Site Overlay

Zapomniana Wytrwałość – roz. 11

Oplotłem Undyne swoją magią. Kości pojawiły się wokół niej, uniemożliwiając ruch. Nie mogłem pozwolić, aby zrobiła coś jeszcze. Siedziała na ziemi otoczona kośćmi, wodząc niespokojnie wzrokiem. Nie interesowało mnie, że ją zaskoczyłem czy przestraszyłem. Wtedy ważniejsze było co innego. Unieruchomienie jej dało mi przynajmniej czas. Musiałem załagodzić sytuacje. Z Doggo już walczyłem, a z Undyne  nie chciałem. Mogło się to źle skończyć. Jeśli zostałaby ranna, król dowiedziałby się o tym. Mogło się to źle skończyć dla nas wszystkich.  

Podszedłem do Kathariny. Dziewczyna wciąż wpatrywała się w dal. Paps znalazł się tuż obok niej. Zarzucał ją pytaniami, ale dziewczyna na nic nie reagowała. Czyżby była w, aż tak wielkim szoku? Delikatnie dotknąłem jej ramienia, patrząc w oczy. 

– Kath, wszystko w porządku?  

Nastolatka spojrzała na mnie. Jest wzrok był pusty. Ponownie powiodła wzrokiem na uwięzioną Undyne. Szczerze przyznaję, że w tamtym czasie nie obchodziło mnie co się z nią dzieje. Interesowała mnie tylko Katharina. Mogła zostać poważnie ranna przez wybryki potworzycy. Kath chwyciła moją dłoń, słabo się uśmiechając. Jej zachowanie było dziwne. Skierowała się w stronę Undyne. Dopiero wtedy dostrzegłem, że uwięziona dziewczyna zalewała się łzami.  

Niemało mnie to zaskoczyło. Undyne była tchórzliwa jako dzieciak, ale nie płakała. Nigdy by też nikogo nie zaatakowała. Co jeszcze bardziej było niedorzeczne. Tylko, czy mając za przyjaciela człowieka coś może być normalne?  

– Sans, możesz ją uwolnić? – spytała nagle Katharina. Wpatrywałem się w nią, nie będąc pewien jej działań. Undyne mogła płakać, ale była przyparta do ściany. Mogła zrobić wszystko. – Sans?  

Czy pozostało mi coś innego niż zaufanie Katharinie? Teoretycznie mogłem tak zostawić Undyne i zabrać stad Kath i Papsa. Tylko wtedy czekała mnie burzliwa dyskusja z Kathariną. Lekko rzecz ujmując. Westchnąłem ciężko ustępując. Chwilę później Undyne była wolna.  Nie zmieniło to faktu, że dalej płakała. Tylko tym razem starała się przetrzeć łzy swoimi rękawami. Nie musiałem podchodzić bliżej, aby w razie czego pomóc Katharinie. Ale to nie było konieczne.  

Nastolatka uklękła naprzeciw Undyne, wyciągając paczkę chusteczek z kieszeni.  

-Chyba ci się przyda – powiedziała Katharina w pełni spokojnym głosem. Jak mogła być w tej chwili opanowana? Undyne mogła ja nawet zabić. – Serio, weź. Szkoda rękawów. 

Undyne patrzyła niepewnie na wyciągniętą dłoń Kathariny z paczką chusteczek. Wzięła ją ostrożnie, zachowując się jakby ta miała ją za chwilę zaatakować. Przetarła policzki, przyglądając się uważnie Katharinie.  

– Dlaczego?  

– Bo ma więcej oleju w głowie niż ty? – rzekłem w stronę potworzycy, wzruszając ramionami. – Au! – chwyciłem się za żebra, gdy Papyrus uderzył mnie z łokcia. Kath natomiast zgromiła mnie wzrokiem. Uznałem, że najbezpieczniej będzie dla mnie zamilknąć.  

– Czy to coś złego chronić tych, na których nam zależy? – zapytała Katharina. – Intencje miałaś dobre i nie mogą cię za nie winić. Sama pewnie bym zrobiła tak samo – dodała z uśmiechem.  

