Site Overlay

Zapomniana Wytrwałość – Roz. 3

Rozdział III – Wyzwanie   

  

16 sierpnia 1994r.  

  

Nuda to raczej nie jest dobry doradca w szczególności nie był dla mnie i moich przyjaciół. Nasze miasteczko zawsze było nudne w wakacje, gdy prawie połowa moich znajomych wyjeżdżała. Nie było tu też żadnych atrakcji, tylko góry, które znamy od dziecka.  

Każdy dzień wakacji był tak samo nudny, zlewał się w jedno. Ten dzień też taki był.   

Jak zwykle brutalnie obudziła mnie moja psina. Słodko sobie spałam, a ten potwór na mnie wskoczył i sadowiąc się na mnie dała mokrego buziaka. Gwałtowna pobudka, ale nie można było się na nią długo gniewać. Słodki stary husky patrzył się na mnie z wysuniętym językiem, gotowy do kolejnego ataku miłości. Luna. Mój kochany potworek. Bardzo za nią tęsknię. Brak mi stukania pazurków o panele i porannych spacerów. Zwykle Luna budziła mnie albo moją siostrę koło 5 nad ranem i błagała o wyjście. Za siostrą też tęsknię. 

Udało jej się wyrwać z miasteczka na całe wakacje. Spędzała je na obozie muzycznym, a przynajmniej miała. Po moim zniknięciu raczej wróciła wcześniej do domu.  

Zwlekłam się z łóżka, przeciągając się. Treningi karate dawały o sobie znać. Obolałe mięśnie, ale była to nie wielka przeszkoda, bo te zajęcia dawały mi satysfakcję.  

Tutaj nie mam za bardzo z kim ćwiczyć. Przepadły mi też zawody regionalne, a tak długo przygotowywałam się na nie z Peterem – moim sparing partnerem. Zwykle dopingowała nas Jeny – nasza przyjaciółka z dzieciństwa. 

Mieliśmy spotkać się w jej domu – jej rodzice wyjechali w podróż służbową, więc mieliśmy dom dla siebie. Jedynym minusem było to, że przy okazji musieliśmy zajmować się Bellą – młodszą siostrą Jennifer. Mała była słodka, skończyła w tym roku 4 latka, ale cały czas się do nas kleiła. Lubiła trzymać się za ręce, czy przytulać. Po prostu lgnęła do ludzi, ale czasami mówiła dziwne rzeczy, jakby umiała odczytać czyjeś emocje. Co mnie troszkę przerażało.  

Ale za bardzo odbiegam od mojego dnia.  

Szybko się przyszykowałam do wyjścia. Nie chciałam marnować dnia w samotności, lepiej jest go marnować ze znajomymi. Założyłam swoje nowe okulary z fioletowymi oprawkami. Udało mi się wreszcie przekonać do nich rodziców niż te zwykłe czarne nudne oprawki, które nosiłam od lat. Wystarczyło tylko podlizać się rodzicom i trochę popracować w domu – posprzątać strych czy garaż.  

Kosztowało mnie to dwa tygodnie tyrania, ale było warto. Oprawki wyglądały genialnie.  

Chciałam wyjść z domu jak najszybciej zanim złapie mnie moja mama. Zawsze miała dla nas – mnie i mojej siostry jakieś zadanie. Sama pracowała cały czas – nawet jak była w domu. Księgowość to coś czemu poświęciła swoje życie.  

Niestety trafiłam na nią jak robiła sobie kawę w kuchni.  

  • Już wychodzisz? – zapytała, nawet nie dając mi szansy na odpowiedź. – Wieź ze sobą Lunę przyda jej się spacer – dodała biorąc kubek ze świeżą kawą do swojego gabinetu.  

