Site Overlay

Zapomniana Wytrwałość – roz. 4

17/18 sierpnia 1994r.  

Trudno jest mi określić czas tym miejscu… Mają zupełnie inny kalendarz niż my na górze. Nocy i dzień chyba też się różnią. Jakieś dziwne kryształy na suficie jaskiń dają tyle światła jakby był środek dnia i po jakimś czasie przygasają. Według doktora Gastera odzwierciedlają one cykl dnia i nocy na powierzchni. Może ma rację, ale mam wrażenie, że jest kilka godzin różnicy.  

Jak powiedział kiedyś pewien inteligentny polski poeta:  

„Głupota nie zwalnia od myślenia” – Stanisław Jerzy Lec  

Ten cytat idealnie pasuje do naszego zakładu. A mianowicie głupim, wręcz idiotycznym pomysłem było wejście na tą cholerną górę Ebott. Lecz na początku tego jeszcze nie widziałam.   

Dzień zaczął się zwyczajnie. Poranna pobudka z Luną. Śniadanie…   

Jakoś nie potrafię się skupić na pisaniu. Tyle się wydarzyło, a ja nie potrafię sobie z tym poradzić… Nie mogę nikomu powiedzieć… Czemu? Bo jestem idiotką! Wlazłam na tą CHOLERNĄ górę! Straciłam wszystko….   

Dobra… Muszę się uspokoić… Wszystko zapisać… Udowodnić sobie, że to nie jest sen, czy  początek choroby psychicznej…  Za bardzo mnie boli, aby to były jakieś halucynacje.  

Dzień minął spokojnie. Powiedziałam rodzicom, że zamieszam dotrzymać Jenny towarzystwa jak poprzedniego dnia, skoro jest tylko sama z siostrą. Nie wieli nic przeciwko temu. Peter powiedział, że użył tej samej wymówki ze swoimi rodzicami. 

Nikt z dorosłych nie pozwoliłby nam iść w góry. Musieliśmy zastosować podstęp, aby urzeczywistnić nasz zakład.   

Wyjęłam z dna szafy stary czarny plecak górski. Spakowałam do niego najpotrzebniejsze rzeczy. Kilka butelek wody wcześniej podwędzonych z kuchni oraz suchy prowiant – herbatniki, precle oraz czekoladę. O cukrzycę z nami łatwo. Ale uzgodniłam z przyjaciółmi, że ja zajmuję się słodyczami, a oni resztą.  

Do plecaka spakowałam jeszcze książkę o astronomii. Mieliśmy w planach zostać tam kilka godzin, więc żeby się nie nudzić postanowiłam wziąć książkę. Lubię nocne niebo, jest ono moją pasją. Czarne dziury i ich tajemnice. Liczne teorie o tunelach czasoprzestrzennych… Mogłabym opisywać te teorie w nieskończoność.  Ale nie o tym teraz mowa. 

Schowałam jeszcze telefon, scyzoryk do bocznej kieszeni, pamiętnik. Dobrze, że go ze sobą wzięłam, bo nie wiem jakbym poradziła sobie z natłokiem myśli.  

Kiedy skończyłam się pakować, przewiesiłam go przez ramię, wychodząc z pokoju. Byłam gotowa i podekscytowana. Wyprawa na górę Ebott napawała mnie wtedy podnieceniem, które stłumiło obawy. Jak teraz widzę nie takie bezpodstawne.   

Szybko pożegnałam się z rodzicami. Nie podejrzewali niczego. Myśleli, że spędzę dzień u Jenny. Byli tak pochłonięci pracą , że nie zwracali za bardzo na mnie uwagi.  

Ciekawe, czy jakbym w ogóle się wtedy odezwała to by zauważyli, że wyszłam? Czy już uświadomili sobie, że nie wróciłam do domu? Czy może są tak pochłonięci pracą i myślą, że jestem w domu?  

Nie wiem. Z nimi to nigdy nic nie wiadomo. Praca zawsze była dla nich ważna. Może nawet ważniejsza niż ja i moja siostra. Czy to dlatego ulotniła się na ten obóz?  

Trudno mi się skupić… Naprawdę jestem zmęczona, ale muszę.   