Katharina zmieniła życie Undyne. To dzięki niej zyskała motywację do treningów. Nie walczyła już, aby coś komuś udowodnić tylko po to, aby chronić. Wiele dla niej znaczyła, dlatego nigdy nie zrozumiem jak Undyne mogła tak o niej zapomnieć. Odcięła się od wszystkiego co mogło jej przypominać o Katharinie. Długo z nami nie rozmawiała, tylko całkowicie poświęciła się treningom. Wiele lat zajęło, aby zaczęła rozmawiać ze mną, Papyrusem albo Alphys. Chociaż nigdy nie było tak jak kiedyś. Nie rozumiem, jak oni mogli tak z nią postąpić. Zapomnieć. Potraktować jak każdą inną duszę, a ona taka nie była.  

W jakiś sposób tamtymi słowami dała Undyne nadzieję. Nadzieję na lepsze jutro. Nadzieję, że kiedyś wszystko może być inaczej. Ta wiara dawała jej każdego dnia siłę. Wzniosła się na wyżyny swoich umiejętności. Przekraczała swoje granice, stając się płomieniem nadziei. To Undyne stała się potem osobą niosącą nadzieję w Podziemiu. Każdego potrafiła podnieść na duchu. Szczerze wierzyła w to, że kiedyś wszyscy wspólnie zobaczymy Powierzchnię. Dlatego nie potafiłem zrozumieć tego jak mogła ją tak łatwo porzucić.  

Ale wróćmy do opowieści.  

Po słowach Kathariny Undyne nie odezwała się już do nas tego dnia. Milcząco obserwowała nas na wysypisku, gdy wróciliśmy do poszukiwań. Sprawę magii Kathariny postanowiliśmy zostawić na później. Nic jej nie dolegało, ale dla pewności lepiej było wpaść do laboratorium. Core było niedaleko Waterfall, prawie na granicy z Hotland. Niestety nie znalazłem nic dla Al., ale Katharina znalazła jakieś kasety, które chcieliśmy później sprawdzić. Miałem nadzieję, że będą to jakieś nowe bajki, bo te które mieliśmy w domu Paps znał już na pamięć.   

Uznałem, że najszybciej będzie się teleportować. Hotland nie było tak daleko. Mogłem nas tam spokojnie przeteleportować. 

   – Jesteś pewna, że wszystko w porządku? – zapytała Kath, przyglądajac się Undyne, po zakończeniu poszukiwań 

Undyne tylko w odpowiedzi nieśmiało pokiwała głową. Katharina uśmiechnęła się do niej i dotknęła mojego ramienia.  

   – Jesteś pewien, że dasz radę? – zapytała nastolatka z lekkim uśmieszkiem. 

   – Co, nie wierzysz w moje umiejętności? – udawałem oburzonego. Małe przekomarzania jeszcze nikomu nie zaszkodziły.  

   – Jakoś po ostatnim nie bardzo. Zbiłeś lampę – odrzekła Katharina, czekając na moją reakcję. – A teraz chcesz przenieść cztery osoby.  

– Przecież to nie jest nic trudnego – broniłem się. Magia szła mi coraz lepiej.  

– Teleportowałeś się z pokoju na korytarz – zaznaczyła, marszcząc brwi. 

Zacisnąłem zęby zastanawiając się.  

   – Możemy wreszcie iść do taty? – zapyta już lekko zniecierpliwiony Papyrus. Potargałem go po głowie, dodając, że możemy już iść. Lepiej było nie kusić losu.  

Spacerem dotarliśmy do granicy, do Hotland. W tym miejscu niewielu mieszkało. Tylko kilka żywiołaków ognia oraz niektórzy naukowcy. Panowały tutaj ciągłe upały, spowodowane rzeką lawy płynącą kanionami. Dopiero Mettaton rozkręcił tutaj swój biznes – hotel z restauracją i studio telewizyjne. Zrobił z tego miejsca prawdziwy park rozrywki.  