Wolałam to przemilczeć niż narazić się na jej gniew. Wzięłam jej smycz i zabrałam ze sobą. Jeny na szczęście nie miała nic przeciwko dodatkowemu gościowi. Luna przez cały czas merdała radośnie ogonem, kiedy przypinałam jej smycz. Nie żeby Luna gdzieś uciekła, ale sąsiedzi mieli obawy czy nie zaatakuje jakiegoś przechodnia. Ta wielka kochaniutka Luna jedyne co by zrobiła obcym to zalizała na śmierć. Już widzę te nagłówki w gazetach „Człowiek zalizany na śmierć przez wielką śliniącą się kulkę – Lunę!”  Zaśmiałam się W duchu, zamykając za sobą drzwi.   

– A już myślałem, że zabłądziłaś – powiedział z uśmiechem Peter, opierając się o drewniany płot.  

Luna jak go tylko zobaczyła zaczęła się wyrywać. Bardzo go lubiła, ale nie wolno jej było skakać na ludzi. Tylko, że to zwykle bywało zabawne. Jedyne co mogło mnie spotkać to wycisk ze strony Petera na treningu. Wielkie psisko natychmiast podbiegło do chłopaka, obalając go na ziemie. Peter w ogóle się tego nie spodziewał. Kiedy oboje leżeli na ziemi, chciał coś do mnie powiedzieć, ale to był zły pomysł. Luna korzystając z okazji, dała mu kilkanaście mega całusów.  Śmiałam się jak opętana, zginając się w pół. To było takie śmieszne jak tarzali się po ziemi, a Peter próbował uwolnić się od Luny.   

– Przestań! To wcale nie jest śmieszne! – powiedział Peter, zanim husky ponownie wylizał mu migdałki.  

 Z trudem powstrzymałam śmiech, litując się na chłopakiem. Podeszłam do nich. Wzięłam smycz, wyciągając ciasteczka z kieszeni spodni.   

– Luna! Siad! - wielkie psisko natychmiast zeszło z chłopaka i wykonało polecenia. W nagrodę dostała psie ciasteczko. Pogłaskałam ją po głowie. – Mój kochany łakomczuch.  

– Ta taka kochaniutka! – powiedział Peter, wycierając ręką twarz. Uśmiechnęłam się do Petera przebiegle. Chłopak spojrzał na mnie zdziwiony. – Zrobiłaś to specjalnie!   

– Nie! No coś ty sobie ubzdurał! – powiedział sarkastycznie, podając  mu dłoń. – Miałabym specjalnie napuścić na ciebie Lunę.   

Peter przyjął moją pomoc, ale udawał obrażonego za ten mały „atak”. Całą drogę do domu Jennifer , mówił mi jaka to ja wredna jestem napuszczając na niego Lunę. Traktowałam to z przymrużeniem oka. On miał tak zawsze. Nie czułam się ani trochę winna. Ubrudziłam jego białe spodnie, dlatego tak mi marudził. Z Petera jak na chłopaka był niezły czyścioszek. Idealnie ułożona koszula.  Krótko ścięte kasztanowe włosy, zaczesane na bok. Chociaż mogło się to wydawać dziwne, ale taka fryzura mu pasowała.   

Jennifer mieszkała blisko lasu na drugim końcu miasteczka, położonego u podnóża góry Ebott. Duży… Nie, wielki dom z parterem, poddaszem oraz garażem w kolorach żółtych z czekoladową dachówką. Do tego jeszcze pokaźnych rozmiarów ogród otoczony murkiem. To właśnie był dom, a raczej jak na niego mówili mieszkańcy „mały pałacyk” należał do rodziny Jennifer. Wybudowali go cztery lata temu, a od trzech i pół roku tutaj mieszkają.   

Można spokojnie rzec, że rodzina Jennifer należała do najbogatszych mieszkających tutaj ludzi. Posiadała w domu najnowsze nowinki techniczne.  Jako jedna z nielicznych osób Jennifer posiadała własny komputer! I pozwalała nam z niego korzystać, chociaż ja miałam z nim niemałe problemy. Kilka razy zdarzyło mi się go przez przypadek wyłączyć, dlatego Jeny uznała, że kiedy korzystam z komputera powinnam mieć nadzór. Miała też odtwarzacz mp3 i DVD, aparat cyfrowy oraz telefon komórkowy, z którego mogła wysyłać wiadomości, czyli SMSy.   

