Site Overlay

Zapomniana Wytrwałość – roz. 7

Reszta tygodnia minęła normalnie. Jeśli można tak określić mieszkanie z człowiekiem. Katharina szybko dostosowała się do naszego rytmu, a my również do niej przywykliśmy. Za wiele się nie zmieniło. Dziewczyna sprawiła, że nie odczuwaliśmy za bardzo jej obecności. Nie naprzykrzała się, czy coś. Czasami pomagała nam w przygotowaniach do szkoły. Okazała się niezwykle utalentowana, jeśli chodzi o budzenie Papyrusa. Ta dwójka przez te kilka dni bardzo się zżyła. Nie wiem, jak Katharinie udało się dotrzeć do Papsa, ale od pewnego czasu zaczął określać się mianem “Wspaniałego Papyrusa”. Podejrzewałem, że to ma coś wspólnego z Kath. Tylko nie bardzo miałem odwagę ją o to spytać. Doceniałem jej pomoc, jednak wolałem się mieć na baczności. Mimo to Katharina zachowywała się bardzo normalnie. Nie robiła nic dziwnego czy podejrzanego.

Całe dnie spędzała w salonie albo kuchni. Zwykle pod naszą nieobecność towarzyszyła jej Saera, która również niczego dziwnego nie zauważyła. Podobno często grała z nią w karty albo inne nasze planszówki. Cóż nie powiedziała mi tego wprost. Bardziej to podsłuchałem jak Saera rozmawiała z ojcem. Widocznie potworzyca również miała mieć oko na naszego gościa. Ojciec był bardziej przezorny niż myślałem. Poprosił też nas – mnie i Papsa, abyśmy nie opowiadali Katharinie za dużo o ludziach przed nią, chociaż miałem wrażenie, że wiedziała więcej niż nam mówiła.

Dopiero później przyznała się, że Saera wygadała się o tym co ludzie zrobili potworom. Wytłumaczyło to jej brak pytań w tej sprawie, bo zwykle nas nimi zasypywała. Jak i wyjaśniło, dlaczego tak wytrwale dążyła do poprawienia ze mną relacji.

Spostrzegła, że lubię czytać książki, a w szczególności science-fiction. Próbowała ze mną na ten temat rozmawiać, lecz ja nie znałem jej autorów, a ona nie czytała – jak się okazało – starych wydań. Nie orientowałem się w świeżo wydanych książkach, bo takie po prostu do Podziemia nie wpadały. Najczęściej trafiały do nas lekko zużyte, kilku letnie książki. Mimo to sami mogliśmy pochwalić się znakomitymi pisarzami, których ona nie miała okazji w ogóle poznać

W literaturze nie miała punktu zaczepienia, więc spróbowała czegoś innego. Prawdopodobnie powiedział jej to Paps. Chodzi o moje zamiłowanie do gwiazd. Pewnego dnia przez „przypadek” znalazła u mnie książkę o ciałach niebieskich, a raczej poprosiła mojego brata o przyniesienie akurat tej. Zobaczyłem, jak przegląda ją wieczorem na kanapie, gdy ojciec czytał Papyrusowi bajkę na dobranoc.

Zaskoczyło mnie, że zajęła się lekturą naukową. Muszę przyznać, że na początku miałem ją za osobę… Jak to powiedzieć, żeby to źle nie zabrzmiało… Uważałem Kath za osobę mało rozgarniętą, nad którą mam przewagę intelektualną…

Nigdy nie oceniaj książki po okładce. Nieźle dostałem w skórę jak Katharina pomogła mi w zadaniu domowym. Ciąg arytmetyczny i geometryczny… Wtedy były dla mnie istną magią. Dobra, już przestaje z żartami. Widać nie rozluźniają one sytuacji tak jak przypuszczałem.

Jakąś godzinę męczyłem się z zadaniem. Miałem obliczyć sumę wyrazów w ciągu geometrycznym na podstawie ciągu arytmetycznego, jeśli mają taką samą liczbę wyrazów. Nie ważne co robiłem nie wychodziło mi. Każdy ma swoją granicę cierpliwości, a moja właśnie się skończyła.

Mam już dość – krzyknąłem do siebie.