Hotland w całości składało się z różnej wysokości skalnych gór oraz półek skalnych. Tworzyły się w ten sposób kaniony, w których płynęła rzeka lawy. Większość przejść ogrodzona była barierkami, ale w niektórych miejscach ich jeszcze brakowało. Jednak na naszej drodze było wystarczająco szeroko, abyśmy nie spadli na niższe półki albo do rzeki. Raczej nikomu nie spodobałaby się taka kąpiel. Nastolatka rozglądała się z podziwem wokoło. Hotland rzeczywiście było niesamowite. Majestatyczne skały, wśród których płynie lawa. Widok moim zdaniem lepszy niż wodospady, ale to zależy od gustu. Tu panowała niczym niezmącona cisza. Inaczej niż w innych miejscach w Podziemiu. Razem skierowaliśmy się w stronę Laboratorium. Szkoda, że nie skorzystaliśmy z teleportacji, ale czasami z magią lepiej uważać. W szczególności z moją.  Mimo wszystko zrobiłem jakieś postępy w teleportacji. Ciężko wtedy trenowałem, aby jakoś podwyższyć swój poziom, jednak szło mi to topornie. Każdego dnia ciężko trenowałem, aby opanować podstawowe umiejętności. Jako dzieciak bardzo późno odkryłem swoją magię. Ojciec w pewnym momencie podejrzewał, że nie będę mógł nią władać. Jednak zaskoczyłem go pewnego dnia, podczas zabawy. Zrzuciłem za pomocą magii kilka książek z szafki.  Znudziłem się zabawą klockami i chciałem poczytać książki. Byłem za niski, aby je dosięgnąć. Przez wypadek ujawniła się wtedy moja magia. Ojciec był uradowany, jednak szybko to minęło. Musiałem wkładać wiele wysiłku w treningi, aby zrobić najprostsze rzeczy – jak przenoszenie przedmiotów albo przyzywanie kości. Dopiero niedawno trening zaczął przynosić efekty. Moja magia była niezwykle silna jak na młodego potwora, a kontrola jej nie była łatwa. Kosztowało mnie to sporo wysiłku, ale przynajmniej wiedziałem, że przez przypadek nie zrobię nikomu krzywdy. Wolałem skupić się na opanowaniu swojej siły niż na technice, czy innych wymyślnych stylach walki.  

Jednak wracajmy do opowieści.  

Szliśmy jednym z wielu mostów w Hotland. Wysokie wypolerowane barierki po obu stronach. Jakieś kilka tygodni wcześniej król zarządził wymianę wszystkich barierek w Hotland. Przez panującą tam wysoką temperaturę szybko się niszczyły. Zmieniano je co kilka lat. Dlatego w niektórych miejscach, przy skarpach nie było niczego. Trzeba było uważać i nie podchodzić do krawędzi. Kilka razy zwracałem już uwagę Papyrusowa, aby za bardzo się ode mnie nie oddalał. Na szczęście Paps był zbyt zaaferowany magią Kath, żeby biegać wokoło jak to miał w zwyczaju. Był z niego żywiołowy dzieciak.  

  – A możesz jeszcze raz przywołać tę tarczę?! – Papyrus cały czas atakował Katharinę swoimi pytaniami. Chyba ją tym trochę przytłaczał.  

– Nie wiem, czy dam radę – powiedziała niepewnie Kath, zerkając ukradkiem na mnie.  

Chyba szukała ratunku. Uśmiechnąłem się tylko wzruszając ramionami. To było trochę zabawne. Dlaczego nie miałem nie skorzystać z okazji i się trochę nie pośmiać? Katharina spojrzała na mnie. W jej oczach widziałem złość. Raczej nie była zadowolona z mojej reakcji.  

–  To cię nauczę! – wykrzyknął Papyrus, podskakując obok Kath. – Pokażę ci jak przywołać kości albo…  

– Najpierw to spytamy ojca – przerwałem.  

