Site Overlay

Rozmowy z… – Katarzyna Berenika Miszczuk

Katarzyna Berenika Miszczuk – Matka, lekarka, pisarka. Swoją pierwszą książkę wydała w 2006 roku pod tytułem „Wilk” opowiadających losy o Margo Cook. Jej najpopularniejsze historie to seria diabelsko-anielska oraz „Kwiat Paproci”.

W tym wywiadzie poznacie Ją odrobinę bliżej.

Jak rozpoczęła się Pani przygoda z pisaniem?

Rozpoczęła się bardzo, bardzo dobra temu. Kiedy byłam uczennicą gimnazjum. Jakieś 17 lat temu stworzyłam swoją pierwszą powieść „Wilk”. Był to mój debiut, który napisałam w wakacje trochę z nudów. Chciałam zobaczyć jak to jest, kiedy pisze się samemu i gdy można pokierować losami bohaterów. Wtedy tak naprawdę zaczęła się moja wielka przygoda, która trwa do dzisiaj.

wyk. Wojtek Biały


To bardzo fajnie, a bo Berenika Miszczuk to jest pani pseudonim?

Nie. Berenika to moje drugie imię, a Miszczuk to nazwisko panieńskie.

Już prawie 10 lat jestem po ślubie, więc na co dzień funkcjonuję jako Zając. Książki jednak nadal wydaję pod nazwiskiem Miszczuk, aby nie mieszać w głowach czytelników. 

Wracając do Pani książki „Wilk” o Margo Cook. Skąd wziął się na nią pomysł?  

Ojej, to było 17 lat temu. Muszę sobie przypomnieć.

Tak naprawdę chyba nie pamiętam dokładnie, skąd wziął się na nią pomysł. Na pewno muzyka mnie trochę zainspirowała. Byłam taką rockową dziewczyną. Słuchałam głównie rocka i punka.

Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Po prostu ta historia pewnego dnia pojawia się w mojej głowie. O trochę samotnej dziewczynie, która przeprowadza się do nowego miasta. Ja także w gimnazjum byłam taką samotniczką. Nie miałam dużej ilości przyjaciół i wolałam żyć w swoim świecie książek.

Można więc powiedzieć, że Margo po części byłą taką 15-letnią wersją mnie.

Rozumiem, ale to też bardzo fajnie, bo odnosi się wrażenie, że dużo autorów umieszcza kawałek siebie w książkach, prawda?

Tak, wydaje mi się, że mało który autor naprawdę tego nie robi. Takie pisanie jest o wiele łatwiejsze. Bardzo trudno jest stworzyć postać od zera, by miała ona głębię. Nie była papierowa. Musi mieć jakieś wnętrze, przeszłość, przemyślenia. Warto sobie zadać pytanie, jakie są jej motywacje, dzięki którym można ją zrozumieć. Wydaje mi się, że nie da się całkowicie stworzyć nowej postaci, choćby delikatnie nie wzorując się na nikim.

Myślę, że każdy pisarz trochę kradnie, jeżeli nie od samego siebie, to swoich bliskich, od znajomych, od przypadkowo spotkanych osób na ulicy, bo to naprawdę tak działa.

Mnie potrafi zainspirować ktoś kompletnie obcy, np. osoba w autobusie, której się przyglądam i myślę, że: „o to jest coś fajnego. Tak mógłby zachowywać się mój bohater, mógłby mieć taką manierę mówienia.”

Rozumiem. Jak się Pani czuła, gdy pani książka „Wilk” została wydana? Jakie towarzyszyły Pani emocje.

Dokładnie pamiętam, jak wyglądał ten dzień. Zaczynałam wtedy liceum, byłam na kółku chemicznym po lekcjach i zadzwoniła do mnie mama.

Przypomnijmy, że to było te paręnaście lat temu, kiedy korzystaliśmy z trochę innych telefonów. Nikt wtedy nie pisał wiadomości. Puszczało się sygnały, a jak niechcący włączyło się internet, to już w ogóle wszyscy płakali, bo zżerało strasznie pieniądze z konta.

Mama do mnie zadzwoniła, a ja się bardzo przestraszyłam. Musiała mieć jakiś ważny powód, aby dzwonić do mnie, gdy jestem w szkole. Powód na szczęście straszny nie był. Powiedziała mi, że skontaktowali się z nami z wydawnictwa Muza. Chcieli wydać moją książkę.

Pamiętam, że to była tak późna godzina, że szkoła była prawie pusta. Usiadłam na podłodze na korytarzu. Po prostu nie mogłam wstać, bo tych emocji było tak dużo. Taka wielka radość.