Po drodze na górę zgarnęłam Petera i Jennifer. Zostawiła swoją siostrę pod opieką starszej sąsiadki – która już kilka razy zajmowała się Bellą.    

Z parku miejskiego udaliśmy się w okolicę starej bramy obok Domu Kultury, którędy można dojść ścieżką przez las na szczyt góry Ebott. Przechadzka po lesie była przyjemna. Dużo rozmawialiśmy – o wszystkim i o niczym. Podjadaliśmy słodycze, które ze sobą wzięłam.  

Znajdowaliśmy się blisko szczytu. Przez gęste korony drzew widziałam już słabo malujący się wierzchołek góry na błękitnym niebie. Kilka minut wcześniej zrobiliśmy sobie przerwę. Jennifer nie była przyzwyczajona to takiego wysiłku, więc co jakiś czas robiliśmy sobie odpoczynek. Zdążyliśmy już zjeść część przekąsek. Zostały nam jeszcze kanapki zrobione przez Petera.   

Jeny właśnie opierała się o drzewo, łapiąc oddech. Podniosła na chwilę rękę jakby chciała coś powiedzieć, ale odpuściła.   

– Na serio masz aż tak słabą kondycję? – zapytał ją chłopak. Naprawdę było mi żal dziewczyny, ale byliśmy tak blisko celu naszej podróży. Chciałam jak najszybciej zobaczyć miasteczko Buttmon z góry Ebott. Myślałam, że będzie wyglądać wspaniale. To był mój główny powód, aby wejść szczyt. Peter robił to dla zakładu, a Jeny… Przede wszystkim nas wspierała w tym zakładzie.  

– Chodźcie jesteśmy już blisko – powiedziałam. – Obiecuję, że jak będziemy na szczycie to zrobimy sobie godzinny odpoczynek.    

Jennifer zebrała resztki sił, ruszając ścieżką. Mogłabym się rozpisywać nad pięknem lasu, ale jakoś nie potrafię się na tym skupić. Jeszcze boli mnie głowa, chociaż minęło tyle czasu… Nawet nie jestem pewna ile…   

Jakiś czas później znaleźliśmy grotę. Prawie nie była widoczna ze ścieżki przez gęste krzaki. Zaciekawieni (a raczej ja i Peter) postanowiliśmy ją sprawdzić. Nikt nam wcześniej nie mówił o grocie na szczycie góry. Sami wiele razy z Peterem wchodziliśmy na tę górę i nigdy jakoś nie natrafiliśmy na tę grotę. Krzewy prawie zarosły wejście. Wyglądało jakby nikt przez dłuższy czas tędy nie chodził.  Odgarnęliśmy gałęzie, kilka odcinając moim scyzorykiem. Jak weszliśmy do środka, nie mogliśmy zobaczyć za wiele. Ciemność spowijała jaskinię. 

– Ma ktoś latarkę? – zapytałam, a po chwili nastąpiła jasność.     

– Może i nie mam kondycji, ale potrafię przewidywać – odrzekła Jennifer, wychodząc na przód.  

Światło latarki oświetlało skalny korytarz. Z sufitu zwisały korzenie drzew, ale nie były na tyle długie, aby ograniczyć nam widoczność, czy jakkolwiek przeszkadzać w podróży. Im głębiej schodziliśmy to zaczęły pojawiać się stalaktyty zwisające z góry. Majestatyczne stalagnaty pijące się w stronę sufitu, próbując połączyć się z stalaktytami, tworząc stalagmity, potężne kolumny skalne.  Po dłuższym czasie (nie jestem pewna, ile minęło od naszego wejścia, żadne z nas nie wpadło na to, aby sprawdzić godzinę) zobaczyliśmy na końcu korytarza światło. Słabe, ale jednak światło. Zatrzymaliśmy się. Nie byliśmy pewni, czy to wyjście z jaskini. Jakaś wyrwa w suficie, czy może osuwisko. Powoli ruszyliśmy w tamtą stronę. Żadne z nas nie odzywało się. Nagle ktoś chwycił mnie od tyłu. Poczułam czyjąś dłoń na ustach. Gorący oddech na karku. Silny uchwyt na lewej dłoni. Boleśnie wykręconą za plecy.    