Lepiej jednak, żeby mój brat za bardzo się nie rozpędzał. Wtedy nie wiedzieliśmy co może zrobić Katharina. Obawiałem się, że nawet proste rzeczy mogą być dla niej zbyt wymagające. Co inne jak dręczy ją pytaniami, a co innego jak razem wpadną na coś głupiego. Kath uśmiechnęła się do mnie. Jakoś chyba przy niej zmiękłem. Myślałem, że dłużej wytrzymam drocząc się z nią. Szybko doszliśmy na miejsce. Laboratoria w większości znajdowały się pod ziemią. Im wyżej było się w hierarchii tym niżej znajdowała się twoja pracownia. A, że ojciec był królewskim naukowcem jego gabinet znajdował się na piętrze -3. Na parterze, przez który szliśmy znajdowało się wiele mniejszych sal, gdzie pracowali młodsi stażem naukowcy oraz stażyści pod opieką bardziej doświadczonych. Ojciec jakoś nigdy nie interesował się nauczaniem „świeżaków” jak to zwykł mawiać. U niego na nauki trafiali tylko najlepsi. Ci z największym potencjałem, których wypatrzył podczas pracy. 

Naukowcy nie zważali na nas. Większość, jeśli nie wszyscy znali mnie i Papyrusa z widzenia. Niektórzy nawet powiedzieli nam krótka cześć. Tutejsze potwory nie zwracały zbytniej uwagi na Katharinę. Wiedzieli o zakazie króla o nietykalności Kathariny. Nikt nie mógł zrobić jej krzywdy. Nie byli na tyle głupi, aby ryzykować swoje posady w ramach kary. Podeszliśmy do windy. Nacisnąłem przycisk. Był to nowy nabytek w Core. Naukowcy zamontowali ją kilka miesięcy temu. Sprawowała się świetnie, a jak dużo czasu oszczędzała. Zejście na najniższe piętra zajmowało prawie dwadzieścia minut. Teraz zaledwie pięć. Ojciec też przestał narzekać, że musi skakać między piętrami, aby coś omówić z swoimi współpracownikami. Niektórzy z nich mieli podopiecznych, więc musieli przesiadywać na wyższych piętrach. Po chwili usłyszeliśmy krótkie bip, które świadczyło, że winda przyjechała. Przed nami rozsunęły się metalowe drzwi. Pięć minut później byliśmy na korytarzu, który prowadził do laboratorium ojca. Największe w całym budynku. Tutaj znajdował się ojciec oraz jego najbliżsi współpracownicy. Panowała tu cisza oraz spokój w przeciwieństwie do innych pięter.  

Miałem właśnie zapukać, gdy drzwi otworzył nam sam ojciec.  

   – Co wy tu robicie? – zapytał zaskoczony ojciec. – Jak tu weszliście? – dodał po chwili. Chyba to go bardziej zdziwiło niż to w jakiej sprawie tu przyszliśmy.  

– Jesteśmy twoimi synami to chyba wystarczający powód – odrzekłem trochę oschło. Ojciec dotknął swoich skroni, a następnie rozmasowywał.  

   – Przepraszam – zaczął, odsuwając się od framugi. – Wchodźcie. Miałem ciężki dzień – dodał ojciec. Weszliśmy do środka. Panował tam lekki bałagan. Wszędzie walały się papiery. – Moi współpracownicy poszli po coś do jedzenia. Pewnie za chwilę wrócą – odwrócił się do nas. – Co było tak ważnego, abyście tu przyszli? – zapytał, opierając się blat biurka. Skrzyżował ręce, czekając na naszą odpowiedź.  

Kilka minut zajęło mi opowiedzenie ojcu, co stało się na Wysypisku. Ojciec słuchał ze skupieniem. Gdy doszedłem do momentu, w którym Katharina uformowała ze swojej magii tarczę, odezwał się.  

  – Jak się po tym czujesz? – zapytał Gaster, przyglądając się Katharinie. – Boli cię coś? Masz jakieś mdłości? – zapadał swoje pytanie bacznie przyglądając się nastolatce. Jakby liczył na to, że ma jakieś widoczne zmiany. Katharina zamyśliła się, po chwili odpowiedziała przecząco. – Hm… 

– Znowu to robisz – zwróciłem mu uwagę. Wyrwałem ojca z zamyślenia swoją uwagą. Spojrzał na mnie oczekując pytania, jakie kotłowało się w mojej głowie. Znowu mnie przejrzał. Ale co się dziwić. Jaki ojciec tak syn. – Co ci wyszło w badaniach? 

