Site Overlay

Zapomniana Wytrwałość – roz. 13

Undyne rozstałyśmy się przy łodzi w Waterfall. Nie chciałyśmy jej więcej męczyć, w szczególności, że od dłuższego czasu była bardzo cicha. Niby zapewniła nas, że wszystko w porządku, ale jakoś tak nie byłyśmy przekonane.  

– Wiesz, jak ona się na coś uprze to nie ma zmiłuj — odparła Alphys, gdy płynęłyśmy łodzią do Snowdin. – Tym razem wymyśliła coś i pewnie planuje jak to zrealizować — wzruszyła ramionami.  

Przyznałam jej rację. Chyba gorszego pomysłu niż prowokowanie strażników królewskich nie będzie mieć. Tak myślę.  

– Jak się czujesz? – zapytała w pewnym momencie Alphys.  

– Dobrze? – odpowiedziałam niepewnie, nie bardzo wiedząc, o co jej chodzi. – Było fajnie? 

– Nie o to mi chodzi — przewróciła oczami Alphys. – Nie mówisz nam jak czujesz się w Podziemiu. Ile tu już jesteś? Trzy miesiące?  

– Trzy miesiące i dwa tygodnie — odparłam, podciągając pod siebie kolana. Trzeba było przyznać, że ta łódka była naprawdę przestronna.  

– Raczej nie jest ci łatwo — Alphys przybliżyła się do mnie. – Wiesz, jeśli chcesz się komuś zwierzyć to zawsze wysłucham — dodała, kładąc mi rękę na ramieniu.  

Uśmiechnęłam się lekko. Jakoś zrobiło mi się cieplej na sercu. Myśl, że jest kolejna osoba, która mnie wspiera. Świadomość, że nie jest się samemu, dodaje mi otuchy. Pan Gaster, któremu mogę powiedzieć wszystko, Sans, który po prostu jest. Teraz Alphys, która również oferuje mi pomoc.  

– Jestem twoją przyjaciółką? – zapytałam, łamiącym się głosem.  

Jaszczurzyca wyprostowała się, a jej mina wiele nie mówiła.  

– A ty czasami serio głupia jesteś! – powiedziała uszczypliwie, ściągając brwi. Po chwili rzuciła się na mnie mocno, przytulając. Aż łódka się zatrzęsła. – Pewnie, że jesteśmy. 

– Ojoj! Drogie pasażerki proszę o ostrożność! – zanucił RiverPerson, łapiąc równowagę. – Raczej żadne z nas nie chce wylądować w wodzie.  

– Przepraszam River! – powiedziała Alphys, poluźniając uścisk. Potem odwróciła się do mnie. – A ty czasami pomyśl, zanim coś powiesz. Czasami pleciesz gorsze głupoty niż Sans!  

– Hej, jego żarty potrafią być śmieszne! – oburzyłam się trochę.  

– Tylko dla ciebie — wyszczerzyła się Alphys, patrząc mi w oczy. Aż odwróciłam się, paląc buraka. Ja i Sans. Dobry żart.  

– Ty to masz głupie pomysły — burknęłam, próbując się od niej odsunąć. 

– Wiesz, twojej głupoty nikt nie przebije — odsunęła się Al, wypuszczając mnie z uścisku. – Ale na poważnie, jesteśmy przyjaciółmi i nic tego nie zmieni.  

– Dzięki — uśmiechnęłam się. – Będę o tym pamiętać. 

– Pewnie! Nie dam ci o tym zapomnieć! 

Alphys odprowadziła mnie, aż do domu. Po drodze minęłyśmy Grillbiego, który odśnieżał teren wokół baru ojca. Pomachał nam, a my jemu.  

– A gdzie to się chodzi samej? – zapytał Sans, gdy zamykałam za sobą drzwi. – Ej! Znowu zabrałaś mi kurtkę! – dodał, gwałtownie wstając od stołu.  

– Bo moja jest w praniu! – odparłam.  

– Ale to nie znaczy, że masz brać moją!  

– Sam powiedziałeś, że mogę ją pożyczyć!  

– Raz! A nie na zawsze!  

– Kłócicie się jak dzieci w przedszkolu- skomentował Pan Gaster, wychodząc z kuchni.  

Oboje zamilkliśmy. Nie spodziewałam się Pana Gastera tak wcześnie w domu. Zwykle pojawiał się w okolicach kolacji, a była dopiero szesnasta. Jaki wstyd! Zachowałam się jak dzieciak przed doktorem. Ale nie mogłam nie drażnić się z Sansem. Poza tym sam to sprowokował.  

– Skoro obydwoje zamilkliście, uznam to za koniec tej dziecinady — zarządził Pan Gaster, uśmiechając się lekko. – Może w takim razie pomożecie mi przy obiedzie – Sans ruszył w stronę kuchni. – Pomóż bratu przygotować warzywa. Zgaduję, że też jeszcze nic nie jadłaś? – zwrócił się do mnie. Zaprzeczyłam. Jakoś tak z dziewczynami zapomniałam o głodzie. – To dobrze. Dostałem nowy przepis na spaghetti. Mam nadzieję, że będzie wszystkim smakować — dodał, zapraszając mnie do kuchni.  

Przygotowanie kolacji długo nam nie zajęło. Wspólnymi siłami przygotowaliśmy warzywa do sosu, jak i makaron. Papyrus głównie podawał warzywa albo roznosił talerze. To Sans zajmował się krojeniem razem ze mną. Pan Gaster zajmował się samym przygotowaniem sosu.  Dzięki czemu szybko mogliśmy usiąść do posiłku.  

