Site Overlay

Zapomniana Wytrwałość – roz. 2

Nie martw się, Frisk. Mimo wszystko to ma wiele wspólnego z historią Kathariny. Wiele potworów straciło wtedy bliskich i zapałało nienawiścią do ludzi, a przynajmniej odrodziła się ona na nowo. W końcu to ludzie zamknęli moją rasę pod ziemią. Z biegiem lat muszę powiedzieć, że nie czułem nienawiści do Kath. Raczej silną niechęć oraz chciałem trzymać ją na dystans. Dzieci nie wiedzą co to nienawiść.  

Uczucie tak silne, że pragniesz, aby temu komuś stało się coś złego.  

Uczucie tak dojmujące, że te myśli nie chcą opuścić twojej głowy. 

Uczucie tak omamiające, że niektórym trudno się z niego otrząsnąć. 

Dzieci nie wiedzą co to nienawiść, póki są niewinne. Gdy jeszcze nie rozumieją tego jak działa świat, nie zrozumieją czym jest nienawiść i to jaką pustkę za sobą niesie. Nie nienawidziłem Kathariny ani innych ludzi mimo tego co nam zrobili. Nawet jeśli istnieją osoby, które zasłużyły, aby je nienawidzić jakoś nigdy nie chciałem wierzyć, aby w ludziach czy potworach było tylko zło. Mimo wszystko moim bratem jest Papyrus, ale wracając do mojej opowieści.   

Po obiedzie z moim bratem, postanowiłem pójść do Ruin.   

– Sans, znowu wymykasz się do Ruin? -  zapytał mnie Papyrus jak stałem w drzwiach.  

Kłamstwo jakoś mi nie przeszkadzało, nie powodowało u mnie wielkich wyrzutów sumienia. Jeśli wiedziałem, że ktoś poczułby się źle znając prawdę nie mówiłem jej, bądź ją trochę naginałem. Sprawa wyglądała inaczej jak oszukiwałem brata albo ojca. Pierwszy z nich powodował u mnie ogromne poczucie winy, a ten drugi znał mnie na wylot. Wiedział, kiedy kłamie…   

– Do Grillbiego - odrzekłem. 

Czułem jak moje kłamstwo pełznie mi po plecach. Papyrus nie mógł wiedzieć, że idę do Ruin. Nie chciałem, aby się martwił, a Grillby był dobrą wymówką. Był ode mnie starszy o trzy lata. Chłopak często pomagał swojemu ojcu w barze. W przyszłości chciał przejąć bar i starał się zaimponować ojcu… akurat coś o tym wiem. Nie nazwałbym go przyjacielem, a dobrym kumplem o tych samych problemach z ojcem.  

Przechodziłem do niego pogadać, pochodzić po Podziemiu. Jak na ognistego potwora lubił zimę oraz śnieg. Takie trochę ironiczne, ale cóż poradzić. Od zawsze wiedziałem, że mogę mu ufać, ale jak byłem dzieckiem nie potrafiłem powiedzieć mu wszystkiego. On też mi wszystkiego nie mówił, czasami po prostu lubiliśmy mieć świadomość, że ten drugi będzie po prostu w ciszy siedział obok.  Teraz nie mam przed nim tajemnic.  

– Nie okłamujesz mnie? Ojciec zabronił ci tam chodzić, po tym co się ostatnio stało – ciągnął dalej Papyrus.   

Westchnąłem ciężko.  Pewnie, że pamiętam. Złamanie kości łokciowej z przemieszczeniem. Ojciec długo nie pozwolił mi o tym zapomnieć. Miałem szlaban na dwa miesiące. Chodziłem tylko do szkoły nigdzie indziej. Zostały mi też skonfiskowane książki astronomiczne. Ojciec wiedział jaką dać mi karę, abym na długo nie chodził do Ruin. Pół roku… Tyle mnie tam nie było.   

– Nie masz czasem szkiele-tonę pracy domowej? – zapytałem z uśmiechem.   

– Nie cierpię twoich żartów! – tupnął, że złością Papyrus. – Idę do pokoju!   

Jak uniknąć uciążliwych pytań Papsa? Opowiedzieć jakiś żart. To zawsze się sprawdza. Nawet dzisiaj.  