– Oddaj mi duszę – szepnął mi do ucha chrapliwy głos.  

 Adrenalina uderzyła mi do głowy. Jedyne co mi przyszło na myśl to ten potwór z legend. Ten, który pojawił się w wiosce z ciałem dziewczynki. Nie analizowałam niczego. Po prostu działałam. Z całej siły uderzyłam napastnika w stopę. Zdziwiony puścił moją rękę, a ja chwyciłam go za dłoń, którą zakrył mi usta. Szybko ustabilizowałam swoją postawę, schylając się. Nie trwało to nawet minuty, kiedy przerzuciłam go przez plecy, a napastnik wylądował z hukiem na ziemi.   

Przeciwnik leżał przede mną oświetlany słabym światłem latarki.   

– Skretyniały pustak – syknęłam przez zęby na Petera, który zwijał się na ziemi ze śmiechu.   

– Nie mów, że serio wierzysz w potwory! – śmiał się chłopak.   

Jeny poświeciła na nas latarką. W lichym blasku latarki, zauważyłam, jak dziewczyna przewraca oczami. Peter potrafił być czasami bardzo denerwujący. W tamtym momencie naprawdę myślałam, że złapał mnie jakiś demon. Tylko w życiu bym mu się do tego nie przyznała.   

– W twoich snach – rzekłam oschle, kopiąc kupkę piasku, która pobrudziła jego koszulkę.   

Chłopak wstał, otrzepując ubrania. Chciał coś powiedzieć, ale uderzyłam go otwartą dłonią w głowę.   

Nie udało mu się uchylić przed ciosem, więc ocierał obolałe miejsce.   

– A to za co? – zapytał.   

– Sprawdzam, czy coś tam masz – skomentowałam, idąc dalej. - Ale słychać tylko echo. 

Chłopak mamrotał coś pod nosem, ale wolałam udawać, że tego nie słyszę. Maszerowałam razem z Jeny, a za nami wlókł się Peter, mówiąc, że mogłam potraktować  go odrobinę łagodniej. Sam się prosił, zachodząc mnie od tyłu. 

Im bliżej byliśmy światła to korytarz zaczął się powiększać. Znaleźliśmy się w monstrualnej kolosalnej komnacie. Zadarłam głowę do góry. Nad nami nie było sufitu. Góra Ebott to raczej nie była góra… Przypominało raczej wulkan. Albo coś w tym stylu. Ale nigdy nie słyszałam, aby w okolicy był jakikolwiek wulkan. Nie umiałam logicznie wyjaśnić, czemu nasza góra nie posiada szczytu. Przecież byliśmy na niej tyle razy i nigdy nie zauważyliśmy wielkiego krateru?  

Nikt też o nim w mieście nie mówił. Teraz jak o tym myślę to może jest to sprawka magii?  

Przez otwór wpadało ogrom światła, więc Jeny wyłączyła latarkę.   

– To jest… – zamilkła jakby szukając słowa.  

– Niesamowite – skończył za nią Peter, a Jeny w odpowiedzi lekko się uśmiechnęła. 

Wszyscy zaczęliśmy się rozglądać. Wcześniej nie zauważyliśmy wielkiej szczeliny w podłodze i Jeny podeszła do niej za blisko. Zachwiała się nad krawędzią, ale na szczęście byłam na tyle blisko, że udało mi się ją chwycić za rękę. Dziewczyna odzyskała równowagę.   

– Nic ci nie jest? – zapytałam spanikowana.   

Wtedy nie potrafiłam wyobrazić sobie, co by się stało, gdyby moja przyjaciółka tam wpadła. Jeny cała się trzęsła. Naprawdę mocno się przeraziła. Nie dziwę jej się. Peter objął Jennifer, która nadal drżała. Wzięłam jej latarkę, która wypadła jej z ręki. Lekko się potłukła, ale dalej działała. Włączyłam ją, świecąc w dziurę. Niestety niczego nie widziałam, mieliśmy za słabe źródło światła.   