… 

– Tato?  

– Tak, Papyrusie? – zapytał Pan Gaster, zmywając naczynia. 

– Naprawiłbyś mi szalik? – zapytał, miętosząc skrawek koszuli ojca.  

– A co ty z nim zrobiłeś? – spytałam, odbierając od Pana Gastera mokre naczynia do wytarcia.  

– Też mnie to ciekawi.  

– Popsuł się — odrzekł Paps, spuszczając wzrok.  

– Sam z siebie? – odrzekł ironicznie Sans, który przecierał stół po posiłku.  

– … 

Odebrałam resztę naczyń od Pana Gastera. Niewiele ich zostało, więc zaproponowałam, że zajmę się tym. Pan Gaster posadził Papyrusa, na krześle, który nerwowo pocierał knykcie. Było widać, że nabroił i nie chce się przyznać.  

– Który już raz to zrobił? – spytałam Sansa, który wyrzucał zużyte szmatki do kosza pod zlewem.  

– Kilka razy już go podarł. Pewnie zaczepił go gdzieś i przedarł — odparł Sans, biorąc ręcznik do przetarcia mokrych naczyń. – Ojciec pewnie wyrzuci już ten szalik, bo powoli zaczyna przypominać potwora Frankensteina. 

Prychnęłam. Cóż szalik Papyrusa nie był nowy i miał parę widocznych zszyć, głównie na środku. Widać było, że musiał zaczepić kilka razy o jakieś gałęzie albo o płot.  

– Ale to dalej nie wyjaśnia, dlaczego tak panikuje? – dodałam, przyglądając się Papyrusowi. Młody strasznie się trząsł. Pochlipywał i pociągał nosem. Wyglądał, jakby miał się zaraz popłakać.  

– Wie, że ojciec najprawdopodobniej wyrzuci ten szalik, a on tego nie chce. Dostał go od ojca, jak był jeszcze malutki.  

Zrobiło mi się szkoda malca. Dzieci bardzo szybko i mocno przywiązują się do rzeczy od rodziców. Sama bardzo długo nosiłam ze sobą szmacianą lalkę od rodziców z ręcznie wyhaftowanymi kwiatkami na sukience. Wspomnienie lalki uzmysłowiło mi coś.  

Zostawiłam Sansowi do umycia ostatnie szklanki, jakie były w zlewie i podeszłam do Papsa.  

– Ale nie chcę! Chcę ten! – krzyknął Paps, zanosząc się płaczem.  

– Znajdę ci dokładnie taki sam szalik — mówił łagodnie, ocierając łzy syna.  

 – Chyba mam pomysł jak ocalić twój szalik Papy — powiedziałam, kucając obok chłopca, aby znaleźć się z nim na równi. Papyrus od razu przestał płakać. Spojrzał na mnie, a w jego oczach zdawały się rosnąć iskierki.  

– Jaki? – zapytał Pan Gaster, lekko zaskoczony. 

– Mogę wyhaftować na nim jakiś wzór, który zakryje stare zszycia. Musiałbyś tylko trochę na niego poczekać — zaproponowałam.  

Ledwo co skończyłam zdanie, a maluch natychmiast rzucił mi się na szyję. Przewrócił na oboje na ziemię. Nie ma co, zaskoczył mnie tym i to bardzo. Przytuliłam go, klepiąc uspokajająco po plecach. Płakał już na całego. Pan Gaster uśmiechnął się, szepcząc w moją stronę „dziękuję”, a potem zgarnął Papyrusa do spania.  

Kolejnego dnia uzgodniliśmy po długich naradach, że mam wyszyć herb Podziemia na szaliku. Zajmowałam się tym w wolnej chwili głównie z rana, gdy nie musiałam nigdzie chodzić albo Alphys mnie nigdzie nie wyciągnęła. Undyne pochwaliła się nam, że pogodziła się z Gersonem. Poszła z nim też na układ. On miał ją uczyć walki, a ona pomagać mu w sklepie. Głównie zajmowała się takimi rzeczami typowo siłowymi, którymi Gerson z racji wieku nie dawał już rady. Chociaż coś czuję, że trochę leciał z nią w kulki w tej sprawie. Al uważała podobnie, bo Gerson nigdy nie prosił nikogo o pomoc. Często chodziła przez to zaspana i zmęczona, ale była bardzo zadowolona. Czasami urządzałyśmy sobie małe sparingi z Undyne, głównie w walce wręcz bez użycia magii. Fajnie było wrócić do treningów karate, chociaż w takiej dość nieregularnej formie.  

Jakiś czas temu Sans spytał mnie, czy chciałabym zobaczyć Ruiny. Jak każdego wieczoru siedzieliśmy razem na kanapie, oglądając filmy znalezione na wysypisku.  

– Ale chyba nie wolno tam chodzić — stwierdziłam niepewnie. Pan Gaster często to powtarzał. Mówił, że to niebezpieczne miejsce pełne pułapek jak i zniszczonych budynków. Część z nich mogła zawalić się w każdej chwili.  

– Dlatego ojciec by o tym nie wiedział — dodał Sans, opierając się ręką o tył kanapy. Siedział teraz twarzą zwrócony do mnie. – Użyłbym paru skrótów, aby zabrać cię do kwiatowej polany — zamilkł, czekając na moją odpowiedź.  