– Nic niezwykłego – odpowiedział ojciec, poprawiając okulary. Wziął kartki do ręki, przyglądając im się. – Zdrowa magia. Wygląda jak u każdego potwora – dodał, czytając swoje notatki.  

– To czemu nam nie powiedziałeś? – zapytałem zdziwiony. Nie rozumiałem tego. Na pewno wiedział to od początku.  

– Bo nigdy nie badałem magii człowieka – odrzekł zupełnie spokojnie, odkładając papiery. – Nie wiedziałem, jak wygląda zdrowa magia u ludzi. To, że wygląda zdrowo na nasze standardy, nie znaczy, że jest dla niej zdrowa – wskazał skinieniem głowy na nastolatkę, która trochę pobladła. Ojciec to zauważył. – Katharino, spokojnie. Nic ci nie grozi – powiedział ojciec, zwracając się w stronę nastolatki. – Miałem wszystko pod kontrolą. Nie masz żadnych objawów zatrucia magią – ponownie się odwrócił w stronę biurka. – Poprosiłem znajomego, który bardziej zna się na biologii i przebadał twoją krew. Gdzie ja to… – mówił do nas, szukając jakiś papierów. – Mam – podniósł kartkę do góry, aby się jej lepiej przyjrzeć. – Zrobił kompleksowe badania wzorując się na tych waszych. Wszystko było w porządku – zakończył swój wywód, odkładając papiery. – Twoje ciało jest zdrowe.  

– To jak udało mi się przywołać tę tarczę? – zapytała Katharina. Kolory jej wróciły. Widocznie słowa ojca, wystarczająco ją uspokoiły.  

– Musiała to być sprawka instynktów – odrzekł Gaster. – To akurat normalne dla każdego. Człowieka czy potwora – dodał ojciec, krzyżując ręce.  

– Czyli, że… – zaczęła trochę niepewnie Katharina.  

– Potrzebujesz treningów – dokończył mój ojciec. – Twoja magia jest stabilna, ale nieokiełznana. Przyda ci się kilka.  

… 

Minęło już kilka dni od początku moich treningów. Codziennie ćwiczę na zmianę z Sansem albo panem Gasterem. Rano uczyłam się podstaw magii z Sansem. Odwołano mu poranne lekcje, ponieważ jego nauczycielka się rozchorowała. Przekazywał mi głównie teorie. Mówił o przepływie magii w ciele. W jaki sposób się formuje, gdy się jej używa. Wystarczy skupić się oraz wyobrazić sobie, aby magia otoczyła dłoń i gotowe. Przynajmniej w teorii, fioletowa poświata powinna pojawić się wokół moich rąk. Próbowałam, jednak nie zawsze wychodziło. Czasami nie działo się nic. Innym razem moje dłonie jarzyły się. A jeszcze indziej wychodziło gładko. Sans mówił, że to jedno z ćwiczeń na opanowanie natężenia magii, podczas jej używania. Mówił, że to muszę opanować do perfekcji, aby na dalszym etapie nauki nie mieć problemów z trudniejszymi zaklęciami. Opowiadał też o uczuciu ciepła w środku podczas używania magii. To wibracje duszy. Na początku ciężko je wyczuć. Ale trzeba się nauczyć je wyczuwać, aby dobrze kontrolować magię. Dopasować swój oddech do wibracji, aby jak najlepiej ją kontrolować. Miałam za zadanie skupić się na tych wibracjach oraz swoim oddechu. Proste ćwiczenia oddechowe. W teorii nic trudnego. Jednak miałam pewne problemy. Magia się mnie nie słuchała. Sans mówił, że to normalne na początku. Mówił, że potrzebuję czasu, aby do tego przywyknąć. Łatwo mu mówić. Sam opanował to jako dziecko.  