Wziąłem mój niebieski polar i wyszedłem na dwór. Szkielety inaczej czuły zmiany temperatur. Mógłbym nie chodzić w zimowej kurtce. Dopiero po kilku godzinach mój organizm wychodziłby się. Tylko, że lubiłem mój polar, ponieważ dostałem go na Święta od ojca.   

Po drodze do Drzwi Ruin spotkałem kilka potworów. Nie zwrócili na mnie zbytniej uwagi. Rodzice odbierali swoje pociechy ze szkoły. Inni wracali, bądź dopiero szli do pracy. 

Spokojnie doszedłem do Drzwi. Ogromne wrota w skale. Musiałem użyć dużo siły, aby je otworzyć. Zostawiłem je lekko uchylone, abym nie miał problemu z ich ponownym otwieraniem. Znalazłem się w starej części Podziemia zwanej też Starym Miastem.   

Znajdowałem się na skarpie górującej nad Ruinami. Roztaczał się przed mną zniewalający widok. Stare domy porośnięte bluszczem. Wychodził on z okien, drzwi oraz każdej najmniejszej szpary. Niektóre domostwa pozbawione były dachów przez ogromne drzewa. Kiedyś wydrukowane ulice, teraz z pomiędzy kostek wyrastała trawa. Korzenie drzew wychodziły na drogę, zniekształcając ją. Piękny widok, zapierający dech w piersiach. Pewnie przyznasz mi rację, co? 

Szybko zszedłem na dół po skalnych schodach. Były szerokie, otoczone barierką. Trochę pordzewiałą, ale dalej stabilną. W Mieście też nie miałem problemów.  

Tym razem nie wchodziłem do mieszkań. To właśnie w jednym z nich złamałem sobie kość. Nie ma czego opowiadać wszedłem na piętro, a podłoga była spróchniała. Raczej nie muszę mówić jak się to skończyło…   

Miasto widoczne ze skarpy wydawało się nie mieć końca, ale tak naprawdę nie równało się z Stolicą. Przebycie miasta zajęło mi niespełna ponad godzinę. Pojawiła się najgorsza cześć całej podróży – korytarze z pułapkami.   

Niektóre pułapki były proste, a niektóre prawie niemożliwe do wykonania. Chyba, że użyje się trochę magii.   

Właśnie próbowałem przejść jedną z takich pułapek. Polegała ona na przedostaniu się przez kładkę, która znajdowała się nad porywistą rzeką. Ale nie to stanowiło problem, a były nim wysuwające się kolce.   

Kiedy ktoś nadepnął na płytę, wysuwały się kolce. Przełącznik znajdował się po drugiej stronie rzeki. Do tego jeszcze płyty były niezwykle czułe.   

Nie byłem głupi. Nie zmarnowałem półrocznego siedzenia w domu, tylko uczyłem się magii. Wysunąłem rękę przed siebie. Przywołałem swoją magię. Wokół mojej ręki pojawiła się niebieska poświata. Wystarczyło otoczyć magią wajchę. Niebieska magia otuliła przełącznik i… Udało się!   

Mój trening opłacił się. Ostrożnie nadepnąłem na pierwszą płytę. Przezorny zawsze ubezpieczony. Usłyszałem kliknięcie. Kolce się nie wysunęły. Westchnąłem z ulgą. Jakoś nie widziało mi się zostanie kościoszłykiem. Co? Nie podoba się?  

Zrobiłem kilka kroków naprzód, kiedy usłyszałem czyjś krzyk. Zaskoczyło mnie to bardzo, ponieważ dochodził on z korytarza za mną, a nie z Kwiatowej komnaty.   

Szybko pobiegłem do poprzedniej komnaty.   

– Sans! Ratuj! – usłyszałem krzyk Papsa.  