Nie byłam tego tak pewna. Jakoś tamto miejsce nie kojarzyło mi się za dobrze. Komu by mogło po tym, co się tam stało. Mogłam tam umrzeć przez własną głupotę. Ale mimo to ciągnęło mnie tam. W sensie było to miejsce, gdzie spadłam. Gdzie wszystko się zmieniło. Chyba raczej by nie zaszkodziło, jakbyśmy tam poszli. Sansowi idzie całkiem dobrze z magią teleportacji na krótkie odległości. Zgodziłam się. Mieliśmy się tam udać w weekend, gdy Pan Gaster pracował do późna, a Papyrus miał iść na cały dzień do kolegi. Mieliśmy być w domu sami przez cały dzień.   

– Gotowa? – zapytałem, odsuwając się od okna. Na zewnątrz nie było wiele potworów. Wczesny ranek, idealna okazja, aby wymknąć się do Ruin. Większość odsypiała pracowity tydzień, więc niewiele potworów kręciło się po Snowdin. Na razie widziałem bibliotekarkę, ta to chyba nigdy nie śpi oraz Grillbiego z ojcem. Odśnieżali podjazd zajazdu.  

– Pewnie — odparła Katharina, zapinając niebieski polar.  

– Dlaczego znowu podbierasz mi kurtkę?  

– Bo… 

– I nie mów, że twoja jest w praniu! Sam ją wczoraj zaniosłem do twojego pokoju! 

– … 

Katharina stała przede mną, zamyślona. Widziałem jak lekko marszczyła brwi. Jak wyciąga rękę i skupie płatek ucha. Zawsze tak robiła, gdy nad czymś myślała. Pewnie szukała dobrego usprawiedliwienia dla ciągłej „kradzieży” mojej kurtki. Im dłużej nad tym myślała, wiedziałem, że nie bardzo wie, co powiedzieć. Jej brwi coraz bardziej się marszczyły.  

– Dobra. Weź ją już. Pójdę do pokoju po drugą — odparłem, teleportując się do swojego pokoju.  

W sumie nie przeszkadzało mi to, że ją pożycza. Nawet podobało mi się, że w niej chodzi. Bardziej denerwowało mnie to, że nie wiedziałem, dlaczego ją ciągle bierze. Raczej nie chciała mi też tego powiedzieć. Wyciągnąłem z szafy moją czarną kurtkę z fioletowymi rękawami. Z tyłu wyszytą miała Delta Rune. Symbol Podziemia. Głównie noszony przez rodzinę królewską oraz gwardię. Muszę przyznać, że kiedyś sam bardzo chciałem wstąpić do Gwardii, chyba jak każdy inny dzieciak przechodziłem przez tę fazę. Papyrusowi ona nigdy nie minęła. Ubrałem kurtkę. Była w sam raz. Kilka lat temu, gdy ojciec mi ją kupił była o kilka rozmiarów za duża, ale uparłem się i ją dostałem na święta. Zapiąłem się, teleportując się do salonu.   

Katharina rozstawiła na stoliku szachy, a na kanapie walały się jakieś kasety. Znalazły się też jakieś szklanki z wodą i paczka chrupek. Idealna scenka, jakbyśmy nigdy stąd nie wychodzili. Uznaliśmy wcześniej, że na wypadek jakby ojciec wcześniej wrócił, zrobimy małą scenerię. Miało wyglądać jakbyśmy cały dzień, spędzili na oglądaniu nowych filmów z wysypiska i grze w szachy. 

– I co myślisz?  

– Jakbyśmy nigdy stąd nie wychodzili. Idziemy?  

– Chodźmy — powiedziała Kath, kierując się w stronę frontowego wejścia.  

– Wyjdziemy drzwiami kuchennymi od strony lasu — powiedziałem, łapiąc ją za rękę w pół kroku. Wydawała się zaskoczona. Bardzo rzadko korzystaliśmy z tamtego wyjścia. – Setsu i Grillz odśnieżają podjazd. Setsu mógłby zadzwonić do staruszka, że skierowaliśmy się w stronę Ruin. 

Skierowaliśmy się do kuchni. Stojąc przy drzwiach, kierujących na tył domu odwróciłem się jeszcze w stronę Kath.  

– Wiesz, to ostatnia szansa, aby się rozmyślić.  

Wiem, że ja zaproponowałem wyjście do Ruin, ale nie chciałem jej zmuszać do niczego. Mimo wszystko ojciec miał trochę racji i dla niewprawnego to miejsce mogło być naprawdę niebezpieczne. Tylko wedle swojego mniemania nie zaliczałem się do tej grupy. Ile bym uniknął kłopotów, gdybym chociaż raz o tym pomyślał.  

Znowu skubała płatek ucha, odpływając myślami. Lubiłem patrzeć, jak to robiła.  

– Chcę tam pójść. Czuj, że powinnam je zobaczyć.  

– To ruszajmy — powiedziałem, lekko się uśmiechając.  

Wyszliśmy na zewnątrz. Omiótł nas zimny powiew. Zakluczyłem za nami drzwi, a potem ruszyliśmy w stronę lasu. Nie weszliśmy jakoś daleko. Trzymaliśmy się krawędzi lasu, brodząc w śniegu. Droga zleciała nam szybko i na szczęście nikogo nie spotkaliśmy pod drodze. Głównie rozmawialiśmy. Trudno mi powiedzieć o czym. Po prostu lubiłem jej słuchać.  

Dotarliśmy do drzwi Ruin. Wielkie fioletowe drzwi w skale, nad którymi znajdował się emblemat Podziemia.  

– Są ogromne – skomentowała Katharina, przyglądając im się.  

Zaśmiałem się.  

– No co? – zapytała Katharina, odwracając się w moją stronę. Miała lekko rumiane policzki. Chyba było jej zimno. – Są niesamowite. Takie wielkie i majestatyczne, a jednocześnie można się przy nich poczuć tak małym i drobnym. 