Katharina spojrzała na mnie zdziwiona, odrywając się od lektury.

– Co ty robisz? – zapytała, odkładając książkę na stolik.

– Coś co cię przerośnie – odparłem. Może trochę za ostro, ale nie cierpiałem jak mi coś nie wychodziło.

– Tak samo jak ciebie? – zapytała z wrednym uśmieszkiem. Jednak po chwili wzięła do ręki laskę, którą załatwił ojciec. On też uznał, że krzesłomobil to dość ryzykowny środek transportu, a w szczególności, jeśli ma się do czynienia z wysokim progiem.

Katharina westchnęła ciężko, podchodząc do stołu. Usiała obok mnie.

– Pokaż to zadanie – powiedziała, wyciągając w moją stronę rękę.

Poddałem się. Z wyższością dałem jej mój notes. Byłem stuprocentowo pewny, że go nie rozwiąże. Katharina wzięła jedną z leżących na stole kartek i ołówek. Zaczęła analizować moje obliczenia. Nie przyglądałem jej się.

– Rozwiązałam – rzekła.

– I co jed… – zaciąłem się w pół zdania, odwracając się w jej stronę. Zdziwiony dalej na nią patrzyłem.

– Użyłeś złego wzoru – powiedziała spokojnie. Położyła obok siebie nasze kartki, zaznaczając u mnie błąd. – Zastosowałeś wzór na sumę szeregu geometrycznego, a nie na ciąg geometryczny. To na tym polegał twój błąd – rzekła, pokazując mi prawidłowy wzór. – Jak masz z tym problem mogę ci to wytłumaczyć –

Szczerze mnie zamurowało. Byłem dla niej wredny, a ona mimo to mi pomogła. Nawet zaoferowała dalszą pomoc.

– Ta… Dzięki – rzekłem, przepisując poprawny wzór. – Z resztą sobie poradzę.

– Nie ma za co – uśmiechnęła się, jednak dalej obok mnie siedziała.

Czułem się trochę niekomfortowo. Może to ze względu wcześniejszej wpadki… Resztę zadania domowego zrobiłem z drobną pomocą Kath. Jak tylko zauważyła, że się przy czymś długo głowię, patrzyła mi przez ramię, a potem czekała. Nie wywyższała się. Nie poganiała. Po prostu czekała, aż to ja powiem, że potrzebuję pomocy. W końcu przełamałem się i poprosiłem o wytłumaczenie reszty zadań.

Nie byłaby dobrym nauczycielem. Miała specyficzny sposób tłumaczenia zadań. W większości zakładała, że wiem o czym ona mówi Twierdziła, że posługuje się najprostszymi zagadnieniami, a ja rozumiałem zaledwie połowę z tego co mówiła. Szybko traciła do mnie cierpliwość jak któryś raz z rzędu robiłem błąd w tym samym zadaniu. Wtedy zaczynaliśmy trochę na siebie krzyczeć. Ja, że ma na mnie nie podnosić głosu, a ona, że mam zastanowić się na tym co piszę. Potem uspokajaliśmy się, a ona tłumaczyła zagadnienie kolejny raz, a ja robiłem zadanie na spokojnie „z głową” jak to określała Kath.

W ciągu kolejnej godziny zrobiliśmy wszystkie zadania. Zaskoczyło mnie, że zajęło nam to tak mało czasu. Obstawiałem, że nie zrobię nawet połowy i resztę odpiszę w szkole. Następnie Katharina usiadła na kanapie. Wróciła do czytania, a ja spakowałem swoje rzeczy do plecaka. Zamierzałem już iść do pokoju, ale jakoś czułem, że dziewczynie przyda się towarzystwo. Pomogła mi, a ja czułem się poniekąd zobowiązany, aby się jakoś odwdzięczyć. Odłożyłem plecak obok schodów, a potem dosiadłem się do Kath.

Tym razem to ona była zaskoczona. Jednak szybko to ukryła pod uśmiechem. Miała naprawdę ładny i przede wszystkim szczery uśmiech.

– I jak tam lektura? – zapytałem, wskazując na książkę.