Rozumiem, to w sumie bardzo fajnie. A czy miała Pani jakieś wyobrażenia na temat swojego debiutu? Czy Pani wyobrażenia różniły się jakoś od tej rzeczywistości?

Oczywiście, że tak. Myślę, że każdy wyobraża sobie niesamowitą karierę. Od razu sprzedanie praw filmowych. Wiadomo, to tak nigdy nie wygląda, gdy jest się debiutantem.

Mój debiut przeszedł raczej bez większego echa, jak statystycznie większość debiutów.

Mimo to nie poddawałam się, ponieważ pisanie zawsze sprawiało mi bardzo dużo przyjemności. A debiut był pierwszym znakiem, że warto to kontynuować, więc pisałam dalej.

A skąd pani czerpała inspirację do serii diabelsko-angielskiej?

Pomysł wpadł mi do głowy podczas wakacji z mamą. Było piekielnie gorąco, więc co człowiek może robić na leżaku? Myśli o wszystkim, dosłownie od takiego skarżenia się, że jest piekielnie gorąco i, że mi się nudzi, do tego, jak jest w Piekle: Czy Piekło jest tak ładne? Czy chodziliby tam tacy przystojni faceci, jak tutaj chodzą?

I tak od słowa do słowa powstał  zarys powieści.

Uznałam, że akcja rozpocznie się w urzędzie, gdzie trafia nasza bohaterka. Jestem bardzo zżyta z zasadą Spielberga, że zaczyna się od trzęsienia ziemi, a potem akcji będzie tylko coraz więcej.

Również bardzo lubię tę zasadę, bo ona się sprawdza, jeśli chodzi o książki. 

Z tego powodu „Ja, diablica” rozpoczyna się spokojnie, a potem następuje przysłowiowe „bum”  – Jesteś martwa.

A dlaczego po tylu latach zdecydowała się Pani na kolejny tom serii diabelsko-anielskiej „Ja, ocalona”?

Miałam pomysł na ten tom już od wielu, wielu lat.

Wydawca nie był specjalnie zainteresowany tą historią. Później zainspirowałam słowiańszczyzną i po prostu wsiąkłam całkowicie w mój cykl Kwiat paproci. Dawne obrzędy, zabobony, demonologia, bardzo mnie to zafascynowało. Do dzisiaj nie mogę z tego „wyjść”, ponieważ cały czas odkrywam coś nowego, czym chciałabym się podzielić z czytelnikami.

 

Pomysł na „Ja, ocalona” wrócił do mnie, gdy zaczęła się pandemia.

Jestem bardzo dużą panikarą. Pierwsza myśl, która mi przyszła do głowy, gdy wszystko zamykano i wprowadzano nowe obostrzenia, była taka, że wszyscy umrzemy, a ja nie zdążę napisać tej książki.

Porzuciłam wszystkie inne projekty i usiadłam do „Ja, ocalona”.  Pisanie tej powieści przypominało powrót do dawno niewidzianych przyjaciół. Przez te 10 lat stęskniłam się za nimi, z czego nie do końca zdawałam sobie sprawę.

Pani seria książek „Kwiat paproci” jest Pani chyba najbardziej rozwiniętym światem.
Skąd wziął się pomysł na taką wizję, bo wcześniej już słyszeliśmy trochę przez Pani chce Social-media, że to jest pewna inspiracja właśnie wsią i tymi słowiańskimi mitami. A czy było coś więcej? Jaka była inspiracja do powstania przygód Gosi?

Dziesięć lat temu, gdy po raz pierwszy pojechałam do przyszłych teściów, mój chłopak zabrał mnie na spacer szlakiem Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Pamiętam jak, bardzo zafascynował mnie ten las.

Przepadłam. Ta atmosfera tajemniczości, ta cisza. Nie wiadomo, co zaraz wyskoczy na nas zza krzaków. Moja wyobraźnia pracowała jak szalona. Mój chłopak hamował wszystkie moje zapędy. Tłumaczył, że to pewnie tylko wsiowe burki, które na nas naszczekają, a ja snułam romantyczne wizje. Może to jakiś jelonek albo sarenka, czy jakiś potwór?

Zafascynowałam się tematyką wsi i natury. Doszłam do wniosku, że na rynku nie ma zbyt wielu pozycji o naszej mitologii słowiańskiej.

Materiałów źródłowych także wówczas praktycznie nie było. Korzystałam m.in. z „Mitologii słowiańskiej” pod redakcją profesora Aleksandra Gieysztora od Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego.

