Site Overlay

Zapomniana Wytrwałość – roz. 12

Rozmowa z Panem Gasterem pomogła mi poukładać myśli. Dalej jest ciężko, ale zamiast uciszać te uczucia czy je ignorować staram się z nimi jakoś pogodzić. Nie jest to łatwe. Bardzo tęsknię za przyjaciółmi i życiem jakie miałam. Nie umiem jeszcze otworzyć się przed Sansem, powiedzieć mu, że czasami jest mi ciężko. Dałam mu jedynie do zrozumienia, że chciałabym, aby po prostu był obok, jeśli złapie mnie jakiś dół. Jestem mu za to naprawdę wdzięczna. Za to Pan Gaster zawsze służy dobrą radą.  

Myśl, że w razie problemów mnie wysłucha, dodaje otuchy.  Forma naszych treningów trochę się zmieniła. Przede wszystkim ćwiczymy we dwójkę. Takie nasze prywatne sesje – trudno było przekonać Sansa czy Papyrusa aby nam nie towarzyszyli – na początku zwykle rozmawiamy, jeśli coś mnie trapi. Potem ćwiczymy magię.  Niewiele jeszcze potrafię. Mogę kontrolować magię w swoim ciele i ujawniać ją za pomocą fioletowej poświaty. Czasami uda mi się otoczyć magią jakiś obiekt i go przenieść. Niestety tarcza nie pojawiła się już ani razu. Pan Gaster uważa, że to mogła być zasługa adrenaliny i zwykłego szczęścia. Przybiło mnie to, bo myślałam, że robię jakieś większe postępy. Jednak Doktor Gaster, pocieszył mnie, że mam duży potencjał.  

Tęsknię każdego dnia, ale muszę wierzyć, że Pan Gaster kiedyś znajdzie sposób na złamanie bariery. Na razie skupię się na tym co ważne.  

Po tygodniu nauczycielka Sansa wróciła do szkoły, więc nasze poranne treningi odeszły w zapomnienie. Ponownie miałam dużo wolnego czasu, ale zamiast zamykać się w czterech ścianach postanowiłam wyjść na zewnątrz. Po akcji z Doggo, potwory odpuściły komentarze na mój temat. Przynajmniej zaniechali konfrontacji twarzą w twarz. Postanowiłam robić sobie małe wycieczki po  Snowdin.  

Ostatnio zawędrowałam do biblioteki. Chciałam trochę nadrobić swoje braki w wiedzy na temat potworów oraz samego Podziemia. Bibliotekarka, śnieżka króliczka z początku podchodziła do mnie bardzo sceptycznie. Nie bardzo chciała bym dotykała rzeczy w jej pobliżu, co widziałam po jej kwaśnej minie, gdy wyrabiałam kartę biblioteczną. Nie była też za bardzo pomocna przy szukaniu książek. Jedyne co podała mi nazwę regału. Nie znałam rozkładu samej biblioteki, więc poszukanie odpowiedniego regału zajęło mi chyba z godzinę. Głównie interesowały mnie te o magii oraz potworzej historii.  

Czasami jakiś potwór spojrzał na mnie, ale żaden nie podszedł czy się nie odezwał. Albo nie chcieli zakłócać ciszy w bibliotece albo powoli się przyzwyczajali. Cóż nie ważne co było powodem coraz większego ignorowania mnie przynajmniej zostawiali mnie w spokoju. Wczoraj było za to coś miłego. Bibliotekarka skinęła mi na powitanie. Co prawda nie odezwała się ani słowem i było to przelotne, odwzajemniłam przywitanie. Może jutro też tak będzie?  

Ostatnio jak Sans wrócił ze szkoły pomagał mi z magią. Miałam przenieść talerze z blatu na stół. Cóż… ostatni zbiłam. Na chwilę straciłam koncentrację. Magia się rozproszyła. Talerz zleciał i się potłukł. Pan Gaster nie był zły. Wręcz przeciwnie. Powiedział, że robię duże postępy. Zbiłam jeden talerz w porównaniu do Sansa, który kiedyś zbił całą zastawę.  

… 

Innego dnia, gdy Sans i Papyrus byli jeszcze w szkole wpadła do mnie Alphys. Musiała znaleźć na Wysypisku jakieś metalowe części. Złom, przewody czy inne sprzęty elektryczne. Pracowała nad jakimś wielkim projektem, dzięki któremu miałaby dostać się na staż do Doktora Gastera. Chciała mu jakoś zaimponować, bo od jakiś kilku tygodni Pan Gaster szukał asystenta.  

– Nie lepiej jak zaczekamy na Sansa i Papsa? Na pewno chcieliby dołączyć – zaproponowałam.  

– Nie, bo Papsa trzeba cały czas pilnować, a Sans będzie mi podbierać części do projektu – pożaliła się Alphys, machając ręką. – Po za tym chcemy zrobić z tego babski wypad. 

– My? – zapytałam, wyszukując w telefonie numer Pana Gastera.  