– Ciekawa. Jak byłam na Powierzchni wszędzie szukałam tej książki, ale nie mogłam jej dostać. Jest tu masa teorii o czarnych dziurach – oznajmiła z błyskiem w oku. – Muszę podziękować twojemu ojcu, że mi ją polecił.

Zdumiałem się na te słowa. Dlaczego ojciec polecił jej tę książkę? Po co to zrobił? Nie zrozumiałem jego działań, jednak szybko zapomniałem o tym drobnym fakcie. Zaczęliśmy rozmawiać o ciałach niebieskich.

Opowiadałem jej o moich ulubionych gwiazdozbiorach. O jesiennym gwiazdozbiorze wilka, który znajduje się obok centaura. Nie wiele jest legend na temat konstelacji wilka, ponieważ Grecy i Rzymianie widzieli w niej tylko bestię towarzyszącą centaurowi. Natomiast inni widzieli zupełnie co innego. Erastostenes mówił, że jest to bukłak z winem trzymanym przez centaura. Kiedyś natrafiłem na dość specyficzny mit. Opowiada on o królu arkadyjskim Likaonie, który postanowił wystawić boga Zeusa na próbę. Podczas uczty śmiertelnik podał bogu ludzkie mięso. Za karę został zmieniony w wilka i umieszczony na nieboskłonie.

Mógłbym tak wymieniać, a wymieniać. Natomiast ja dowiedziałem się od niej o najnowszych odkryciach. O teoriach i ciałach niebieskich, które dopiero co zostały spisane.

Opowiedziała mi o odkryciu Cruithne w 1986. Dość niedawno. Jest to planetoida krążąca wokół Słońca. A ze względów na powiązania grawitacyjne niektórzy naukowcy nazywają ją „drugim księżycem” Ziemii. Lecz to stwierdzenie nie precyzyjne, ponieważ ta planetoida nie obiega naszej planety, tylko porusza się po złożonej orbicie wokółsłonecznej Ziemi.

Nawet nie zauważyliśmy, kiedy zasnęliśmy na kanapie. Obudziliśmy się już następnego dnia, okryci kocem.

Tak zaczęła wyglądać nasza nowa codzienność. Nic niezwykłego się nie działo. Każdego dnia poznawaliśmy się bliżej z Kath.

Ona opowiadała mi o swojej rodzinie, siostrze i życiu jakie wiodła. Tymczasem ja rozwodziłem się na temat Podziemia. Jak wygląda nasz świat. Co tu się dzieje. Mieliśmy swoje wieczory, w których dzieliliśmy się przeróżnymi informacjami.

Wtedy jakoś tego nie zauważyłem, ale Kath powoli zaczęła burzyć mur jaki wokół siebie utworzyłem. Stopniowo odzyskiwałem wiarę w ludzi, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.

Dopiero po pewnym czasie zrozumiałem, że Kath nauczyła mnie CIERPLIWOŚCI.

Tak w skrócie mógłbym opisać resztę tygodnia. Do dnia, kiedy Katharina mogła się swobodnie poruszać.

Tamtego dnia poznała kolejną osobę, której zmieniła życie na zawsze.

Kiedyś słyszałem, że pierwsze wrażenie jest najważniejsze. Według ludzi to przy pierwszym spotkaniu z kimś, oceniamy tą osobę i wiemy, czy chcemy się z nią przyjaźnić, czy nie.

Mówią też, że czasami możemy spotkać kogoś kto całkowicie odmieni nasze życie, gdy tego najmniej się spodziewamy.

Życie wielu z nas uległo zmianie małej albo dużej. Niektórzy dopiero teraz zdają sobie sprawę, ile tak naprawdę wniosła w nasze życie.

26 sierpnia 1994 r.

Wreszcie mogłam wyjść z domu!

Ten dzień był zwariowany i poznałam tyle ciekawych potworów!

Ale zacznę od dzisiejszego ranka.

Wszystko wyglądało jak zawsze, oprócz tego, że pan Gaster był jeszcze w domu. Zwykle jak wstawaliśmy jego już nie było. Zmierzałam w stronę kanapy, aby złożyć pościel jaką się nocą przykrywałam. Chciałam ją schować do szuflady w kanapie, gdy usłyszałam dziwny język dochodzący z góry. Rozpoznałam w nim głos Sansa oraz Gastera. Zaciekawiło mnie to strasznie. Nigdy czegoś takiego wcześniej nie słyszałam.