Zaczęłam czytać opracowania etnograficzne, m.in. znalazłam książkę, w której opisano stare zaklęcia i metody leczenia stosowane jeszcze w XIX w. na terenie wsi świętokrzyskiej, np. co zrobić, żeby krowa dawała mleko, albo żeby krowa sąsiada go nie dawała.

Rozumiem. A czy pisząc „Szeptuchę”, bo mimo wszystko mitologia słowiańska to jest pewna nisza. Zakładała pani, że historia Gosi zyskała tylu fanów?

Nie i mój ówczesny wydawca także tego nie zakładał. Nakład był niewielki, a promocja zerowa. Czułam, że wcale nie chcą tej książki, ale potem nagle wystrzeliło. Wpasowałam się w modę, która nagle powstała na słowiańszczyznę.

No to bardzo fajnie. W sumie  Pani trafiła z tą książką. A czy pisząc książki, czy była jakaś postać, która sprawiała jakieś szczególne problemy?

W Kwiecie paproci Gosia, czyli główna bohaterka. W ogóle mnie nie słuchała. Podejmowała według mnie momentami całkowicie irracjonalne decyzje. Musiałam napisać „Szeptuchę” i jej kolejne tomy tak, jak ona tego chciała. Zabrzmi to dziwnie, ale czasami postacie same pisarzem kierują.

Z kolei Azazel z serii diabelsko-anielskiej  z założenia miał być postacią, której nie będę lubić. Niespodziewanie nabrał tyle uroku osobistego i czaru, że stał się jednym z moich ulubionych bohaterów.

To bardzo fajnie, bo jakby Azazel przykuwa uwagę.
Pisze Pani w kilku gatunkach literackich. Była kryminał, jest fantastyka, teraz książki dla dzieci. Czy jest jakiś gatunek literacki, w którym pisze się Pani łatwiej od innych?

Najchętniej tworzę powieści będące mieszanką kilku gatunków literackich.

Pamiętam, że stworzenie czysto gatunkowego kryminału (powieść „Pustułka”, napisana przeze mnie siedem lat temu) było drogą przez mękę. Musiałam się pilnować, aby tekst nie był śmieszny, by nie pojawiło się w nim nic paranormalnego. To było bardzo, bardzo trudne Zdecydowanie lepiej się czuję, gdy mogę puścić wodzę fantazji. Kiedy w książce może być wszystko.

Teraz aktualnie już nie używa się takiej nazwy gatunku jak powieść przygodowa. Ja najbardziej lubię myśleć o sobie, że te moje książki to są w zasadzie takie powieści przygodowe z elementami fantastyki.

Rozumiem. A czy ma Pani wrażenie, że książki dla dzieci pisze się trudniej? Mimo wszystko dzieci taki inny odbiorca, bardziej wymagający pod pewnymi względami.

Tak zdecydowanie dużo trudniej. Pomimo że te książki są stosunkowo krótsze, to ja piszę je o wiele dłużej niż książki dla dorosłych. Niedawno skończyłam drugą część Klubu Kwiatu Paproci, czyli serii dla dzieciaków. Ma objętość ok. 1/3 książki  „Gniewa”, a pisałam ją tyle samo czasu. Podczas tworzenia powieści dla dzieci gdzieś z tyłu głowy muszę uważać, żeby nie była „za trudna”, Z drugiej strony  nie mogę traktować takiego małego czytelnika pretensjonalnie. Dzieci rozumieją bardzo dużo rzeczy.

Czy, któraś z wykreowanym przez Panią postaci, już  ze wszystkich Pani  książek jest jakaś szczególnie dla pani bliska ważna? Czy jest jakaś taka postać?

Wiktoria z cyklu diabelsko-anielskiego. Chyba mam do niej największy sentyment, ponieważ niechcący dostała najwięcej moich cech.

Zawsze będzie miała swoje miejsce w moim sercu.

Rozumiem. Pani książka „Druga szansa” doczekała się serialu na Netfliksie „Otwórz oczy”. Czy może nam może Pani zdradzić, jak się Pani czuła, gdy książka doczekała się ekranizacji?

Bardzo, bardzo się cieszyłam. Sprostuję tylko, nie jest to ekranizacja, a adaptacja, więc już na samym początku zostałam ostrzeżona, że będą zmiany.

Scenariusz różni się od książki. Na tym polega adaptacja, że tekst  przekłada się na język filmowy.