Spojrzałem na Drzwi do Ruin. Dla mnie były normalne. Od zawsze tutaj były i raczej nigdzie nie znikną. Przyzwyczaiłem się do nich. Sam nie mieszkałem w Ruinach, ale ojciec jeszcze tak jako dzieciak. Niewiele nam na ten temat mówił. Ale coś było w jej słowach. Chyba rzeczywiście coś w tym było.  

– Może — powiedziałem, drapiąc się po głowie. – Lepiej się pośpieszmy, zanim ktoś się tu pojawi.  

Wyciągnąłem rękę przed siebie, chcąc otworzyć drzwi za pomocą magii. Były bardzo ciężkie, więc to było spore ułatwienie.  

– Mogę? – zapytała Katharina, podchodząc bliżej mnie. Uśmiechała się lekko.  

– Czy to, aby nie za dużo jak na ciebie?  

– Przecież trzeba podejmować się wyzwań, prawda?  

– Sam nie wiem. Możesz się przeciążyć magicznie.  

– A jak zrobimy to razem?  

Zbliżyła się do mnie, uśmiechając się niewinnie. Jak mógłbym odmówić?  

Zgodziłem się. Katharina wyciągnęła rękę, stając obok mnie. Oboje skierowani byliśmy w stronę drzwi. Błękit i fiolet rozrastał się, oplatając drzwi. Tworzyły różne wzory, przeplatając się wzajemnie. Jakby tańczyły. Synchronizowały się. Zwykle potrafili to zrobić potwory, które długo razem ćwiczyły. To było dziwne, jednak nie zwróciło to uwagi Kathariny. Dla niej magia wciąż była nowa.  

– Udało nam się! – krzyknęła Katharina, gdy drzwi uchyliły się, ukazując korytarz. Po chwili zasłoniła sobie usta dłońmi. – Przepraszam — dodała po chwili ciszej, rozglądając się.  

– Spoko i tak nikt by nas nie usłyszał. Jesteśmy za daleko od wioski. 

Uśmiechnęliśmy się do siebie, przechodząc przez drzwi. Zostawiłem je lekko uchylone. Miałem nauczkę, aby ich nie zamykać, bo mogą zamarznąć. Chociaż teraz mogłem się teleportować na krótkie odległości bez problemu, to wolałem mieć wyjście awaryjne, jakby skończyła mi się magia.  

– O co chodzi z tym korytarzem? – zapytała Katharina, rozglądając się. Z każdym jej krokiem zapalała się kolejna pochodnia.  

– Prowadzi do Ruin. Musimy pójść prosto, a potem za drewnianymi drzwiami skręcić w prawo.  

– Cóż… nie tego się spodziewałam… 

– Najlepsze przed tobą — powiedziałem, wymijając ją. 

Szedłem wzdłuż korytarza, a zaraz za mną usłyszałem odgłosy biegania. Chwilę później Katharina zrównała się ze mną. Zadawała mi mnóstwo pytań na temat tego jak wygląda Stare Miasto.  Wolałem nie odpowiadać i dać jej możliwość zobaczenia tego na własne oczy. Kilka minut później wychodziliśmy już na skarpę.  

Katharina przyśpieszyła kroku, gdy zbliżaliśmy się do końca korytarza. Przed nami ukazała się ogromna grota. Znajdowało się tam stare miasto. Ceglane budynki porośnięte mchem. Bluszcz, który wychodził z okien, oplatając ściany. Wielkie dziko rosnące drzewa. Budynki, które kryły stare historie. Ten widok nigdy mi się nie znudził. Piękno powracającej do życia natury. Katharina stała na samym środku skarpy, jej usta były lekko rozchylone. Oczy zdawały się jej błyszczeć. Mienić fioletem.  

W przypadku silnych emocji kolor oczu zmieniał się względem koloru duszy. Głównie widziałem to u potworów. Silne emocje sprawiały, że nasze oczy zmieniały kolor. Widocznie ujawniająca się w niej magia to sprawiła. W sumie logiczne. Mówi się, że oczy są zwierciadłem duszy.  

Widok Kathariny na tle Starego Miasta zapadł mi w pamięć. Dałem jej czas napawania się tym widokiem. Mieliśmy dla siebie cały dzień. Nie chciałem jej przeszkadzać. Miło się na to patrzyło. 

– To wygląda niesamowicie! 

– Racja — powiedziałem, a Katharina spojrzała w moją stronę. Uśmiechała się tak jak nigdy wcześniej nie widziałem.  

Zatrzymywaliśmy się przy każdym ciekawszym miejscu, które chciałem jej pokazać. Stare uliczki, z wysokimi kamiennymi domami. Balkony łączące domy, tworzące powietrzne uliczki. Wiszące mosty. Stara porośnięta bluszczem fontanna na wielkim placu. Katharina usiadła na jej brzegu, odchylając się lekko do tyłu. Rozejrzała się. Nie uśmiechała się już. Tylko w milczeniu wszystkiemu się przyglądała.  

– Coś nie tak?  

Chyba wyrwałem ją z zamyślenia, bo spojrzała na nie lekko przekrzywiając głowę. Kath wyprostowała się, a druga ręka znowu chwyciła za płatek ucha. Tym razem lekko go ciągnęła, zamiast jak zwykle masować go między palcami. Coś ją trapiło.  

Chciałem usiąść obok niej, ale zdążyła wstać i przejść się kawałek.