Nie żebyśmy przyjaźnili się z Jeny ze względu na jej zamożność! Co to to nie! Przez majątek rodziców, niebyła ona zbyt lubiana w szkole. Ale ja i Peter dostrzegliśmy w niej pokrewną duszyczkę. Od razu się zaprzyjaźniliśmy.   

Kiedy byliśmy tuż przed drzwiami do jej domu, nagle się otworzyły. W progu stała mała Bella. Ubrana była w czerwona sukienkę w kwiatki. Uśmiechała się do nas, szczerząc swoje białe ząbeczki.  

– Siostrzyczka czeka na was w ogrodzie! – powiedziała, biorąc nas za ręce. Młoda ciągnęła nas przez dom w stronę  tarasu.   

– Bella! Sami możemy iść! – rzekłam do dziecka.  

 Ta natychmiast się zatrzymała, puściła nas odwracając się.  Miała naburmuszoną minę. Ale jak to małe dzieci. Nikt nie umie brać ich ataków złości na poważnie.    

– Jestem Ann albo Annabell! – tupnęła nóżką ze złości. Mała Bella nie lubiła, a wręcz nie cierpiała jak ktoś ją tak nazywał. A ja lubiłam się z nią troszeczkę podrażnić, więc… Nazywałam ją Bella. Był to też niezawodny sposób, aby się jej pozbyć, kiedy nie chcieliśmy, aby za nami chodziła.  

– Kath, nie drażnij mojej siostry – powiedziała do mnie Jeny, stojąc w progu.  

 Nie była zła. Sama często tak Annabell nazywała. Młoda naprawdę była słodka jak udawała obrażoną. Nastolatka patrzyła na nas uśmiechając się. Spojrzała jeszcze na Ann i zaprosiła nas gestem ręki na taras. Ogromny ogród otoczony czerwonym murkiem. Rosły w nim wysokie lipy oraz brzozy. Kwitło też kilka krzewów róż – białe, czerwone i żółte. Na środku ogrodu stała drewniana huśtawka. Natomiast na tarasie znajdowała się drewniana kanapa z poduszkami oraz niewielki stolik.  

 Weszliśmy na taras, a ja odpięłam Lunę. Psina od razu zaczęła bawić się z Bellą. Husky gonił ją po całym ogrodzie, a dziewczynka uciekała przed nim radośnie się śmiejąc. Widok niezwykle miły dla oka. Cała nasza trójka usiadła na werandzie. Peter oraz Jeny rozmawiali o czymś, nie przysłuchiwałam im się zbytnio. Wolałam bawiącą się Bellę oraz Lunę.   

Mała Annabell stanowiła dla mnie zagadkę. Niby zwykłe dziecko, a potrafiła odczuwać emocje innych ludzi, a raczej je odczytać. Już wiele razy pokazała mi swoje „umiejętności”. Wtedy było tak samo. Nagle przerwała swoją zabawę, podchodząc do mnie. Jej bystre oczka, wpatrywały się we mnie. A ja nie pozostawałam jej dłużna. Podeszła do mnie, delikatnie dotykając mojego policzka.    

– Jesteś spokojna i zaciekawiona – stwierdziła Ann. Przekrzywiła swoją główkę. – Dlaczego?  

Zaśmiałam się nerwowo. Znowu to zrobiła. Zawsze wprawiała mnie tym w dyskomfort. Jenny mówiła, że mam to po prostu ignorować.  

– Bo ty jesteś ciekawa – odrzekłam. Dziewczynka uśmiechnęła się i wróciła do zabawy z Luną.   

– Wy zawsze odstawiacie jakieś paranormalne przedstawienia. – skomentował Peter, obierając nogi na stoliku.  

 Spojrzałam na niego. Niestety miał rację. Bella do mnie kleiła się najbardziej i zawsze mówiła mi dziwne rzeczy.    