Potem, gdy szedł do szkoły, czasami przychodziła do mnie któraś z dziewczyn. Alphys rozmawiała ze mną o Podziemiu. O tym jak się tutaj żyje, co możemy wspólnie zobaczyć. Jaszczurzyca chciała abyśmy ponownie wybrały się na Wysypisko. Uznała, że sama znajdzie części do komputera. Planowałyśmy też kolejny wypad na lodowisko, ale w bardziej dogodnym terminie, gdy będzie tam mniej potworów. Czasami wpadała też Saera jak nie była zajęta jakimś nowym projekt. Ciągle namawiała mnie, abym wybrała się na zakupy. Powiedziała, że nie mogę mieć tak mało ubrań.  

Co do Undyne to wpadła tylko kilka razy. Chociaż pierwszy raz był dość ciekawy. Nigdy bym nie myślała, że ktoś może, aż tak peszyć się przy przeprosinach. Nie wiedziałam też, że można rumienić się na fioletowo. Później Undyne nie przychodziła sama. Zwykle z Alphys, trochę jakby nie miała odwagi być ze mną sam na sam. Może było jej trochę wstyd za to na Wysypisku. Mimo to udało nam się znaleźć wspólny język. Karate. Undyne zdawała się być zafascynowana walką, chociaż starała się przy mnie hamować.  

Alphys martwiła się swoim stażem w laboratorium. Udało jej się tam dostać, ale chciała jakoś zabłysnąć, aby dostać się na praktyki do doktora Gastera. Undyne natomiast mało specjalnie przejmowała się szkołą. Bardziej zależało jej na znalezieniu partnera do sparingów. Niedawno zaczęła męczyć ludzi z Gwardii, aby jej pomogli w treningach. Zastanawiałam się, czy nie zaproponować jej pomocy.  

Siedząc tak z dziewczynami czułam się naprawdę dobrze. Czy przesiadywanie z Sansem albo Papyrusem. Gorzej było gdy zostawałam sama. Jakoś samotność bardziej mi doskwierała. Tęskniłam za moimi przyjaciółmi. Byłam tu już dwa miesiące. Bardzo chciałam wiedzieć jak Jenny radzi sobie w szkole. Miałyśmy w tym roku robić razem projekt z historii. Peter pewnie miał problem ze znalezieniem nowego partnera do treningów. Oni naprawdę mnie rozumieli. Mogłam im powiedzieć o wszystkim. Tutaj było inaczej. Nikt tutaj nie mógł zastąpić mi moich przyjaciół. Mogłam zyskać nowych, ale jakoś nie potrafiłam pogodzić się z tym, że mimo wszystko jestem tylko gościem w ich życiu. Mimo, że mówiłam Sansowi, że na pewno zobaczymy kiedyś gwiazdy. Chyba sama do końca w to nie wierzyłam. Dlaczego coś miałoby się zmienić tylko dlatego, że tu jestem?  

– Rozumiem, że masz inne ciekawsze sprawy na głowie niż nauka magii? – spytał pan Gaster. 

Obydwoje siedzieliśmy na podłodze w moim pokoju. Medytowaliśmy, a przynajmniej ja próbowałam. W moim przypadku skończyło się tylko na siedzeniu po turecku i zamknięciu oczu.  

– Bardzo przepraszam – powiedziałam, pochylając lekko głowę. Poczułam się trochę głupio. Pan Gaster poświęca mi swój czas, chociaż ma go mało przez ostatnie projekty. – Poprawię się, nie chcę marnować pańskiego czasu. 

– Nie marnujesz go – odparł spokojnie Gaster. – Błędy czy pomyłki pozwalają nam się uczyć i osiągnąć sukces. – podniosłam wzrok na mężczyznę. Wstał z podłogi otrzepując spodnie. Dziwnie było go widzieć w normalnych ubraniach, a nie w kitlu. Czasami chodził w nim po domu. Dzisiaj wyjątkowo z niego zrezygnował. – Chyba nawet wiem jak rozwiązać dzisiejszy problem – rzekł, wyciągając rękę w moją stronę. – Zmiana scenerii również może okazać się przydatna.  