Po cichu poszłam na piętro. Było to nie małe wyzwanie, ponieważ zdawało mi się, że przy każdym kroku schody strasznie skrzypią.

W końcu udało mi się dojść na szczyt schodów. Przykucnęłam przy barierce, tak aby nikt mnie nie zauważył. O nakrycie ze strony Papyrusa nie musiałam się obawiać. Młody zmywał naczynia w kuchni. Od kiedy nazwałam go Wspaniałym Papyrusem przy każdej pracy było go pełno. Takie nastawienie może mu jedynie wyjść na dobre.

Drzwi do pracowni pana Gastera otworzyły się. Z pomieszczenia wyszedł Sans oraz jego ojciec. Ich głosy brzmiały naprawdę dziwnie. Trudno było mi jakkolwiek opisać ten język. Nie brzmiał jak nic co znałam, chociaż też jakimś wielkim poliglotą nie byłam.

Sans rozmawiał o czym ze swoim ojcem i raczej nie wydawał się entuzjastycznie nastawiony. Zdawało się jakby był niechętny do czegokolwiek co mówił pan Gaster. Naprawdę chciałabym wiedzieć o czym mówią. Może było to związane z naszym wyjściem do miasta?

Niestety więcej nie usłyszałam, bo zaczęli zbliżać się w moją stronę. Najciszej jak umiałam zeszłam na dół i wbiegłam na bosaka do kuchni. Nie chciałam wyjść na wścibską. Chwyciłam jakiś kubek, udając, że robię sobie herbatę.

– Cześć! – powiedziałam niewinnie, gdy weszli do kuchni.

Paps akurat skończył sprzątać po śniadaniu, więc podbiegł do nich. Skakał dookoła nich z uśmiechem, pytając się, kiedy możemy wyjść. Oparłam się o blat, rozmyślając o sytuacji sprzed chwili. Rozmowa Sansa i Gastera wydawała mi się coś nietypowa. Nigdy nie słyszałam, aby mówili w tym języku, chociaż Paps napomknął mi, że w Podziemiu dużo starszych potworów mówi Prastarym Językiem. Może to właśnie był ten język? Tylko, oni nigdy nim nie rozmawiali. Czy chcieli coś ukryć? A może jestem tylko przewrażliwiona? Raczej nie powinno mnie to interesować. W jakimś celu nim mówili, więc może woleli, aby nie wiedziała o czym mówią.

Może powinnam się zastanowić nad nauczeniem się ich języka? W końcu nawet nie wiem, ile czasu tu spędzę.

Kilka minut później byliśmy już ubrani i gotowi do wyjścia. Sans miał swoją ulubioną niebieską bluzę z futerkiem, a Papyrus pomarańczowy kombinezon oraz czerwony szalik. Natomiast ja okryłam się płaszczem koloru gorzkiej czekolady. Dostałam go od Saery jak i wiele innych ubrań. Przynajmniej nie musiałam chodzić codziennie w tych ubraniach, w których spadłam. Chociaż i tak do niczego się nie nadawały. Moja krew nie chciała zejść, więc ubrania wylądowały w koszu.

– To co mi najpierw pokażecie? – zapytałam, odwracając się do chłopaków.

Staliśmy przed ich domem. Nie było żadnej śnieżycy, chociaż trochę mnie to dziwi. Jak pod ziemią może być jakaś pogoda? Może bariera tworzyła jakąś przestrzeń, która na to pozwalała?

Mam kolejne pytanie do zadania panu Gasterowi. Robi się już z tego mały stosik.

Pan Gaster powiedział, że to zależy od położenia danego regionu i jego głębokości. Snowdin leży głębiej niż Ruiny, ale nie aż tak jak Hotland. Śnieżne miasteczko znajduje się na tyle głęboko, że nie dociera do niego ciepło z powierzchni oraz na tyle jej blisko, że nie pobiera ciepła z jądra planety jak Hotland. Tylko to dalej nie tłumaczyło, jak mogą tu panować śnieżyce, czy inne anomalie pogodowe.