Tak naprawdę do końca nie wierzyłam, że serial powstanie. O ekranizacji rozmawialiśmy z reżyserem, Marcinem Kurkiem, wiele, wiele lat. Już się zdążyłam przyzwyczaić do myśli, że pewnie projekt nigdy nie zostanie zrealizowany.

Dlatego tak naprawdę uwierzyłam w to, że powstanie ten serial, kiedy zobaczyłam podpisaną umowę.

Rozumiem, a czy brała jakby Pani udział w przygotowaniach? Miała pani wpływ na to, co się dzieje na planie?

Nie, niestety nie. Umowa z platformą Netflix nie uwzględniała mojej pomocy podczas pisania scenariusza, więc nie miałam w trakcie tworzenia wglądu w postęp prac, ani nawet w zakres zmian wobec materiałów źródłowych. Poza tym serial nagrywano podczas pandemii. Ze względów epidemiologicznych był utrudniony dostęp na plan. Ja dodatkowo miałam wówczas malutkie dziecko, z którym wyprawa na Dolny Śląsk w dobie panującego koronawirusa nie wydawała mi się najmądrzejsza.

Czy doczekamy się jakby kolejnych książek z serii kwiatu paproci? Czy to będą kontynuowane przygody Gosi? Jarogniewy, czy może synka Gosi?

Na pewno nie będzie kontynuowanych przychód Gosi, ponieważ to jest czterotomowa, zamknięta historia. Opisałam w niej cztery pory roku, a także cztery najważniejsze słowiańskie święta. Można w tym miejscu powiedzieć, że: „misja wykonana!”.

Mam natomiast wrażenie, że ciągle nie powiedziałam ostatniego słowa, jeśli chodzi o historię Jarogniewy. Podejrzewam, że wrócę do niej najwcześniej w przyszłym roku.  Na pewno będę kontynuować pisanie serii „Klub Kwiatu Paproci”, ponieważ sprawa mi olbrzymią satysfakcję. Trzeci tom ukaże się najprawdopodobniej wiosną przyszłego roku.

 Rozumiem, a czy obecnie ma Pani jakąś książkę w planach? Czy może już pani nad którąś pracuje?

Jestem w trakcie pisania opowiadania do pewnej antologii. Jedyne co mogę na jej temat zdradzić, to że będzie nawiązywać do mitologii słowiańskiej.  Coraz cieplej myślę o napisaniu kontynuacji „Obsesji” i „Paranoi”. Ale czy się za to zabiorę? Zobaczymy. Właśnie zostałam po raz drugi mamą, więc póki co cieszę się z obecności nowego członka rodziny.

Jest pani z wykształcenia lekarką, za chwilę drugi raz zostanie mamą, oraz wydaje Pani książki. Jak udaje się do Pani wszystko łączyć?

 Nie udaje mi się. Oczywiście staram się to wszystko łączyć, ale fizycznie się nie da. Doba nie jest z gumy.

W związku z tym moja kariera lekarska na jakiś czas zeszła na boczny tor. Głównie ze względu na kolejne urlopy macierzyńskie. Na razie skupiam się na rodzinie, pisaniu i prowadzeniu wydawnictwa.

Rozumiem. Życzę w takim razie powodzenia z łączeniem tego wszystkiego. A skoro już mowa o wydawnictwie, to skąd wziął się pomysł założenia wydawnictwa?

Wpadłyśmy na ten pomysł wspólnie z Agnieszką, moją przyjaciółką i obecnie wspólniczką.

Aga jest redaktorką z kilkudziesięcioletnim doświadczeniem w pracy z tekstami. Pracowała w gazetach i w wielu wydawnictwach. Zna się na produkcji książek od a do z. Obie akurat trafiłyśmy na ten odpowiedni moment w swoich karierach. Chciałyśmy spróbować czegoś nowego.

Stwierdziłyśmy: „wchodzimy w to, co nam zależy”. I tak z końcem stycznia powstało Wydawnictwo Mięta.

Rozumiem, a czy zakładając wydawnictwo, napotykały Panie jakieś trudności, czy były jakieś przeszkody?

Chyba to normalne przy zakładaniu działalności bądź spółki, że napotyka się problemy natury formalnej. Kto by się na przykład spodziewał, że zdobycie samego numeru KRS może być takie skomplikowane?

Aby zdobyć numer KRS należy mieć numer firmowego konta bankowego. Z kolei w większości banków, aby założyć konto, trzeba mieć wpis w KRS.  Nie spodziewałyśmy się, jak wiele jest takich dziwnych, urzędowych rzeczy, które mogą uprzykrzyć życie.