Zawsze warto spróbować, prawda? Ufam Panu Gasterowi. Widocznie widzi więcej niż myślę. Pomógł mi wstać z ziemi. Potem jak na zawołanie otoczyła nas fioletowa poświata. Magia otoczyła nas, a w kolejnej chwili znaleźliśmy się w miejscu, które widziałam po raz pierwszy. Bezwiednie puściłam dłoń Pana Gastera rozglądając się.  

Miejsce przypominało Waterfall. Wszędzie rosły fluorescencyjna trawa, a gdzieniegdzie rosły Echo-Kwiaty. W oddali słychać było szum wody. Tylko, że to miejsce różniło się od reszty. Sufit błyszczał. Mienił się niczym nocne niebo w bezchmurną noc.  

– Przypominają nocne niebo, prawda? – zagaił naukowiec, stojąc obok mnie. Pokiwałam głową. Miał rację. To naprawdę wyglądało tak prawdziwie. – Niektóre potwory przychodzą tu, gdy wątpią. Albo gdy tęsknią za Powierzchnią – dodał, również uważnie przypatrując się skalnemu sufitowi. – Sam lubię tu przyjść i oczyścić umysł. Przypomnieć sobie to piękno gwiazd, a przynajmniej jakąś jego namiastkę – Ostatnie słowa Pana Gastera zwróciły moją uwagę.  

– Pan był kiedyś na Powierzchni? – zapytałam, bacznie mu się przyglądając. – Ale bariera… 

– Za młodu, gdy jeszcze jej nie było – odparł, nie odrywając wzroku od skalistego nieba. Na jego twarzy widniał delikatny uśmiech. Bardzo się to różniło od jego codziennej powagi.  

– Czy to przypadkiem nie było tak z kilka setek lat temu? – zapytałam, nie bardzo wierząc w to co mówi.  

– Dla potężnych potworów, Bossów, czas biegnie inaczej – mówił nie odrywając wzroku od sklepienia. – Żyjemy dzięki magii. Można powiedzieć, że jesteśmy długowieczni – Pan Gaster spojrzał na mnie, uśmiechając się pobłażliwie. – Jedyne co może to zmienić to śmierć w boju bądź posiadanie dziecka  

– Dziecka? – przerwałam, a Pan Gaster lekko się zaśmiał.  

– Czasami zapominam, że niewiele jeszcze wiesz o naszej rasie – stwierdził, ponownie zerkając na sufit. – Bossowie przekazują swoją magię potomkom, aby byli równie silni bądź silniejsi niż rodzicie. Potem odchodzą – Pan Gaster spojrzał na mnie oczekując jakiś pytań albo chociaż potwierdzenia, że rozumiem. Skinęłam delikatnie głową. – Wracając, żyłem bardzo długo. Urodziłem się kilka lat przed końcem wojny. Dlatego pamiętam gwiazdy. Pamiętam też tęsknotę za dawnym życiem. Przyjaciółmi – Doktor odwrócił się w moją stronę, kładąc mi rękę na ramieniu.  Dlatego rozumiem, co może zaprzątać twój umysł.  

Pan Gaster zamilkł, wpatrując się we mnie. Odwróciłam speszona wzrok. Czy to byłoby dobrze komuś powiedzieć?  

– Może łatwiej byłoby ci się zwierzyć Sansowi, ale któreś z twoich nowych koleżanek – odparł po dłużej chwili ciszy doktor. Jego głos wciąż był miękki. W sumie nie podejrzewałabym go o taką łagodną stronę.  

– Oni nie zrozumieją – odezwałam się, nie mogąc spojrzeć na Pana Gastera.  

– Zgadzam się. Żadne z nich nigdy nie doświadczyło czegoś podobnego – podsumował doktor. – Dlatego oferuję ci rozmowę kogoś kto też tęskni 

Skuliłam się. Jakoś nie byłam przyzwyczajona do takich rozmów z dorosłymi. Zwykle nie słuchali bądź uważali nasze problemy za błahe. Rodzice zawsze tak mówili. Rzadko mieli czas, aby posłuchać, jeśli w ogóle mieli czas, aby być w domu.  