– Undyne zgodziła się mi pomóc – odparła szybko Alphys. Przez chwilę patrzyła na mnie oczekując jakieś reakcji.  

– Liczysz, że zaprzeczę albo co zrobię? – zapytałam, wysyłając wiadomość do Pana Gastera. 

Mogłam wychodzić z domu.  Nie byłam przecież więźniem. Poza tym po nieudanym ataku Undyne i starciu z Doggo. Pan Gaster się jakoś dowiedział, może ktoś z mieszkańców z nim o tym rozmawiał. Kłopotów nie mieliśmy. Wreszcie się dowiedziałam, że Sans i Doggo zaliczyli tylko po parę siniaków. Żaden z nich nie użył magii do walki. Pan Gaster ukarał Sansa symbolicznie odbierając mu książki o astronomii na tydzień. Później z tego co nam powiedział, rozmawiał z Gwardią, aby przykładali się do swoich obowiązków. Rzeczywiście od tamtego czasu jak gdzieś poszłam widziałam gwardzistę. Bardziej mnie zastanawiało, czy pilnują aby nic mi się nie stało, czy pilnują reszty potworów.  

– Cóż wasze pierwsze spotkanie do najlepszych nie należy – zagaiła Alphys, drapiąc się w głowę.  

– Nasze też nie, a jednak dalej się lubię – powiedziałam lekko złośliwie. Alphys obnażyła swoje kły. Chyba próbowała być straszna, ale jakoś nie pasowało to do jej charakteru.  

– Wysłałaś już tego SMS-a? – warknęła Al, skinęłam głową. – To chodźmy, Undyne pewnie zamarza – dodała, wychodząc na zewnątrz.  

 Alphys za bardzo się nie pomyliła. Undyne czekała na nas przed domem. Chyba nigdy wcześniej nie widziałam, aby ktoś był tak opatulony. Dziewczyna miała na sobie czapkę, dodatkowo chyba najgrubszy szalik jaki widziałam. Był związany w taki sposób, że widać było jej tylko oczy. Wełniane rękawiczki, gruba puchowa kurtka. Brakowało tylko gogle, aby Undyne przypominała mieszkańca Alaski. Zdziwiło mnie to, bo wyglądało to dosyć śmiesznie. Mimo nazwy Snowdin nie było jakoś strasznie zimno. Zwykle kilka stopni na minusie. Starczyła zwykła kurta, ale chyba nie w przykadu Undyne.  

– Mmmożemy się po-pośpieszyć? – zadrżała z zimna.  

– A czy to ty przypadkiem nie chciałaś tu przyjść? – zapytała Alphys, opierając się o Undyne. Dziewczyna coraz bardziej się trzęsła.  

– Chodźmy już – powiedziałam śmiejąc się pod nosem.  

Ruszyłyśmy w stronę rzeki. River person czekał na nas. Jak zwykle nucił dziwne melodie pod nosem. Tym razem było to coś o skalistym upadku. Cokolwiek to w ogóle było. Alphys powiedziała, że lepiej pozwolić mu nucić. Jego specyficzne piosenki zwykle były zbitkiem przypadkowych słów. Łódka płynęła powoli w stronę Waterfall, powietrze wokół nas robiło się coraz cieplejsze.  

– To co dokładnie chcesz znaleźć na wysypisku? – zapytała Undyne, ściągając jeden z szalików.  

– Potrzebuję jakieś procesory, ważne, żeby były całe – zaczęła mówić jaszczurzyca, wyliczając nam kolejne elementy jakie mieliśmy szukać.  

Zgubiłam się po jakiś 10 minutach, podobnie jak Undyne. Spojrzałyśmy na siebie porozumiewawczo. Zgodnie uznałyśmy, że lepiej dać się wygadać jaszczurzycy niż jej przerywać.  Resztę podróży jednym uchem słuchałam Al, przyglądając się widokom. Waterfall było naprawdę pięknym miejscem i niezwykłym. Fluorescencyjne rośliny nie przestaną mnie zadziwiać, a w szczególności Ech-kwiaty.  

Kilka minut później byłyśmy już na molo. Wszystkie zdjęłyśmy już nasze kurtki. Undyne zaproponowała, że możemy zostawić je w budce strażniczej przy molo. Powiedziała, że nikt ich nie zabierze i strażnik nie powinien mieć pretensji, że zostawimy tam swoje rzeczy. Spacerkiem ruszyłyśmy w stronę Wysypiska. 

– Znam każdego z nich! Na pewno nikt nie będzie miał nic przeciwko – oznajmiła wypinając pierś Undyne.  

– Jeśli przestaniesz ich nachodzić, to cię nawet ozłocą – powiedziałam, uśmiechając się.  

Dziewczyna tupnęła nogą na mój komentarz. Plotki o Undyne zaczepiającej strażników przybierały na sile.  