Aktualnie borykamy się niestety z problemami z papierem, co spowalnia nasze dodruki. Przez chwilę nie było na przykład tektury na okładkę. Przez pandemię, czy wojnę na Ukrainie łańcuchy dostaw zostały przerwane.

Rozumiem to. Jakby to jest problem, z którym spotyka się dużo wydawnictw. Słyszałam o braku papieru.

Jest to też przyczyna, z powodu której książki drożeją. Papier trudno zdobyć, łącznie cena druku zdrożała o ok. 300%. Niestety musi się to przełożyć na cenę książki, by wydawcy nie polegli. Na szczęście rynek digitalowy cały czas się rozrasta.

A skąd wzięła się nazwa wydawnictwa” Mięta”?

Tę nazwę wymyślił mój mąż.  Miałyśmy bardzo duży problem z tym, jak nazwać nasze wydawnictwo. Mieliśmy oczywiście mnóstwo pomysłów. Szczerze mówiąc, jeden gorszy od drugiego.

Mój mąż pewnego dnia powiedział: „może być coś od rośliny”., Zaczęłyśmy intensywnie myśleć. Agnieszka ma na nazwisko Bereza, czyli brzoza. Moje nazwisko to Zając. Wymyśliłyśmy: Brzozowy Zając. Idealna nazwa dla zajazdu przy autostradzie, niekoniecznie dla wydawnictwa. Mój mąż tak nas słuchał i słuchał, w końcu powiedział „a może mięta”? Po prostu to było to.

Rozumiem to w sumie bardzo fajna historia. Czasami takie nazwy wpadają niespodziewanie.

Tak. Same w życiu byśmy na to nie wpadły. Potrzebowałyśmy spojrzenia z zewnątrz, które na szczęście skutecznie wyeliminowało „Brzozowego Zająca”.

Rozumiem. Ostatnie pytanie już na koniec, to co by Pani doradziła ludziom, którzy piszą książki?

Przede wszystkim się nie poddawać, mimo tego, iż zadebiutować jest coraz trudniej z każdym kolejnym rokiem. Kiedy w pierwszych dwóch miesiącach działalności byłyśmy nieznaną nikomu oficyną, która nie wydała ani jednej książki, dostałyśmy kilkaset propozycji wydawniczych na maila.

Aktualnie na naszym dysku czeka ponad pół tysiąca książek do przeczytania, z czego dziewięćdziesiąt procent to debiuty. To olbrzymia ilość tekstów, które powoli czytamy.

Już znalazłyśmy perełki, które chcemy wydać w przyszłym roku oraz jeszcze w kolejnym. Także niebawem będziemy musiały zamknąć nabór na najbliższe 2 lata, bo będziemy miały już pełny plan wydawniczy na 2023 i 2024 rok.

A czy tak ze strony wydawcy i osoby, która też recenzuje teksty, ma Pani jakąś radę, żeby się właśnie wybić na tle innych?

Przede wszystkim mail, który piszemy do wydawcy, nie może być suchy: „To jest moja książka. Pozdrawiam imię i nazwisko”. Takich maili dostajemy dziesiątki. Nic z nich nie zapada w pamięć. Przesłany tekst ląduje na końcu kolejki do recenzji. W mailu należy przede wszystkim zachęcić do przeczytania swojej propozycji. Wiadomość powinna zawierać jasno określony gatunek, bądź grupę docelową czytelnika. Mile widziane jest krótkie streszczenie.

Jeśli mail będzie zachęcający, a my poczujemy do danej propozycji wydawniczej przysłowiową miętę, to czasem książka od razu trafia na czytnik mój, Agnieszki lub któregoś z naszych recenzentów wewnętrznych.

Rozumiem a czy jest coś, co dyskwalifikuje  książkę już na samym początku?

Tak, jeżeli książka nie pasuje gatunkowo do naszego wydawnictwa. Wydajemy tylko i wyłącznie literaturę rozrywkową dla dorosłych oraz literaturę dla dzieci.

Zdarzyło nam się już dostać propozycję atlasu roślin i słownika. Takich rzeczy po prostu nie wydajemy.

Na naszej stronie internetowej www.wydawnictwomieta.pl, w zakładce Kontakt znajdują się wszystkie informacje na temat tego, co należy umieścić i załączyć w mailu z propozycją wydawniczą. 

Myślę, że możemy na tym skończyć. Bardzo pani dziękuję za Wywiad.

 Dobrze, także bardzo dziękuję za rozmowę.

Wydawnictwo Mięta

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.