– Chodzi o to, że tu jest tyle domów — mówiła, wskazując na domy wokół placu. Rozglądałem się i rzeczywiście miała rację. – Tu jest praktycznie dom na domu. Budynki sięgają sufitu! – wskazała najbliższy. Rzeczywiście, domy znajdujące się wyżej wyglądały na młodsze niż te pod nimi. Im wyższe były budynki tym wyglądały na nowsze im wyżej się patrzyło. Jakoś nigdy wcześniej nie zwracałem na to uwagi. – Wiele balkonów stało się mostami łączącymi wyższe i nowsze piętra — mówiła dalej, a jej słowa w jakiś sposób był pełne smutku i rozgoryczenia. – Kiedyś mogło być naprawdę piękne, ale im bardziej się mu przyglądam, tym więcej podobieństw widzę do slumsów. – Musiałem się nieświadomie skrzywdzić na to porównanie, bo Katharina zaczęła lekko spanikowana machała rękoma. – Nie chodzi mi o biedę czy coś. Po prostu przypomina mi to slumsy pod względem przeludnienia!  

– Nie. Jest okej — powiedział, uśmiechając się słabo. – Tylko nigdy tak o tym nie myślałem. Ojciec za wiele nie mówi o życiu w Ruinach — dodałem, drapiąc się po czaszce.  

– Patrząc, jak to wygląda, nie dziwię się, że potwory rozpoczęły migracje w głąb góry. Ostatnie lata, jakie tu spędzili musiały być dla nich naprawdę ciężkie — powiedziała, wpatrując się we mnie.  

– Przed tym, jak ojciec stworzył Rdzeń też podobno za kolorowo nie było. 

Jakoś ta rozmowa całkowicie zmieniła nastrój, w jakim zwiedzaliśmy Ruiny. Stare Miasto, zamiast jawić mi się jako miasto pochłonięte przez naturę — piękne i pełne tajemnic wtedy stało się miastem duchów — przeszłością pełną wyrzeczeń, ale też nadziej.  

– Ojciec zawsze mówił, że trzeba patrzeć w przyszłość z nadzieję. Kolejny dzień to czysta kartka, którą możemy napisać od nowa.  

– Kolejny dzień jest wolny od błędów, tak? – dopowiedziała Katharina, śmiejąc się lekko. 

– Skąd ty to?  

– To cytat z Ani z Zielonego Wzgórza, ale rzeczywiście pasuje.  

Potem ruszyliśmy w stronę korytarzy prowadzących w stronę komnaty, gdzie spadła Katharina. Po drodze ponury nastrój, jaki się pojawił, powoli znikał. Znowu zastąpiła go początkowa wesołość. Opowiadałam Katharinie na temat zagadek, jakie natrafialiśmy pod drodze. Te trudniejsze omijaliśmy moimi skrótami. Gdy mieliśmy się teleportować, wyciągałem rękę w stronę Kathariny, a ona chwytała ją, lekko się uśmiechając. Z łatwością teleportowałem nas na drugą stronę co trudniejszych zagadek. Te łatwiejsze i bezpieczniejsze rozwiązywaliśmy wspólnie.  

– O co chodzi z tym znakiem? Jaki dół? – zapytała Katharina, gdy weszliśmy do kolejnego pokoju. Nic go specjalnie nie wyróżniało.  

– Widzisz te dziury w podłodzie? – Katharina pokiwała głową, czekają na dalsze wyjaśnienia. – Pod spodem jest drugi pokój, rośnie tam trawa. Pokazuje ona, gdzie nie wolno stąpać.  

Katharina podeszła do mnie uśmiechając się dość specyficznie.  

– Przekonałeś się o tym na własnej skórze? 

Po prostu nie mogłem się powstrzymać. Roześmiałem się odwracając od niej głowę. Tym razem byłem pewien, że się zarumieniłem. Umiała się wstrzelić z sucharem, w szczególności, że miała rację. Za pierwszym razem na pewniaka przeszedłem przez pokój. Nie postawiłem w nim nawet trzech kroków, a płytki się pode mną zawaliły. Dobrze, że nic sobie wtedy nie złamałem. Byłem tylko posiniaczony.  

– Czyli nie tylko ja zaliczam się do upadłych? Co?  

Znowu się zaśmiałem. Może nie były to jakieś genialne żarty. Ani ja, ani Kath nie mieliśmy jakiegoś genialnego poczucia humoru. Mimo to nawet kiepskie żarty mogą kogoś rozbawić.  

– Dobrze, chodźmy już — powiedziałem po chwili, wyciągając rękę w jej stronę. Bez zastanowienia chwyciła ją jak robiła wcześniej za każdym razem. – Nie mamy całego dnia. 

Przeszliśmy przez zagadkę, nie odstępując się na krok. Ścieżka była wąska, więc stykaliśmy się ramionami. Kilka minut zajęło nam przejście tego pokoju i dotarcie do kolejnego. Gadające kamienie naprawdę zaintrygowały Katharinę, a przynajmniej jeden, który był na tyle miły, że przesunął się na wyznaczone miejsce. Bez problemu przesunęliśmy pozostałe, a wrota do kolejnej komnaty rozsunęły się. Wchodziliśmy coraz głębiej w labirynt korytarzy. Po drodze minęliśmy kilka froggitów. Żabopodobnych niewielkich potworów. Chyba jako jedne z niewielu zamieszkiwały te tereny. Byli wrażliwi na temperatury, więc nie mogli przekroczyć Snowdin, ale jakoś im to nie przeszkadzało. Spotkaliśmy po drodze jeszcze parkę Whimsunów, ale uciekły jak tylko nas zobaczyły. Bardzo płochliwe stworzonka.  