– Skoro mowa o rzeczach paranormalnych – zaczęła Jeny. Wyprostowałam się. Oczy mojej przyjaciółki zabłysły. Była podekscytowana. – Ostatnio usłyszałam legendę o górze Ebott.  

– Ah. Pamiętam, stara opowieść o ludziach i potworach – machnął ręka Peter. – Każdy tutaj ją zna. Dorośli wymyślili ją dawno temu, aby dzieciaki nie wchodziły na górę.   

– Ja jej nie znałam – odrzekła oburzona Jennifer. -  I chciałabym dowiedzieć się o niej więcej.  

Zostaliśmy zmuszeni przez dziewczynę do opowiedzenia tej legendy. O tym, że dawno, dawno temu miedzy potworami, a ludźmi doszło do wojny. Ludzie obawiali się mocy bestii, więc postanowili się ich pozbyć. Ze strachu rozpoczęli wojnę, która skończyła się zwycięstwem ludzi. Potwory zostały zepchnięte do podziemi i uwięzione za pomocą magii siedmiu czarowników i czarownic. Podobno istoty stworzone z magii poprzysięgły wydostać się na powierzchnię i zemścić się na ludziach. Niektórzy w to wierzyli oraz w to, że magia nadal drzemie w ludziach, ale myśmy tylko o tym zapomnieli.   

Jennifer od razu urzekła ta opowieść, ale nie słyszała jeszcze dalszej jej części. Każdy kto wejdzie na górę Ebott, nigdy już nie wróci. Ponad dziesięć lat temu na górę weszła młoda dziewczyna. Nazywała się Chara. Według niektórych nastolatka zginęła na górze, ale nieliczni mówili, że widzieli jej ciało niesione przez humanoidalną kozę. Podobna zabiła ona dziewczynę, więc ludzie próbowali go zamordować. Ale według świadków wrócił na górę i słuch po nim zaginął. Jak mieszkańcy miasta o tym usłyszeli, nie uwierzyli. Uznano, że Chara uciekła z domu przez swojego ojca pijaczynę, który ją bił. Ale na tym opowieść się nie kończy. Kilka dni po zniknięciu Chary, zaginęła kolejna dziewczynka, a kolejne trzy lata później następna, a niecałe pięć lat temu zaginął pewien mężczyzna. Każde z nich wybrało się na górę Ebott z innego powodu, ale nikt z nich nie wrócił. Większość sądziła, że niektórzy się wyprowadzili lub uciekli. Ale tylko nieliczni uważali, że zabiły ich potwory, pragnące zniszczyć barierę.  

– To straszne – skwitowała Jeny.   

– Może zmieńmy temat – odrzekłam. Przez chwilę zdawało mi się, że atmosfera robiła się przytłaczająca, ale to było tylko moje odczucie.   

– Dlaczego? – zapytał Peter, uśmiechając się przebiegle. – Boisz się?    

– A niby czego mam się bać? – odrzekłam. Moja duma została urażona.  Zrobił to specjalnie. On do czegoś zmierza. Jeny wstała, kierując się w stronę domu. Peter  i Ja spojrzeliśmy na nią zaskoczeni. - Dokąd idziesz?  

– Po coś na rozluźnienie – odrzekła. Kilka minut później wróciła z butelką wina oraz trzema kieliszkami. Położyła je przed nami. Zaczęła zabierać się za otwieranie.   

– Twoi rodzice nie będą źli, że pijesz? – zapytałam.   

– Oni uważają, że lepiej jak piję w domu ich alkohol niż od obcych jakieś świństwa – odrzekła Jennifer, nalewając nam wina. Peter od razu się napił, a po nim Jeny.   

– Ja raczej podziękuję – powiedziałam, odsuwając kieliszek czerwonego płynu.  

– Co nagle się z ciebie zrobiła cnotka? – rzekł Peter, popijając wino. Już drugi raz tego dnia uraził moją dumę. – Może od razu przywdziejesz habit  i zapiszesz się do zakonu.  

– Nie przeginaj – powiedziałam, biorąc kieliszek do ręki.  