– Myślicie, że oni tam są? – zapytałam ich, próbując dostrzec coś w ciemności. Ale jak pisałam wcześniej nic nie zauważyłam. Odwróciłam się do moich przyjaciół, oczekując odpowiedzi.   

Jeny trochę się już uspokoiła, więc odsunęła się od Petera.  

– Może powinniśmy już wrócić? – powiedziała słabo moja przyjaciółka. – Jak teraz wrócimy nikt się nie zorientuje co zrobiliśmy.  

– Myślę, że Jeny ma rację. To niebezpieczne – odrzekł Peter.   

Byłam wtedy zła na moich przyjaciół. Rozumiałam sytuację sprzed chwili, ale nic nikomu się nie stało. Uważałam, że możemy dalej kontynuować naszą wędrówkę.   

– Przecież nic się nie stało – odrzekłam, idąc wzdłuż krawędzi. Myślałam, że może uda mi się coś oświetlić latarką. Bardzo ciekawiło mnie co tam jest. Cała grota zdawała mi się wręcz magiczna. Chciałam zobaczyć więcej. - Możemy zobaczyć resztę tego pomieszczenia – dodałam, świecąc latarką na boki. Czy mignęły mi jakieś krzaki? Jak mogły tu w ogóle rosnąć jakieś rośliny.  

– Jak to nic się nie stało?! Jenny prawie spadła! – krzyknął na mnie wzburzony chłopak.   

– Prawie gra tu wielką różnicę – odrzekłam, nie bardzo zwracając uwag na to co się wokół mnie dzieje.  

– Czy tobie znowu coś odwaliło? – krzyknął Peter. – Znowu myślisz tylko o sobie!  

Nie bardzo mi się podobało, że na mnie krzyczał. Nie czułam się, abym zrobiła coś złego. Przynajmniej wtedy, teraz myślę o tym inaczej.  

Peter miał rację. Jestem bardzo samolubną osobą. To ja zawsze ich wszędzie ciągnęłam, nie bacząc na to, że sprawiam im problemy. Ile razy już musieli się przeze mnie tłumaczyć, a ja nawet nigdy ich nie przeprosiłam. 

Peter chciał tylko, abym była ostrożna. Może jakby go posłuchała odsunęłabym się od krawędzi. Ziemia nie osunęłaby się pod moimi stopami. Nie spadłabym tutaj. Nie zniszczyłabym wszystkiego.  

Pamiętam, jak poczułam pod stopami osuwającą się ziemię. Odruchowo wyciągnęłam ręce przed siebie próbując się czegoś złapać. Przed moimi oczami ukazały się sylwetki moich przyjaciół. Jeny… jej twarz zastygnięta w przerażeniu… Peter, który rzucił się, aby mnie złapać. W ostatnim momencie udało mi się chwycić wystającego korzenia.  

Czułam, jak grawitacja ciągnie mnie w dół, a gałąź wyślizguje się z moich rąk. Czułam jak dziwne gorąco rozchodzi się po moim ciele. Ręce mi mrowiały. Jedyne co potrafiłam z siebie wydusić to tylko jedno słowo.  

– Pomocy – powiedziałam płaczliwym głosem patrząc Petera. Chłopak wysunął rękę w moją stronę. 

– Chwyć się mnie! – krzyknął.  

 Jedną ręką puściłam pnącze. Próbowałam pochwycić jego dłoń, ale była za daleko. Peter jeszcze bardziej się wychylił. Usiłowałam się jeszcze raz podciągnąć na korzeniu. Myślałam, że wytrzyma, ale się przeliczyłam. Nasze ręce wyminęły się dosłownie o milimetry. Spadałam w ciemność.   

– NIEEE! – ostatni raz usłyszałam głos Petera.   

W trakcie spadania otarłam się o kilka gałęzi. Instynktownie zaczęłam krzyczeć. Nie wiem czemu to miało służyć. Moje ciało z wielkim impetem przerwało pnącza, obracając mnie. Potem nie wiele pamiętam. Twarde spotkanie z ziemią.  

