jego orientacji i, że stoi za tym Jarzębiński to nie mógł go ukarać. Miał alibi. On i jego koledzy byli w czytelni. O ironio, było tam parę ślepych punktów, dzięki którym dało się wyjść z budynku niezauważenie. Coś o tym wiedzieliśmy, w końcu wykorzystywaliśmy tamto miejsce do przemytu czekolady.  

Byliśmy wkurwieni. Bardzo. Oficjalnie nie można nic z tym było zrobić. Po prostu nie było wystarczających dowodów.  

Ale to nie znaczy, że ominęła ich kara. Jak to się mawia, że najlepiej jednoczy wspólny wróg? Zdradzić mogę co dokładnie zrobiliśmy, bo jesteś na to za mała. Ale nie była to poważna krzywda. Daliśmy mu z chłopakami posmakować jego własnego pomysłu. Tylko, że zamiast na placu treningowym przywiązaliśmy całą trójkę do masztu na dziedzińcu. Jakimś dziwnym trafem, akurat na kilka godzin w środku nocy zabrakło zasilania. Awaria prądu. Powiedzmy, że to był udany zbieg okoliczności.  

To sprawiło, że z powrotem byliśmy drużyną. Dziwny i zawiły sposób na przeprosiny, ale chyba musieliśmy sobie wzajemnie pokazać, że jesteśmy w tym wszyscy.  

Potem jakoś to było.  

… 

– A co to ma wspólnego ze mną?  

– Cóż zarzuciłaś, że było tylko cukierkowo. Więc pokazałem ci jedną z cięższych historii – stwierdził Bogdan. Chociaż miał coś innego. Przynajmniej przyciągnął jej uwagę. Zaciekawił. Mógł opowiedzieć jej inną historię, – Ostatecznie przetrwaliśmy wojsko. 

… 

Były wzloty i upadki jak wszędzie. Trzy lata służby, przyuczania się do technika dronów nie było takie złe. Każdy z nas miał trochę inną specjalizację. Widać było, że dowództwu zależy, abyśmy byli jedną drużyną. Wyszło im to, bo na wojnie radziliśmy sobie całkiem nieźle. Z resztą, to już pewnie wiesz, bo czytałaś biografię.  

Ale to nie o tym chcę ci powiedzieć. Wojsko nauczyło mnie przetrwania, Karolciu. Ale to życie cywilne zadało mi cios, na który żaden trening nie mógł mnie przygotować. Po odbyciu szkolenia, trochę zajęło mi znalezienie pracy. Nie miałem pojęcia kim chcę być, skoro tyle lat mi uciekło. Zajmowałem się różnymi doraźnymi pracami, ale to dzięki mojemu bratu wylądowałem w policji. Wydział operacyjny. Miał tam kumpla z liceum, z którym trzymał kontakt, a akurat potrzebowali doradcy taktycznego.  

Wiele zawdzięczałem mojemu bratu. To do niego dzwoniłem w trakcie służby najczęściej. Nie chciałem obciążać Karo swoimi problemami, z resztą miała swoje studia na głowie.  

Nawet będąc dorosłym szukałem wsparcia u mojego starszego brata. Konstanty był dla mnie wszystkim, chociaż wiele jego decyzji nie potrafiłem pojąć. Dopiero po czasie je zrozumiałem, dopiero gdy sam stanąłem przed podobną.  

Pandemia szybko ogarnęła świat, a wielu ślepo uważało, że mamy ją pod kontrolą. Pozamykano nas w domach. Im dłużej to trwało tym więcej restrykcji nakładano. Ludzie nie widzieli poprawy mimo, że im ją obiecywano. Nie opracowano skutecznej szczepionki, a chorych przybywało. Wezwano mnie. Na szczęście dzięki paru kontaktom, tak dzięki Michałowi mogłem zostać z rodzicami i Karoliną.  

Stacjonowaliśmy na naszej wsi, w szkole. W sumie było nas dziesięciu na powiat. Trochę mało, ale mieliśmy wspomagać policję. Czy ludzie przestrzegają restrykcji, legitymować ich, pomagać, gdy trzeba. Zajmowaliśmy się też dostarczaniem żywności. Ale sprawy nie szły dobrze. Było coraz więcej chorych, a w tym i śmierci.  

Wojsko i policja nie dawały rady. Nie mogliśmy być wszędzie. Zamieszek było coraz więcej. Mimo, że dostarczaliśmy ludziom tygodniowe racje, a oni mieli pozwolenie wychodzenia na zakupy w określonych godzinach potrafili się pobić pod sklepem. Bo bali się, że dla nich nie starczy, chociaż wojsko, my pilnowaliśmy, aby wszystko było rozdzielane sprawiedliwie.  

Potrzebni byli wolontariusze, którzy zajmowaliby się chorymi, którzy nie mogli zostać w szpitalach. Bardziej z braku miejsc. Ich stan był na tyle ciężki, że potrzebowali pomocy, ale nie na tyle, aby być pod stałą obserwacją. Dlatego mój brat się zgłosił. Miał małe mieszkanie w Krakowie, więc pomagał ludziom w swoim bloku.  

Pomagał, bo mógł. Bo on był tą osobą, która zareagowała, gdy jego sąsiadka nie miała siły wyjść odebrać paczek z żywnością. Mieszkała też pod nim młode małżeństwo. Oboje byli chorzy, więc im pomagał. Sprzątał. Gotował.  