 Wzięłam dużego łyka wina. Czułam jak alkohol rozgrzewa moje gardło, potem przełyk. Przyjemne chwilowe ciepło rozchodziło się po moim ciele. A co do smaku, było trochę gorzkie, ale i słodkie. Ogółem dobre.  

Peter spojrzał na mnie zaskoczony. Z wrażenia, aż się wyprostował. Natomiast Jeny tylko się zaśmiała.   

– Tego bym się po tobie nie spodziewał – odrzekł krótko Peter, chyba nadal nie wierząc w to co zrobiłam.  

 Uśmiechnęłam się. Pierwszy raz piłam alkohol i musze przyznać, że to wino było dobre. Miło rozmawialiśmy, a koło południa zjedliśmy obiad złożony z kotleta i ziemniaków. Pod wieczór zaczęło robić się chłodno, więc przenieśliśmy się do salonu. Dalej rozmawialiśmy na przeróżne tematy, a wina ubywało. Ale nie wypiliśmy dużo. Zaledwie połowę butelki na trzy osoby, a i tak nie była pełna jak zaczęliśmy. Ogólnie wieczór mógłby się tutaj skończy, a my pójść do domów, ale tak się nie stało. Jakimś cudem wróciliśmy na temat magii oraz góry Ebott.   

– Na prawdę was nie ciekawi co się naprawdę stało  z tymi ludźmi? – zapytałam. – Może naprawdę pod tą górą żyją potwory!   

– To przecież niemożliwe! – odrzekł Peter. – Jeśliby istniały to ludzie dawno już by to odkryli.   

– Może naprawdę tam są. Wiecie świat jest wielki, a my nadal nie poznaliśmy wszystkich jego tajemnic – powiedziałam.   

– A co założysz się? – dodał po chwili chłopak, dopijając wino.   

Dobra miałam tego serdecznie dość. Może była to zasługa alkoholu albo mojej urażonej dumy. Nie wiem co wtedy we mnie wstąpiło. Do teraz nie wiem, czemu to powiedziałam.   

– Zgoda! Jutro idziemy na górę Ebott! – odrzekłam, ściskając rękę Peterowi.  

 Jennifer wiedziała, że nie uda jej się nas przekonać, więc nawet nie próbowała. Przypieczętowaliśmy zakład, uściśnięciem dłoni. Tak oto zakończył się nas wieczór.  Ale nie zakład był najdziwniejszy. Tuż przed wyjściem, zaczepiła mnie zaspana Bella.   

– Czy potwory są straszne? – zapytała mnie przecierając małą rączką oczka.   

Ukucnęłam, aby się z nią zrównać. Musieliśmy napędzić jej niezłego stracha tymi opowieściami. Nie dziwne było, że teraz się boi.   

– Nie masz się czego bać, Ann – powiedziałam, targając ją po głowie. – Jest jeszcze jedna legenda. Mówi ona, że dusze potworów są białe, ponieważ wypełnia je miłosierdzie – Bella spojrzała na mnie. Jej oczy zabłyszczały. – Znaczy to, że nie zrobią krzywdy nikomu kto na to nie zasłużył.  

Mała Annabell uśmiechnęła się.  

– Czy jeśli istnieją, pomożesz im wyjść na powierzchnię? – zapytała dziewczynka. – Musi im być przykro, że siedzą tam bez powodu.    

Zaśmiałam się. Bella była urocza w tej chwili. Ale co niby miałam powiedzieć dziecku?  

– Jeśli tam żyją pomogę im się wydostać, ponieważ nikt nie zasłużył, aby nie wiedzieć uroków nocnego nieba, gwiazdeczko – odrzekłam, gładząc ją po policzku.   

Wycieczka na górę była dla nas tylko zabawą. Chcieliśmy się tylko  

Nadal nie wierzę, że jutro idziemy na górę  Ebott i że obiecałam taką niemożliwą rzecz dziecku. Ale muszę pozostać wytrwała, w końcu podjęłam się tego wyzwania i nie mogę się poddać.  

1 thought on “Zapomniana Wytrwałość – Roz. 3

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.