– Właśnie, przypomniałaś mi o czymś – zwróciła się do mnie Alphys, po chwili szturchając łokciem Undyne. – Informacje warto sprawdzić u źródła. Czy ty naprawdę dostałaś wciry od Gersona? Podobno dał ci laską po głowie  

Próbowałam powstrzymać parsknięcie. Na szczęście Undyne strzeliła wielkiego buraka, i chyba tego nie zauważyła. Gerson to bardzo stary potwór, chyba najstarszy w Podziemiu, prawie nic nie widzi. Podobno urodził się jeszcze przed wojną i bardzo długo był strażnikiem królewskim. Podobno jednym z najlepszych, jednak teraz ledwo się ruszał.  

Undyne i Alphys przekomarzały się przez całą drogę. Czerwień nie schodziła z twarzy Undyne, a ja w końcu poddałam się. Po prostu roześmiałam się, gdy Undyne powiedziała, że musiała uciekać przed Gersonem. Strażnicy musieli go uspokajać.  

– Śmiejcie się, śmiejcie – odrzekła Undyne, nadymając policzki. – Ciekawe co byście zrobiły na moim miejscu  

– Na przykład nie dręczyły starszych? – zasugerowałam, szturchając Undyne barkiem. Wybuchnęłyśmy z Alphys śmiechem.  

– Skończycie wreszcie?! – podniosła głos Undyne, wychodząc nam naprzeciw.  

– Undyne… 

– Co znowu chcecie coś powiedzieć! – dziewczyna coraz bardziej podnosiła głos, cofając się. – Tak. Dostałam laską po łbie! Rzeczywiście jest się z czego śmiać!  

– Undyne… – dziewczyna krzyczała coraz bardziej, nie słuchając nas.  

– Undyne! – krzyknęłam w końcu.  

– Cze… 

Undyne zahaczyła nogą o jakieś śmieci. Poleciała z hukiem na ziemię.  

– Ani słowa – powiedziała twardo dziewczyna, podnosząc się z ziemi.  

Podeszłam do niej podając rękę.  

– Naprawdę chcesz wstąpić do gwardii? – zapytałam, a dziewczyna w odpowiedzi pokiwała głową. – To może warto przestać ich dręczyć. Poszukać sparing partnera? – mówiłam dalej, podciągając ją do góry. – Patrzeć pod nogi? Wiesz, stała czujność albo coś w tym stylu – dodałam, ściągając jej z ramienia parę kabli.  

Undyne tylko pokiwała głową na moje słowa. Byłą jakaś cicha. Myślałam, że coś doda w stylu, że sama wie lepiej albo coś podobnego. Spojrzałam na Alphys, która wzruszyła ramionami. Żadna z nas nie bardzo rozumiała, dlaczego Undyne stała się taka cicha.  

– To szukamy tych części? – krzyknęła do nas, stojąc na jednej z mniejszych gór śmieci.  

Zabrałyśmy się do roboty. Trochę nam to zajęło. Znalazłyśmy jakieś stare komputery, które jeszcze się do czegoś nadawały. Alphys schowała je do swojego schowka w telefonie. Były naprawdę niesamowicie pojemne. 

– To może zdradzisz nam chociaż czego dotyczy ten twój projekt? – zapytałam, wyjmując z góry śmieci maskę spawalniczą.  

– Nada się – rzekła przyjaciółka, chowając maskę. Zignorowała moje pytanie. 

– Może wtedy wiedziałybyśmy co jeszcze mamy szukać niż co chwilę się pytać – odparła Undyne, odrzucając na bok splątane ubrania.  

– To  

– Tajemnica – powiedziałyśmy razem z Undyne, lekko znudzone.  

– Ale chyba możesz zdradzić z jakiej to dziedziny albo czego to dotyczy – odparłam, przyglądając się jakimś starym kasetom. Niestety nie miały oznaczeń. Mogły być o wszystkim. Spakowałam je do swoje schowka. Potem sprawdzimy je z Sansem. Może będą tam jakieś fajne filmy.  

– Cóż… myślę, że mogę – rzekła Al, przyglądając się jakieś drukarce. – To coś związanego z inżynierią oraz duchami.  

Spojrzałam na Undyne nie bardzo rozumiejąc o co chodzi Alphys. Ona również miała to samo zdziwione spojrzenie co ja.  

– Ale duchy nie istnieją – odparłam, czując wibracje telefonu. Dostałam SMS.  

– My też podobno nie istnieliśmy – uśmiechnęła się zadziornie Al.  

– To nie takie duchy jak myślisz. To gatunek potwora – pośpieszyła z wytłumaczeniem Undyne. – Nie mają materialnej formy.  

– To co ty chcesz zrobić z inżynierią i jakimś duchem? – spytałam. Sans wysłał mi SMS ze złą buźką. Był na mnie zły, że nie mógł nam towarzyszyć. Cóż właśnie dlatego Alphys wpadła do domu zanim Sans wrócił ze szkoły.  

– A to już  

– Tajemnica, wiemy! – burknęłyśmy z Undyne, wracając do roboty.  

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.