Chyba uderzyłam prawym barkiem o podłoże, ponieważ czułam tam ogromny ból. Ale gorszy odczuwałam w nodze. Spróbowałam się podnieść, ale nie pozwoliły mi na to żebra. Miałam problem z złapaniem oddechu. Obróciłam się na plecy. Widziałam słabe światło w oddali. Ostrożnie i powoli się podniosłam. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Leżałam na jakiś łożu z żółtych kwiatów. Ale pulsujący ból głowy nie pozwalał mi się skupić. Po chwili usłyszałam ciche kroki, które zbliżały się do mnie. Spodziewałam się człowieka, który mi pomoże, ale to co ujrzałam wprawiło mnie w osłupienie.  

Niewielki szkielet ubrany w pomarańczową bluzę w paski, ciemne spodnie oraz czerwony szalik. Jego czaszka była dziwna… Bardziej podłużna niż nasza. No i jak on mógł się poruszać. Nagle obrócił się w moją stronę.   

- Hej, jak się czujesz? – powiedział podchodząc do mnie.   

Nie wiedziałam, czym on jest. Może to potwór, halucynacje… Nie obchodziło mnie to. Szybko wyciągnęłam nóż z torby. Ręce okropnie mi się trzęsły, a kościotrup na chwilę przystaną. 

– TATO! 

 Potem do sali wbieglikolejni szkieleci?  wbiegły dwa potwory, podobne do tego mniejszego.   

 …  

Wbiegliśmy z ojcem do Kwiatowej Komnaty. Byliśmy pełni obaw. Nie wiedzieliśmy wtedy kim jest ten człowiek. Obawialiśmy się, że może być taki jak Odwaga. Nie chcieliśmy, aby komuś stała się krzywda.  

Na środku pokoju znajdowało się kwiatowe łoże, na którym powoli wstała dziewczyna. Niespokojnie rozglądała się na boki. Niedaleko niej stał Papyrus. Na szczęście w bezpiecznej odległości.   

Upadła dziewczyna patrzyła na mojego brata, uważnie go obserwując. Kiedy tylko wbiegliśmy do sali, zwróciła się w naszą stronę.   

Nastolatka leżała na ziemi, a oświetlał ją snop światła padający z dziury w kamiennym suficie. Była umorusana ziemią. W niektórych miejscach jej garderoba była podarta oraz zabarwiona krwią. We włosy wplątało jej się kilka gałązek oraz jaskrów. Jej twarz zdobyły liczne otarcia oraz zadrapania, ale moją uwagę przykuł scyzoryk w jej trzęsących się rękach.   

– Hej, nic ci nie zrobimy. Jestem Papyrus, a to mój brat i ojciec – powiedział Paps, zbliżając się do dziewczyny.  

 Ona natomiast zareagowała nieco gwałtowniej. Prędko wyciągnęła przed siebie nóż, kierując go w stronę Papyrusa.  

– N-nie p-podchdź! – krzyknęła przerażona, podnosząc nóż.   

 Mój brat od razu się zatrzymał. Nie wydawał się jej bać. On chciał jej pomóc, ale ja byłem innego zdania. Lepiej było się pozbyć zagrożenia od razu zanim sprawi problemy. Myślałem, że ojciec uważa podobnie do mnie.  

Uważałem, że ludzie to nienawistne monstra, bezlitośnie krzywdzące potwory. Nawet widok bezbronnej, rannej dziewczyny nie zmienił wtedy mojego zdania.   

– Mój tata ci pomoże – powiedział łagodnie Papyrus, uśmiechając się do dziewczyny. - Prawda? – zwrócił się do ojca, wpatrując się w niego wyczekująco. 

Liczyłem na to, że ojciec jakoś załatwi tę sprawę szybko. Spojrzałem na niego, ale z twarzy taty trudno było wyczytać jakieś emocje. Dopiero później dowiedziałem się, że musiał mocno ze sobą walczyć, aby zrobić to co zrobił.   

Dziewczyna również zdawała się niepewna. Wówczas stało się coś czego w życiu bym się nie spodziewał. Mój ojciec zrobił kilka kroków w stronę dziewczyny. Ukląkł niedaleko niej w bezpiecznej odległości. Nastolatka momentalnie skierowała scyzoryk w stronę ojca. Jeśli wcześniej nie była przerażona, to wtedy mogła wpaść w panikę.   