Nasza mama zawsze była zła na niego, że się naraża. Ale nigdy nie kazała mu przestać. Prosiła tylko, aby dbał o siebie. Ale czasem nie ważne jak ostrożny jesteś. Po prostu nie przewidzisz wszystkiego. Konstanty rozchorował się. A my nawet nie mogliśmy odwiedzić go w szpitalu. Takie były restrykcje. Chodziło o ograniczenie rozprzestrzeniania się wirusa. Umarł tam sam, a nam odmówiono nawet jego prochów.  Zmarł dwa miesiące przed moim ślubem z Karoliną. To on nas namawiał, że nie powinniśmy dłużej zwlekać. Czasy były nie pewne. Chciałem oszczędzić na wymarzony ślub z Karo. Taki wielki z rozmachem. Mieć też pieniądze na start w dorosłe życie. Zaskoczył nas twój ojciec, więc było coraz więcej powodów, aby odłożyć nasz ślub. Ale Konstanty powiedział, że to ma być szczęśliwy dzień, w którym będziemy się cieszyć chwilą. Tworzyć dobre wspomnienia.  

Dlatego nie przełożyliśmy ślubu. Nie ważne jak rozgoryczony się czułem to chciałem też wziąć ślub z Karo.  Było mi przykro, że nie było ze mną mojego brata, ale wiem, że tego by chciał. Abyśmy szli dalej, nie tonęli w rozpaczy. Dlatego mimo bólu starałem się uśmiechać. Cieszyć się z tych krótkich drobnych momentów radości i spokoju. Śmierć Konstantego nauczyła mnie, że życie jest kruche. Ale ślub z Karoliną nauczył mnie, że właśnie dlatego trzeba go bronić i kochać. Moja decyzja, by zostać, to też jest miłość.  

… 

– Dlatego rozumiem, że jesteś na mnie zła – powiedział Bogdan, przyglądając się swojej wnuczce. Uśmiechał się delikatnie. Mimo tego dziwnego bólu w sercu jaki pojawiał się, gdy mówił o swoim bracie. – Czasem los szykuje dla nas coś zupełnie innego niżeli byśmy chcieli. Niektóre rzeczy są naprawdę trudne i… – głos mu się załamał. Gula urosła w jego gardle. Potrzebował chwili. – Przerażające. Odejście kogoś bliskiego potrafi zniszczyć człowieka. Rozbić na kawałki. Możesz czuć wściekłość. Krzyczeć. Płakać. Pozbyć się tego uczucia, ale potem i tak musisz się pozbierać. Nawet jeśli nic nie będzie takie samo jak wcześniej, bo zabraknie jednego kawałka. – Bogdan spuścił głowę, splótł palce ze sobą. – Ale reszta wciąż się jakoś trzyma. Z czasem stanie się mocniejsza, ale tylko jeśli nie pozwolisz, aby się rozpadła. Bo tylko te krótkie szczęśliwe chwile mogą spoić resztę.  

– Jak czekolada – podsumowała cichym głosem Karolcia, przyglądając się wystygniętemu napojowi. Nie upiła nawet łyka. Zrobiło jej się jakoś głupio.  

– Poniekąd.  

Karolcia nie wiedziała co mogła więcej dodać. Przeprosić? Tylko kogo? Dziadka? Jej kuzyna? Ojca? Nie czuła się już zła. Chociaż może trochę. Nie umiała tego ująć w słowa albo chociaż zrozumieć.  

Nie zauważyła kiedy dziadek wyszedł z pokoju. Poczuła, że musi za nim pobiec. Zrobiła to. Wybiegła na korytarz. Uderzyła w coś. Straciła równowagę. Zaskoczona twarz jej dziadka mignęła przed jej oczami. Zachwiał się. Chwyciła go gwałtownie za koszulę. Oparł się wolną ręką o ścianę odzyskując równowagę.  

– Przepraszam – powiedziała, podnosząc głowę. Prawie go przewróciła. Nie wiedziała, że może tak łatwo go stracić równowagę. Bogdan nie krył zaskoczenia, ale rozpromienił się. Poczochrał wnuczkę po głowie. Ta lekko się skrzywiła, marszcząc nosek.  

– Nie masz za co – wypuścił wnuczkę z rąk. Chociaż mógłby ją tak trzymać i przez resztę wieczoru. Ręka mu lekko zadrżała. – Mam coś dla ciebie.  

Karolcia zmarszczyła brwi, przyglądając się książce trzymanej przez dziadka. Znała tę książkę.  

– Przecież czytałam twoją biografię.  

– Ta wersja to oryginał. Nieredagowana – wręczył jej dziennik. Karolcia zerknęła na niego, to na dziennik. Objęła go obiema rękoma, przytulając do siebie.  Poczuła jakieś dziwne kłucie w piersi. Łzy zaczęły zbierać w jej oczach. – Odpocznij. Wracam do salonu. 

Została sama. W progu pokoju. Dziadek zniknął na końcu korytarza, a niedługo zniknie też z jej życia. Przebiegł jej dreszcz po kręgosłupie. Wróciła na materac, kuląc się pod kocem.  

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Copyright © 2026 Cień Pisarza. All Rights Reserved. | Catch Vogue by Catch Themes