Wyjrzyjcie przez okno. Jeśli macie szczęście, zobaczycie na szybach te misterne, koronkowe wzory, które wyglądają, jakby wyszły spod pędzla szalonego artysty. A może czujecie tylko to przenikliwe zimno, które szczypie w nos w sekundę po wyjściu z klatki schodowej?
Mówimy: „idzie zima”. Sprawdzamy prognozę w telefonie. Minus pięć, minus dziesięć. Ale nasi przodkowie wiedzieli lepiej. To nie „front atmosferyczny” szedł przez wieś. To szedł ON.
Dziś w Bestiariuszu biorę na warsztat postać, którą popkultura skutecznie wykastrowała z jej pierwotnej potęgi, zamieniając w rubasznego dziadka z workiem prezentów. Zapomnijcie na chwilę o reklamach napojów gazowanych. Poznajcie pierwotną siłę.
Pan skutego świata
Mróz (czy też Moroz) w dawnych wierzeniach nie był demonem zła. Słowianie rzadko widzieli świat w czarno-białych barwach. On był po prostu Żywiołem. Był uosobieniem tego momentu, gdy woda zamienia się w kamień, a oddech staje się gęstą mgłą.
Wyobrażano go sobie jako potężnego starca, dosłownie skutego lodem. Wielka, oszroniona broda, ciężki kożuch i futrzana czapa. Ale to nie był ten miły dziadek, któremu siada się na kolanach. W ręku dzierżył kostur albo topór. To właśnie uderzeniami tego kostura o ziemię wywoływał trzaskający mróz. Znacie ten dźwięk, gdy nocą drzewa w lesie pękają z hukiem? Albo gdy deski starego domu trzeszczą? To znak, że Mróz właśnie przechodzi obok.
Był kapryśny. W dzień jego moc topniała w słońcu, ale nocą stawał się panem życia i śmierci. Mógł zabić nieuważnego wędrowca jednym dotknięciem, ale mógł też wymrozić szkodniki i choroby, ratując przyszłe plony. Był sędzią – surowym, zimnym, ale sprawiedliwym.
Układ z naturą
Ludzie się go bali, ale wiedzieli, że muszą z nim żyć. Dlatego w okolicach przesilenia próbowano go „udobruchać”. To była czysta transakcja wiązana. Gospodarz wystawiał za okno miskę z kisielem, miodem czy kaszą i wołał w ciemność: „Mrozie, Mrozie, przyjdź kisiel jeść! Nie mroź nas, nie mroź naszych dzieci!”. Rozumiecie tę logikę? „Nakarmimy cię, okażemy szacunek, a ty w zamian bądź łaskawy”. Sypano ziarno na śnieg, szeptano zaklęcia. Wszystko po to, by zima była tą „dobrą” – która otula pola śnieżną pierzyną, a nie tą, która zabija wszystko, co żyje.
Potem przyszło chrześcijaństwo i postanowiło Mroza oswoić. Na wschodzie stał się Dziadkiem Mrozem rozdającym podarki, na zachodzie jego atrybuty przejął Święty Mikołaj. Z potężnego demona stał się symbolem świątecznej radości.
Mróz dzisiaj – Moja wizja
Ale czy na pewno zniknął? Czy taka siła może po prostu wyparować?
Mam swoją teorię. Wyobrażam go sobie dzisiaj. Nie siedzi już w leśnej głuszy, bo lasy wycięliśmy pod autostrady. Wtopił się w tłum. Stał się jednym z nas.
Widzę go jako starszego mężczyznę. Jest wysoki, szczupły, a jego twarz – choć poznaczona bruzdami jak spękana kra – jest wciąż piękna, surowa i nieprzenikniona. Nie nosi kożucha. Ma na sobie długi, wełniany płaszcz w kolorze grafitu, zawsze idealnie skrojony. Żadnego szalika, mróz mu nie straszny. Jego dłonie, blade i silne, ściskają rączkę eleganckiej laski ze srebrną głowicą.
Mija nas na ulicach, gdy biegniemy po ostatnie prezenty albo wracamy z imprez. Nikt nie zwraca na niego uwagi, ale każdy czuje jego obecność. Kiedy przechodzi obok, ludzie mimo woli stawiają kołnierze i pocierają zmarznięte ramiona. On nie rozdaje prezentów. Nie wchodzi do domów. To byłoby poniżej jego godności. On obserwuje.
Staje pod oknami bloków i domów jednorodzinnych. Patrzy, jak w Wigilię kładziemy sianko pod obrus – ten mały, nieświadomy hołd dla dawnych czasów. Patrzy na suto zastawione stoły. Czasem uśmiecha się kącikiem ust – chłodno, ironicznie – widząc, że choć zmieniliśmy bogów i mamy centralne ogrzewanie, wciąż instynktownie szukamy ciepła i światła.
Wciąż karze lekkomyślnych. Wciąż mrozi serca tych, którzy są zimni dla innych. Jest tuż obok. Cichy, elegancki, niebezpieczny. Czeka na tę jedną noc, by uderzyć srebrną laską o chodnik i przypomnieć nam, kto tak naprawdę rządzi zimą.
Spotkaliście go kiedyś wzrokiem w tłumie?