– Sans — zatrzymała mnie Katharina na jednym z rozdroży. – Chyba kogoś widziałam.  

Powiedziała, wskazując jeden z korytarzy, jaki minęliśmy. Nic go za bardzo nie wyróżniało. Zwykły fioletowy korytarz. Po lewej i prawej ciągnęły się w rzędzie kolumny. Gdzieniegdzie rosła bujna trawa albo kwiaty. Niczego tam nie widziałem. 

– Może to jakiś froggit?  

– Nie. To na pewno było coś większego — dodała. Jej głos lekko załamał się pod koniec. Chyba się bała albo była przynajmniej zaniepokojona. W sumie z biegiem czasu nie dziwie się jej. Opustoszałe ruiny, gdzie jeden źle postawiony krok mógłby zakończyć twój żywot. Żadnego potwora czy strażnika, który mógłby się uratować.  

– To pewnie jakiś duch — wzruszyłem ramionami. – Dużo się ich tu kręci. Są z nich bardzo sentymentalne potwory.  

– Nie jestem przekonana czy to był duch, Sans. Zdaje mi się, że to było coś innego.  

– Może widziałaś Nastablooka albo jego kuzyna, Happstablooka. Często się tutaj kręcą.  

– No nie wiem. 

– Hej, nic ci tutaj ze mną nie grozi — powiedziałem, podchodząc do niej. – W razie czego cię obronię — położyłem jej rękę na ramieniu, szeroko się uśmiechając. – Użyję mojego niepokonanego specjalnego ataku!  

– Że co niby?  

Poczułem się z lekka urażony. Od jakiegoś czasu ćwiczyłem z ojcem mój specjalny atak. Na razie nie był jakoś specjalnie imponujący, ale coś tam już umiałem.  

– Tego — powiedziałem, pstrykając palcami.  

Czułem jak moja magia dymi się. Formuje się na kształt ognia przy oczodołach. Nie jakichś mocnych, ale pewnej wielkości płomieniach. Obok mnie magia formowała się. Tworzyła kości. Całą strukturę. Gaster Blaster. Wielka przerażająca czacha, ziejąca błękitną magią z ostrymi zębiskami. 

– Jaki przeuroczy! – jest okrzyk wyrwał mnie z samo zachwytu. 

Jak Blaster może być uroczy? Ma być przerażający. Przytłaczający samym swoim wyglądem oraz wielkością. Spojrzałem na Katharinę, która obejmowała rękoma mój Blaster. Był wielkości domowego kota. O wiele za mały niż sobie wyobrażałem. Nie wyglądał też ani trochę strasznie. Jego zęby przypominały dziecięce mleczaki, a rogi były małymi tępymi kośćmi na jego głowie. On się praktycznie domagał pieszczot.  

– Rzeczywiście Sans. Wielka z niego bestyjka, prawda? – zaczęła głaskać Blaster po czaszce, a ten wtulał się w nią. – Jesteś taki strasznie uroczy. Pokonasz wrogów samą swoją słodyczą! – Katharina mówiła do niego jak do jakiegoś domowego zwierzaka.  

– Przestać go tak traktować! – krzyknąłem, próbując zabrać od niej Blaster. Ale ten syknął na mnie. Natychmiast odsunąłem od niego ręce.  

Katharina wybuchnęła gromkim śmiechem. Czułem jak błękit wchodzi na moje policzki. To było takie zawstydzające. Mój Gaster miał być co najmniej cztery razy większy. Jakieś kilka dni wcześniej udało mi się to zrobić podczas treningów z ojcem. Nie rozumiałem jak wtedy mógł mi wyjść taki pokurcz, ale Katharina go wręcz pokochała.  

– Dobra, nie będziesz się ze mnie nabijać — powiedziałem oburzony jej zachowaniem. Chciałem odwołać blaster. 

– Czekaj! Nie będę się nabijać, ale zostaw go.  

– Dlaczego? 

– No zobacz, jaki on słodki.  

– Ma być straszny.  

– Nie niszcz go. Proszę. 

Westchnąłem ciężko, drapiąc się po czaszce. Technicznie właśnie stworzyłem nowy Blaster. Ojciec mówił, że w zależności od poziomu umiejętności magicznych nasz gatunek – szkielety, mogły wytworzyć od jednego do czterech blasterów. Przypominały one coś w stylu chowańców. Każdy blaster miał swoją osobowość, która mogła odzwierciedlać jakąś cechę swojego pana. Nie dało się ich zniszczyć, bo była to czysta manifestacja czyjeś magii. Ten maluch zostanie ze mną do końca. 

– Nic takiego nie zrobię. Ale on miał być straszny. 

– Może będzie w przyszłości. Wiesz, jak dorośnie albo rozwinie się. 

– Mam nadzieję… 

– Jak go nazwiesz?  

W sumie nie myślałem o tym. Ojciec też niby nazwał swoje Blastery. Aster i Gast. Cóż… nie były to zbyt oryginalne imiona, ale sam sypię sucharami na lewo i prawo. Nie mam co ocieniać działań ojca. Niej myślałem też za bardzo nad imieniem poprzedniego Blastera. 

– Chyba będzie to Vera — powiedziałem, głaszcząc blaster po głowie. Tym razem na mnie nie zasyczał. – A ten, który chciałem ci pokazać będzie Perse. 

Vera za bardzo nie urosła od tamtego czasu. Przynajmniej zmężniała, jeśli można to tak ująć. Wyrosły jej kły, jak i rogi stały się dłuższe.  Mała, ale zabójcza. Gdy wstąpiłem do Gwardii udało mi się stworzyć jeszcze jednego blastera, którego nazwałem Ken. Prese, Vera i Ken.  