Szybko podbiegłem do Papsa, zasłaniając go sobą. Nie byłem pewien co dokładnie kombinuje mój ojciec, ale musiałem za wszelką cenę chronić Papyrusa. Młody nie rozumiał, dlaczego stanąłem przed nim. On nie widział w upadłej dziewczynie zagrożenia.  

Część młodych potworów, a w szczególności w wieku Papyrysa była za mała, aby pamiętać ODWAGĘ. Młodsze bestie w pełni nie pojmowały zagrożenia jakie stanową dla nas ludzie.   

– Nie bój się – powiedział łagodnie tata. Z każdym wypowiedzianym przez niego słowem, nie wierzyłem temu co on próbuje zrobić. -  Nie zrobię ci krzywdy. Pomogę ci, ale… – Nie potrafiłem pojąć, dlaczego ojciec to robi. To przecież on najbardziej ucierpiał przez ludzi. Jak on może chcieć jej pomóc, pomyślałem. Tata wysunął rękę w stronę dziewczyny. – Najpierw oddaj mi ten nóż.   

Naprawdę, w tamtej chwili nie wierzyłem w to co widzę.   

Nie rozumiałem działań mojego ojca. Później powiedział mi, że zrobił to ze względu na Papyrusa. Gdyby go nie poprosił prawdopodobnie zabiłby dziewczynę.  

Ona spojrzała na niego. Zauważyłem, że po jej policzkach lecą łzy oraz cała się trzęsła. Jej ramiona unosiły się szybko w górę i w dół. Kątem oka zerknęła na mnie i mojego brata, potem wróciła wzrokiem na ojca.   

– Obiecuje pan? – zapytała błagalnie przez łzy.   

– Obiecuje – powiedział spokojnie ojciec. – Pomogę ci.  

Nastolatka jeszcze raz spojrzała na nóż oraz na ojca. On tylko czekał cierpliwie na jej decyzję. Nie pośpieszał jej. Nie dokładał jej większego stresu. Wiedziałem, że nie miała z nim szans. Jeśli by tylko czegoś spróbowała ojciec mógłby bez problemu przywołać kości i to skończyć.    

Dziewczyna rozluźniła uchwyt, obróciła scyzoryk rękojeścią w stronę ojca. Ten podszedł do niej spokojnie, biorąc go od niej.   

W tej chwili większość potworów zabiłaby bezlitośnie Katharinę, wykorzystując jej chwilę słabości, ale tata tak nie postąpił. Schował do kieszeni płaszcza broń dziewczyny. Ukląkł obok niej na trawie.   

– To moi synowie – powiedział, spoglądając na nas. – Nie zrobią ci krzywdy.   

Miałem ochotę powiedzieć ojcu, aby mówił tylko za siebie. Uważałem, że trzeba było wykorzystać tą okazję do zabicia dziewczyny i oddania jej duszy królowi. Powstrzymałem się od tego ze względu na Papsa. Nie chciałem, aby młody uznał mnie za bezduszną istotę.   

W tym samym czasie Papyrus wyszedł za moich pleców podbiegając do dziewczyny. Usiadł obok niej, szeroko się uśmiechając.   

– Widzisz? Mówiłem, że pomoże – odrzekł mój brat, patrząc na Kath.   

Ja byłem do niej bardziej sceptycznie nastawiony. Podszedłem do nich, ale nie usiadłem na ziemi. Wolałem mieć nad nią jakąś przewagę w razie konieczności.   

Ojciec pomógł zdjąć dziewczynie torbę z pleców. Odłożył ją na bok, ale nadal w zasięgu wzroku nastolatki. Wydawała się wtedy trochę mniej wystraszona, ale nadal bacznie obserwowała ruchy ojca. W szczególności kiedy zamierzał użyć swojej magii, aby uleczyć zadrapania na przedramieniu nastolatki.  

Fioletowa poświata otoczyła dłonie mojego taty, a jego oczodół zapłonął fioletowym płomieniem. Dziewczyna natychmiast wyrwała swoją rękę z uścisku taty. Natychmiast tego pożałowała, ponieważ skuliła się, chwytając za bolące ramię. Z grymasem bólu spojrzała na ojca. Nie musiała nic mówić, bo ojciec uprzedził jej pytanie.   