Rozejrzałem się po komnacie. Podłoga w większości porośnięta była czerwonymi kwiatami. Papyrus musiał wejść na kwiaty, aktywując zapadnie pod nimi. Pobiegłem do krawędzi. Mój brat z trudem trzymał się krawędzi płyty. Ludzie powiedzieliby, że czują rosnącą w ich żyłach adrenalinę. Ale ja… Nie mam serca…  Chociaż czułem coś podobnego. Moje kości przeszedł dreszcz. Dreszcz strachu o Papyrusa. Widziałem jego zalaną łzami towarzyszkę. Ogarnęło istne przerażenie. Ledwo trzymał się swoimi małymi rączkami krawędzi. Musiałem działać. Niewiele myśląc chwyciłem go za nadgarstki. Zacząłem podciągnąć go do góry. Ale był za ciężki… Jego ręce powoli wyślizgiwały się z mojego uścisku. Gorączkowo myślałem co zrobić. I jaki ja byłem głupi! Magia! Natychmiast skupiłem swoją energię na Papsie. Myślałem, że będzie trudno. I było. Niebieska poświata otoczyła mojego brata. To był najłatwiejszy etap. Teraz trzeba było przejść do czegoś bardziej wymagającego. Musiałem skupić się o wiele bardziej niż przy przełączniku. Podciągałem Papsa powoli, wspomagając się magią. Czułem jak z każdą chwilą wszystkie siły ulatują ze mnie. Udało mi się. Wciągnąłem go. 

Papyrus zapłakany leżał obok mnie. Kątem oka spojrzałem na niego, upadając na ziemię z wycieńczenia. Użyłem tego dnia za dużo magii. Przy kilku pułapkach i ratując Papyrusa. Oddychałem ciężko, zastanawiając się jak udało się młodemu przejść przez korytarze nie używając magii. Z drugiej strony nie miałem czemu się dziwić. On zawsze miał głowę do zagadek. Mały geniusz jak mawiał tata. Natomiast ja wolałem drogę na skróty, czyli magię.   

– Po co tu przyszedłeś? – zapytałem Papsa, kiedy mój oddech się uspokoił. Czułem się ogromnie wyczerpany. Strasznie chciało mi się spać.   

– Mógłbym zapytać ciebie o to samo – odrzekł Papyrus patrząc na mnie z wyrzutem. Po jego policzkach nadal leciały łzy. Podniosłem rękę, wybierając jego łzy. Szybko chwyciłem go za czaszkę, przyciągające do siebie. Uśmiechnąłem się, patrzeć na mojego brata, wtulającego się we mnie.  

– Masz mnie bracie.  – Podniosłem się do pozycji siedzącej, nadal przytulając Papsa. – Lepiej wróćmy już do domu. - Papyrus słysząc te słowa, wstał gotowy do drogi. -  Ale pamiętaj ani słowa ojcu.   

Paps pokiwał głową. On też nie chciał dodatkowo martwić taty.   

Nagle młody… Jak to powiedzieć… Ludzie powiedzieliby, że zbladł że strachu… Ale my nie mamy skóry… Można rzec, że jego oczy powiększyły się ze zdziwienia oraz strachu. Wyglądał jakby zobaczył coś naprawdę przerażającego.   

-Papy, co Ci… – Nie dokończyłem, ponieważ poczułem na ramieniu czyjąś rękę. Miałem źle przeczucia co do tego. Powoli Podniosłem głowę, aby zobaczyć tego kogoś.   

– Czego macie mi nie mówić? – powiedział surowym głosem ojciec, kiedy zadarłem głowę do góry. Jedyne co mi przyszło na myśl to, że będziemy mieć naprawdę zły czas. – Lepiej wyjaśnijcie mi co WY TUTAJ robicie?   

– Zwiedzamy? – powiedziałem niepewnie wstając.   

– Sans! Nie kłam! Przecież widzę co się dzieje! – podniósł na mnie głos ojciec.   

– Ale nic nam się nie stało! – krzyknąłem na ojca.   

– Czy nie wyciągałeś przed chwilą Papyrusa?! Widziałem was Kilka chwil temu! – krzyczał ojciec. – Sans! Co by było jakby spadł! A ty razem z nim! Pomyślałeś chociaż o tym jak go ze sobą brałeś?!   

-Ale ja…   

Kłóciłem się wtedy z ojcem. Oboje byliśmy bardzo zaangażowani w naszą sprzeczkę. Krzyczeliśmy na siebie. Gestykulowaliśmy. Gdyby wtedy któryś z nas zauważył oddalającego się Papyrusa..   

Może wszystko wyglądałoby inaczej. Kilka minut później usłyszeliśmy czyiś krzyk… Huk… A potem Papyrusa.   

– Tato!   

Spojrzeliśmy z ojcem na siebie. Byliśmy pełni przerażenia. Paps znajdował się w kwiatowej komnacie z człowiekiem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.