Vera towarzyszyła nam przez resztę podróży przez pokoje z zagadkami. Most z kolcami wolałem ominąć. Nie chciałem się pomylić i nadepnąć na niewłaściwą płytkę, aby wysunęły się kolce z podłogi. Jakoś nie chciałem, aby nikt z nas nie został szaszłykiem. Vera okazała się bardziej pomocna niż początkowo sądziłem. W jednym z pokojów Vera pociągnęła przełączniki, które upuściły dla nas kładki nad kanałami. Reszta drogi minęła nam szybko i w miłej atmosferze. Łatwo zapomnieliśmy o tajemniczej postaci, którą widziała Katharina.  

Jakiś czas później znaleźliśmy się na polanie złotych kwiatów. Małej, ale wysokiej pieczarze, w której rogach ustawione były kolumny. Natura zagarnęła to miejsce na swoją własność, ale złote kwiaty kwitły tylko na samym środku, gdzie przez dziurę padało światło słoneczne. Zdawać by się mogło, że lgnęły do niego. Jedyne miejsce, gdzie, chociaż na chwilę można zaznać promieni słonecznych.  

Od dłuższej chwili Katharina nie odzywała się. Im bliżej byliście tej komnaty tym stawała się bardziej zamyślona. Milczenie do niej nie pasowało. Zawsze była pełna życia i pomysłów. I tej energii, którą wokół siebie roztaczała. Bardzo lubiłem przebywać w jej towarzystwie. Tym razem było inaczej. Potrzebowała mnie. Zrobiłem to, co przyszło mi do głowy. Chwyciłem ją za rękę, ciągnąc w stronę złotych kwiatów. Wydawała się lekko zaskoczona, ale nie sprzeciwiała się. Usiedliśmy obok siebie na złotych kwiatach, nie przestając trzymać się za ręce. Vera położyła się na nogach Kath jakby również próbowała dodać jej otuchy.  

– To takie dziwne — zaczęła Kath, zadzierając głowę. Wpatrywała się prosto w dziurę w jaskini. Miejsce, przez które spadł każdy człowiek. – Być tutaj. Teraz jest w dobrze. Nie czuję się sama. Ale tak bardzo chcę wrócić do domu. Chciałabym przeprosić Petera i Jennifer za tamten dzień — Tamtego dnia chyba pierwszy raz się przede mną otworzyła. Zwykle pobieżnie mówiła o swoim życiu na Powierzchni, ale wtedy powiedziała coś więcej. – Pokłóciłam się z nimi, bo dalej chciałam badać jaskinię, jaką znaleźliśmy. Zlekceważyłam to, że coś może nam się stać. A potem ziemia się osunęła — Jej głos pod koniec się załamał. Widziałem jak zaszkliły się jej oczy. – Peter próbował mnie wciągnąć, ale nie dał rady. Musi się teraz tak cholernie przeze mnie obwiniać. Jenny pewnie ma mi za złe to, co jej powiedziałam. Jestem taką okropną, samolubną przyjaciółką — dodała, kuląc się. Puściła moją rękę. Vera gwałtownie odleciała na kilka centymetrów, reagując na gwałtowny ruch Kath. Dziewczyna objęła kolana jedną ręką, a drugą przecierała lecące łzy. Widok łamiący duszę. 

– Gadasz totalne bzdury — powiedziałem, a ona spojrzała na mnie totalnie zaskoczona. – Każdy ma prawo popełniać błędy — mówiłem, chwytając jej dłoń. Tak bardzo chciałem ja pocieszyć. – Jesteś dobra. Sprawiłaś, że Papyrus zainteresował się czymś na dłużej niż jeden dzień. Paps cały czas mówi o sobie Wspaniały Papyrus i każdego dnia zyskuje pewność siebie — splotłem palce razem z jej. – Ojciec zaczął częściej przesiadywać w domu. Wreszcie się nami interesuje. Znowu zaczął zachowywać się jak kiedyś. – Zbliżyłem się do niej. Oparła głowę o moje ramię. – Alphys przestała wszystkich rozstawiać po kątach i nawet zaczęliśmy się dogadywać. Udało ci się nawet uspokoić Undyne. Chyba nawet jesteś jej pierwszą przyjaciółką i kimś, kto sprawił, że nie rzuca się na każdego z włócznią wyzywając na pojedynek — mówiłem lekko się uśmiechając. Katharina też się lekko zaśmiała. Słabo, ledwo słyszalnie. – Dzięki tobie dostrzegłem, że nic nie jest takie, jakie nam się wydaje. Rzeczy mogą się zmienić i trzeba się z nimi liczyć, ale zawsze warto mieć nadzieję — Katharina podniosła głowę na moje ostatnie słowa. Łzy zdążyły już wyschnąć na jej policzkach. Rękawem przetarłem je delikatnie. – Nauczyłaś mnie tego. Każdego dnia starasz się ze wszystkich sił. Wiem, kim jesteś i twoi przyjaciele na Powierzchni też to wiedzą. Na pewno tęsknią za tobą tak samo jak ty za nimi. Wątpię, aby mogli cię obwiniać o tamten dzień — Dotknąłem czołem jej czoła. Nie cofnęła się. Sam wtedy powinienem przestać. – Na pewno też mają nadzieję, że się zobaczycie. I jestem pewien, że tak się stanie. Jesteś tak uparta — zaśmiałem się. – Taka wytrwała, jak coś postanowisz. Mimo wszystko cieszę się, że mogłem cię poznać. 