– To magia lecząca. Za jej pomocą uzdrowię twoje rany – rzekł spokojnie ojciec. – Chyba, że wolisz, abym zostawił twoją rękę i nogę w tym stanie? – dodał wyczekująco.  

 Na mnie wypróbowywał tą samą metodę. Każdy, mając pod ręką magię uzdrawiającą, by z niej skorzystał niż pozwolić, aby rany goiły się wolno i pozwalając wdać się zakażeniu.   

Uwaga ojca na temat stanu dziewczyny, spowodowała, że się jej bliżej przyjrzałem. Na jej prawym przedramieniu widniał ogromny siniak, świadczący o poważnym urazie. Może nawet złamaniu obojczyka?  

Noga też nie wyglądała za ciekawie. Materiał spodni zdobiła czerwień, która przybierała coraz intensywniejszy kolor. Przy upadku musiała złamać sobie nogę, a kość pewnie rozcięła mięśnie oraz skórę.   

– To w ogóle nie boli – rzekł mój brat nie przestając się uśmiechać. – Jeśli się boisz, możesz potrzymać mnie za rękę – Wyciągnął dłoń w stronę dziewczyny.  

 Ta spojrzała na niego. Na początku zdziwiona, ale po chwili delikatnie się uśmiechnęła. Skorzystała z oferty Papyrusa, podając mu zdrową rękę. Ojciec spojrzał na nich. Zadawało mi się, że przez chwilę się na jego twarzy zagościł łagodny uśmiech. No, ale czemu tu się dziwić. Paps ze swoją dobrocią bywał rozczulający.    

Kiedy ojciec leczył jej ramię, ona nie odrywała od niego wzroku. Bardziej z ciekawości niż z strachu.  

Dla człowieka, który nie widział nigdy magii to musi być intrygujący widok. Magia otoczyła ramię dziewczyny, uśmierzając przy tym ból. Siniak powoli znikał, a wkrótce nie było po nim już śladu. Ojciec bez problemu uleczył jej ramię, więc nie mogło to być złamanie. Może stłuczenie.  

Kiedy tata puścił jej rękę, ona przyglądała jej się chwilę w milczeniu. Zdawała się nie do końca wierzyć, temu co widziała. W tym czasie ojciec zaczął oglądać jej nogę.   

– Jak się nazywasz? – zapytał beztrosko mój brat. – Możesz mówić mi Paps – wskazał na siebie, a potem na mnie. – A to jest mój starszy brat Sans.   

Spojrzałem na dziewczynę, kiedy młody wypowiedział moje imię. Nasz wzrok skrzyżował się na mniej niż sekundę, ponieważ od razu odwróciłem od niej oczodoły. Nie chciałem mieć z nią nic wspólnego. 

Uznałem, że nie muszę znać jej imienia, skoro i tak wkrótce zginie z ręki króla Asgora. Zamiast nimi zainteresowałem się ojcem. Zdążył rozciąć nogawkę spodni. Był zdenerwowany, ponieważ jej noga wyglądała okropnie. Miała złamanie otwarte kości piszczelowej. Z rozległej rany widać było fragment piszczeli. Z obrażenia nadal sączyła się krew, skapując na jaskry. Ojciec wiedział co robić, tylko czekał na odpowiedni moment. Jeśli dziewczyna zaczęłaby się szarpać, mogłaby pogłębić swój uraz. Fioletowa magia otoczyła nogę dziewczyny.   

- Jestem Katharina, ale możesz mi mówić Kath - odrzekła słabo, nie zwracając uwagi na poczynania taty.  

Ojciec spojrzał na mnie wymownym wzrokiem i skinął w stronę dziewczyny.  

Westchnąłem ciężko. Przydałaby mu się pomoc, a Paps jak na razie był zajęty rozmową z Kath. Ale to dobrze, przynajmniej dziewczyna nie zwróci uwagi jak nastawimy jej kość. Tak… my… Przecież musiałem pomóc jakoś ojcu. Trzeba było do końca odwrócić uwagę dziewczyny.   

Usiadłem obok nich, trochę z boku.   

