Jej perlisty śmiech roznosił się w gwarnej kawiarni. Dla niego był irytujący. Czuł, jakby tysiące mrówek przeszło mu pod skórą. Mężczyzna siedział w rogu. Lekko zgarbiony, ze wzrokiem wbitym w telefon. Obok parująca kawa. Jego idealnie wyreżyserowane kłamstwo, pozwalające mu ją bezkarnie podglądać.
Kobiety przy oknie zamilkły, wpatrując się w telewizor. Docierały do niego strzępki wiadomości. „Atak”, „brzegiem Wisły”. Słuchał z ledwo skrywaną pogardą. “Wyszła ze szpitala”. Kobiety coś do siebie szeptały. Były przestraszone. Uważał, że niepotrzebnie histeryzują. Tamta kobieta z wiadomości była po prostu arogancka. Ta tutaj, Agata, też taka była. Widział, jak lekceważąco machnęła ręką.
Uważa, że jest nietykalna, pomyślał. Takie lubił najbardziej. Ten moment, gdy w ich oczach pojawia się zrozumienie. Strach, gdy ich mały, bezpieczny świat roztrzaskuje się na kawałki. Musiał przygotować się na wieczór. Dopiąć wszystko na ostatni guzik. Sięgnął po filiżankę kawy. Kwaśna. Gorzka. Taką lubił najbardziej.
…
Skrył się w ciemności, z dala od światła latarni. Czekał na nią cierpliwie, schowany w cieniu filaru mostu. Wiedział, że się pojawi. Rzeka cicho szumiała, uderzając o betonowe schody. Lubił tę ciszę, bo wiedział, że jest tylko krótką chwilą przed krzykiem.
Zauważył ją. Zbliżała się, wyłaniając się z mroku i wpadając w kręgi światła kolejnych latarni. Widział cień jej smukłej sylwetki – rytmiczny, pewny siebie krok, wręcz bezczelny. I te jej słuchawki. Odcięta muzyką od świata. Głupia. Ruszył za nią. Spokojnym, miarowym krokiem. Musiał być tylko cierpliwy. Kilka metrów. Coraz bliżej. Słyszał swój własny oddech. Widział białe obłoczki pary uciekające z jego ust. A ona nie słyszała nic.
Poczuł znajome mrowienie w palcach. Była tam, gdzie chciał, gdzie latarnia była stłuczona, gdzie brzeg gwałtownie opadał ku wodzie. Stała. Rozciągała się. Taka bezbronna. Wyciągnął po nią rękę. To miał być jego moment. Uśmiechał się, wręcz szczerzył.
Chwycił ją za ramię. Palce zacisnęły się na bluzie. Ta ekscytacja rozchodząca się po całym jego ciele. Świat zamarł. Mocny chwyt. Pchnięcie barkiem. Lądują na ziemi, w błocie. Ześlizgują się w wysoką trawę. Tam, gdzie nikt ich nie dostrzeże. Zero krzyku. Leżała tuż pod nim. Musiał zobaczyć jej twarz. Ten zastygły grymas, gdy cały świat się wali. Gasnący blask w oczach. Chwycił ją za włosy. Obrócił. Bicie jego serca przyśpieszyło. To miał być ten moment. Zamarł. Zmrużył oczy. Uśmiech. Szeroki od ucha do ucha. Kły i ten błysk w oczach. Czerwony. Diaboliczny.
– Co… – Chciał wstać. Odsunąć się. Zniknąć. Ale kły już rwały jego ramię.
Agata bez najmniejszego wysiłku przewróciła ich. Wyrwała kawał mięsa. Krzyk uwiązł mu w gardle. Ból tak paraliżujący. Te łzy spływające po jego policzkach. Dopiero zaczynała zabawę. Wytarła stróżkę krwi ściekającą jej po brodzie. Przysunęła się do niego. Zaciągnęła się zapachem, potem, krwią i czystym przerażeniem. Doskonała mieszanka. Jego serce biło tak szybko.
Złapała go za płaszcz i jednym szarpnięciem wciągnęła w objęcia Wisły. Zimno rzeki orzeźwiło jego umysł tylko po to, by mógł wyraźniej czuć agonię. Szarpał się, kopał. Ale co to dla niej? Jak kąsanie komara. A on patrzył na kobietę, która miała być jego ofiarą. Łuski, które pojawiały się na jej rękach. Ostre pazury wbijające się w jego ramię. Piekący ból, rozchodził się po całym jego ciele.
Byli coraz głębiej. Zimno przenikało do jego kości. Jednym ruchem oswobodziła się z butów. Jej nogi zmieniały kształt, wydłużały się, a między palcami napinała się błona. Przyciągnęła go do siebie. Chciała się rozkoszować każdą chwilą.
Woda wlewała mu się do gardła. Paliła jego płuca żywym ogniem. Tak desperacko próbował się wyrwać. Nadludzka siła trzymała go jak w imadle. Ostry przenikliwy ból. Metaliczny posmak w ustach. Nachyliła się do niego. Jej głos był tak wyraźny.
– To za Oliwię.
Pragnął umrzeć, ale Agata bawiła się nim. Aż do ostatniego uderzenia serca w odmętach Wisły.
…
Poranek w kawiarni był spokojny. Panowała przyjemna atmosfera, a wszędzie roznosił się aromat świeżo palonej kawy. Agata siedziała przy oknie, przy tym samym stoliku co wczoraj ze swoimi przyjaciółkami. Kupiły najlepszą kawę oraz ciasto. Świętowały wyjście ze szpitala swojej przyjaciółki, Oliwii. Śmiały się. Wygłupiały. Agata przyglądała się im. Tej radości i szczęściu. Iskierkom w oczach Oliwii – tym samym, które zgasły, gdy widziała ją na szpitalnym łóżku, a które rozbłysły na nowo.
– Makabryczne odkrycie na brzegu Wisły – rozległ się głos spikerki. – Znaleziono obgryzione ludzkie kości – mówiono w wiadomościach, a na ekranie mignęły niebieskie światła radiowozów stojących nad rzeką.
Agata nie słuchała. Wpatrywała się w Oliwię. Widziała jak napięła się. Uśmiech znikł. Ich wzrok się spotkał. Nie musiały nic mówić. Aga wzięła dłoń Oliwii w swoją. Drżała. Zacisnęła swoją dłoń na jej.
Oliwia uśmiechnęła się delikatnie, a oczy jej się zaszkliły. Skinęła lekko głową, wypuszczając powietrze. Czuła jakby ktoś zdjął z niej wielki ciężar. Agata uśmiechnęła się delikatnie, niemal niedostrzegalnie. Ten uśmiech nie był już diaboliczny czy krwawy. Był spokojny. Opiekuńczy.
Dominika “DodoDan” Danieluk