Byliśmy tak blisko siebie, że czułem ciepło jej duszy. Tliło się przyjemnie. Przenikało przez moje kości. Moja dusza drżała. Gdybym tylko wtedy się powstrzymał, nie zniszczyłbym wszystkiego. Pozwoliłem, aby pokierował mną impuls.  

Pocałowałem ją. Nachyliłem się. Delikatnie musnąłem jej wargi. Miałem wrażenie jakby przez całe moje ciało przeszedł dreszcz. W tamtej chwili napawałem się chwilą, a potem zdałem sobie sprawę co zrobiłem. Odwróciłem się gwałtownie.  

Obydwoje to zrobiliśmy. Miałem wrażenie jakbym przekroczył jakąś granicę. Zrobił coś, czego przyjaciele nigdy nie robią. Wtedy zrozumiałem, że nie chciałem, aby była tylko moją przyjaciółką. Lubiłem ją. Nawet bardzo. Do dziś na to wspomnienie boli mnie dusza.  

Ona zaufała mi. Powiedziała coś, co ją dręczyło, a ja wykorzystałem ją. Zawiodłem.  

Nie potrafiłem spojrzeć jej w oczy. Żadne z nas nie potrafiło się odezwać. Nikt nie przerwał tej niezręcznej ciszy, jaka zapanowała między nami. Nigdy nie czułem takie wstydu jak wtedy. Na szczęście poczułem wibracje telefonu. Włączył się budzik. Za jakieś dwie godziny miał wrócić ojciec.  

– Musimy iść — powiedziałem, wstając z ziemi. Tak bardzo chciałem się odwrócić, ale nie potrafiłem znaleźć w sobie tyle siły, aby zmierzyć się z konsekwencjami. Byłem okropnym hipokrytą. Tchórzem. Na koniec myślałem tylko o sobie. Vera ciągnęła mnie uporczywie za rękach kurtki. – Przestań — strzepnąłem ją. Vera ponownie chwyciła mój rękach tym razem z większą zaciętością. – Puszczaj, bo ją zniszczysz! – pociągnąłem rękaw w swoją stronę. Blaster zaczął skomlić. Nie chciałem, aby ona też mnie osądzała. Przywołałem ją. Podfrunęła posłusznie przed moją twarz. – Koniec zabawy – Blaster zaskomlił jeszcze, próbując mnie szturchnąć. Odwołałem ją. Magia rozpłynęła się.  

Chyba dopiero po kilku latach mogłem, miałem siłę, aby przywołać Verę.  

Drogę do domu przeszliśmy w milczeniu. Co jakiś czas musiałem nas teleportować. Tylko nie wyciągałem już ręki, aby Katharina mogła ją złapać. Nie chciałem, aby przeze mnie czuła się jeszcze gorzej. Chwytała mnie wtedy za ramię, a ja nas przenosiłem. Do domu wróciliśmy o wiele szybciej niż myślałem.  

Po naszym powrocie z Ruin przesiedzieliśmy resztę wieczoru, aż do powrotu ojca i Papsa oglądając telewizję. Żadne z nas nie potrafiło przerwać tej ciszy, która pojawiła się między nami. Nie wiem co mi strzeliło w tej pustej łepetynie, że to wtedy zrobiłem. Ale ja jak to ja – jak coś idzie dobrze to muszę to spierdolić. Nie wiem co mnie do tego podkusiło. Nie chciałem, aby przez to przestała mnie lubić. Była dla mnie ważna i ja naprawdę lubiłem ją w ten sposób. Trudno jest to przyznać, ale chyba od dłuższego czasu mi się podobała. Dałem się ponieść chwili, ale chyba to nie był dobry pomysł.  

Oboje siedzieliśmy teraz spięci wpatrując się tępo w jakiś wieczorny program, który akurat leciał. Moje zamyślenie przerwały dwa dzwonki wiadomości. Oboje spojrzeliśmy w telefony. Undyne na grupowym czasie napisała, że chce pokazać Katharinie Nowy Dom — stolicę Podziemia. Chciała to zrobić w tym tygodniu. Niestety tego dnia miałem iść pomagać ojcu w laboratorium. Pierwszy raz miałem asystować ojcu. Co prawda nie byłoby to nic poważnego, ale chciał mi głównie pokazać, jak wygląda tam praca. Miałem się zastanowić, czy po szkole naprawdę chcę tam iść.  Alphys tego dnia pomagała przy innym projekcie. Uzgodniliśmy zatem, że spotkamy się już w Hotland jak ja i Al skończymy. Undyne miała odebrać Katharinę i Papsa z pomostu w Waterfall. Uzgodniliśmy szczegóły na czacie.  

Czas, jaki mijał nam do spotkania był bardzo specyficzny, przynajmniej dla mnie. Ani ja, ani Kath nie chcieliśmy się skonfrontować z tym, co stało się w Ruinach. Można powiedzieć, że od tamtego czasu trzymaliśmy się na dystans i staraliśmy się nie zostawać sami. Sam nie wiedziałem, co mam o tym myśleć. Pocałowałem ją i chyba wszystko przepadło. Coś źle zrozumiałem. Zraziłem ją do siebie.  

Żałuję, że nie zebrałem się wtedy na odwagę i nie porozmawiałem z nią przed tym cholernym wyjściem do Stolicy. Może wtedy wszystko potoczyłoby się inaczej. Może nawet odebrałbym ją z tego pomostu razem z Undyne. Mógłbym wtedy jakoś im pomóc. Może Katharina by dalej z nami była.  

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.