– Ta, pewnie czujesz się podłamana na duchu przez ten upadek – może nie był to zbyt ambitny kawał, ale liczyło się to, że straciła zainteresowanie ojcem.   

Spojrzała na mnie, lekko się śmiejąc. Po chwili na jej twarz wszedł grymas bólu. Złapała się na pierś. Ojciec też to zauważył. Oboje musieliśmy pomyśleć o tym samym. Miała też uszkodzone żebra. Skoro oddychała i nie kaszlała krwią, pewnie były tylko pęknięte. Paps nie wiedział o co chodzi, więc się trochę zdenerwował.   

Nastolatka spojrzała na młodego i postarała się uśmiechnąć. Jakoś jej to wyszło.   

– Nie boli tak bardzo – powiedziała do Papyrusa, który po jej usłyszeniu natychmiast się uspokoił.  

Kątem oka zerknąłem na ojca. Dalej zajmował się jej złamaniem, ale za chwilę będzie trzeba nastawić jej kość. Wkroczyłem do akcji. Próbowałem jak mogłem zagadać Katharinę moimi sucharami. Przy okazji odwróciłem też uwagę Papsa. Oboje słuchali mnie, a mój brat co jakiś czas narzekał na moje kiepskie żarty.   

– Jakbyś ich nie lubił to byś się teraz nie uśmiechał – odrzekłem do brata, który zdenerwowany próbował udowodnić mi, że moje suchary go nie śmieszą. Dziewczyna przyglądała nam się, co chwila słabo się śmiejąc.   

Wówczas ojciec jednym sprawnym ruchem nastawił jej kość. Katharina gwałtownie się wzdrygnęła, chwytając obiema rękami swoją nogę. Z bólu, aż przygryzła dolną wargę zębami. Wiedziałem, jak to boli. Kilka miesięcy temu sam przechodziłem przez to samo. Paps zdezorientowany, chwycił za ramię dziewczyny. Bał, że coś jej się stało. Dziewczyna nagle oparła się o mnie, co nieco mnie zamurowało. Chyba trafiła przytomność.    

– Kath! – krzyknął wystraszony Paps.   

– Papyrus, spokojnie. – rzekł ojciec, nie przestając używać swojej magii. – Przy da jej się odrobina snu. Nawet takiego wymuszonego magią.  

Młody lekko przestraszony, przestał ściskać ramię Kathariny. Spojrzał na mnie, szukając potwierdzenia.  Skinąłem głową. Kiedy rana na nodze dziewczyny całkowicie się zasklepiła, ojciec spojrzał na nas.   

– Musimy wziąć ją do domu i zająć się jej złamaną nogą – oznajmił ojciec.   

Tak… Był poważny. Wtenczas nie potrafiłem uwierzyć, że on naprawdę chcę się nią zająć. Nie mogłem mu się sprzeciwić. Nie chciałem też rozpętywać kolejnej kłótni.   

Paps na tę wiadomość, aż poskoczył z radości. Nigdy wcześniej nie widział człowieka, a teraz będzie z nim mieszkał przez nieokreśloną ilość czasu.   

Nie umiałem pojąć, jak ojciec może się tak narażać dla zwykłej dziewczyny. Jeśli ktoś by się dowiedział, że ukrywamy człowieka, pewnie nawet bliskie stosunki z królem by nas nie uratowały.   

Tylko co mi pozostało poza zaufaniem mu? W milczeniu przyglądałem się jak bierze nieprzytomną Katharinę na ręce, kierując się w stronę wyjścia. Po chwili odwrócił się do mnie.   

– Sans, weź jej torbę – oznajmił ojciec, idąc z Papyrusem. Leniwie wziąłem jej plecak podążając za ojcem i bratem.   

W domu ojciec położył Kath na kanapie w salonie, posyłając Papsa po zestaw pomocy medycznej. Młody szybko go znalazł i przyniósł tacie. Oboje zaczęli opatrywać nastolatkę, ale Papyrus tylko asystował. Natomiast ja stałem, oparty o ścianę zastanawiając się, dlaczego ojciec to wszystko robił oraz czy Katharina stanowi dla nas zagrożenie.   

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.