– Po prostu – próbowałam znaleźć jakieś słowa, które chociaż trochę by mi pomogły. Byłam wdzięczna, że Pan Gaster mnie nie popędzał. – Tak jakoś to przytłacza – mówiłam, wpatrując się w swoje buty. – Nie mogę ich zobaczyć. Powiedzieć, że… – zamilkłam, czułam, jak łzy zbierają mi się w oczach. Poczułam dłoń na plecach.  

– Spokojnie, mamy czas – Chyba pierwszy raz od początku rozmowy, podniosłam wzrok i spojrzałam na Pana Gastera. On po prostu czekał. Uśmiechał się pokrzepiająco.  

– Powinnam ich przeprosić. Byłam taka samolubna, a wejście do tej groty było moim pomysłem. Zaciągnęłam ich tam. Zawsze ich zmuszałam, żeby robili to co ja. Nigdy w niczym im nie ustąpiłam. A teraz… – głos mi się załamał. Nie mogłam już powstrzymać łez. – Było mi tak źle, że się z nimi pokłóciłam. Zlekceważyłam. Co oni musieli przeze znieść? Byłam taka głupia.  

– Myślę, że się przyda – powiedział Pan Gaster, podając mi chusteczkę. – Twoi przyjaciele i rodzina na pewno wiedzą, że to nie prawda. Każdy czasem popełnia błędy 

– Przyjaciele – poprawiłam go. – Moja rodzina to tylko moi przyjaciele. – Jakoś rodzice nie byli tym za kim tęskniłam. Nigdy ich nie było i moje zniknięcie pewnie nic nie zmieni. Chyba swoją butną wypowiedzą zdziwiłam Pana Gastera. Wyglądał na zamyślonego. – Oni żyją, jeśli o tym pan myśli, ale oni nigdy się nami nie interesowali. Zawsze była tylko praca. – przetarłam jeszcze raz łzy na policzku.  

– Rodzice mają wiele obowiązków i czasami zapominają, że najważniejsze to być obok dzieci – odparł bardziej zamyślony. Chyba nadepnęłam na jakąś wrażliwą strunę.  

– Nie chciałam pana – uciszył mnie gestem dłoni.  

– Nie uraziłaś, raczej przypomniałaś o tym, że sam powinienem spędzać czas z synami. Dużo pracowałem, aby zapewnić im bezpieczeństwo – powiedział Pan Gaster. Uśmiech bardziej mu pasował niż ten poważny albo zmartwiony wyraz twarzy z jakim zwykle go widzę.  

– Pewnie od tego co się stało w laboratorium – powiedziałam bez namysłu. Po chwili uzmysłowiłam sobie co powiedziałam. Natychmiast zatkałam sobie usta dłońmi. Z lekkim lękiem spojrzałam na Pana Gastera. Spodziewałam się krzyku. Przekroczyłam pewną granicę. Saera mówiła, że mam nie poruszać tego tematu.  

– Spokojnie – powiedział doktor, klepiąc mnie po ramieniu. Zdawało mi się, że przez chwilę jego oko mignęło na fioletowo. – Domyślałem się, że wiesz. To co się wtedy stało nie jest też tajemnicą. Byłaś bardzo ostrożna w stosunku do nas. Chłopcy mogli tego nie zauważyć, ale są jeszcze młodzi – dodał, śmiejąc się lekko. Po chwili wyprostował się ponownie spoglądając na gwieździsty sufit. – Tęsknota boli, ale nie możesz pozwolić, aby kierowała tobą. Twoi bliscy żyją, więc nie trać nadziei. Myślę, że ja i moja grupa jesteśmy bardzo blisko przełamania bariery. 

Pan Gaster zamilkł, ponownie powracając wzrokiem na skaliste niebo. Poszłam w jego ślady. Miał rację. Te kryształy naprawdę przypominały gwiazdy. 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.