Ale powrócę do chłopaków. Obaj spojrzeli po sobie, zastanawiając się co najpierw mi pokazać. Rozmawiali między sobą. Sans był za tym, aby pokazać mi bibliotekę. Według niego było to interesujące miejsce i zapewne chciał mi pokazać kilka potworzych książek. Natomiast Papyrus uważał, że to za nudne. Jemu zależało, abyśmy poszli nad zamarznięte jezioro. Pokrywa lodowa była na tyle gruba, że nie było możliwości, żeby pękła. Podobno było tam wiele potworów ślizgających się na lodzie albo bawiących się w śniegu.

Osobiście byłam bardziej przekonana do pomysłu Sansa. Głównie z tego powodu, że mogło tam być mniej potworów. Nawet stojąc przed domem szkieletów, czułam na sobie wzrok przechodniów. Zdawało mi się, że obserwują każdy mój ruch i doskonale wiedzą kim jestem, mimo, że kaptur zakrywa moją twarz. Miałam wrażenie, że gdyby wzrok mógł zabijać, byłabym martwa tam, gdzie stoję. Było mi trochę przykro z tego powodu. Nic nie zrobiłam, a oni już mnie przekreślili. Niby to było zrozumiałe, że obawiają się ludzi, ale nie można tak generalizować. Nie byłam taka jak poprzedni, którzy tu wpadli i nie chciałam im zrobić krzywdy. Pan Gaster mi pomógł, a ja nie miałam zamiaru mu jakoś zaszkodzić. Nie chciałam też, aby miał przeze mnie kłopoty, dlatego też wolałam mniej zatłoczone miejsce. Pan Gaster doradził mi, abym nie przejmowała się ich oschłym stosunkiem. Próbowałam się do tego zastosować. Nie chciałam zniszczyć tego dnia, w końcu bracia na niego czekali. Nawet Sans, chociaż się do tego nie przyznawał. Wydawali się też szczęśliwi, tym, że mogą mi pokazać okolicę.

Uśmiechnęłam się w stronę dwójki szkieletów, których dyskusja przeradzała się w kłótnię.

– A może pójdziemy w oba miejsca? – zaproponowałam. Chłopcy zamilkli i spojrzeli na mnie. – Może najpierw pójdziemy na lodowisko, a jak zrobi nam się za zimno wybierzemy się do biblioteki, żeby się ogrzać? -Jakoś nie miałam innego pomysłu, aby przestali się kłócić.

– Mnie pasuje – powiedział Sans, po chwili namysłu.

Papyrus chwycił nas za ręce, ciągnąc w stronę jeziora. Mimo, że jest dzieckiem to ma siłę! Prawie nie mogłam za nim nadążyć. Zwolnił dopiero jak starszy szkielet zwrócił mu uwagę. Spokojnym krokiem udaliśmy się odśnieżoną ścieżką po za miasteczko. Z nami spacerowało jeszcze kilka potworów. Nie przyglądałam im się, wolałam unikać ich podejrzliwego wzroku. Natomiast oglądałam las wokoło. To dla mnie prawdziwa zagadka jak mogły tam urosnąć drzewa! Nie było tu słońca, więc nie mogła dokonywać się fotosynteza. Na suficie były jakieś punkty świetlne. Może to zasługa jakieś potworzej magii?

– Sans, skąd bierze się tutaj światło? – zapytałam, patrząc na kamienny sufit. Szkielet zerknął w górę, a potem na mnie.

– Kryształy świetlne – wzruszył ramionami. – Tego nawet magia nie zasila. One po prostu świecą i przygasają. Taki cykl dnia i nocy A co spodziewałaś się jakieś prastarej magii? – zapytał Sans z wielkim ironicznym uśmiechem. Mina mi zrzedła. Jednak szybko się uśmiechnęłam.

– Nie, no coś ty – rzekłam prędko, odwracając od niego wzrok. Trochę było mi łyso, że nie pomyślałam o czymś tak prostym. – Wiedziałam, tylko…

– Sprawdzałaś, czy ja wiem, czego używamy jako zamiennika światła słonecznego? – zapytał ironicznie. Rozgryzł mnie.

Nie musiałam na niego patrzeć, aby wiedzieć, że naśmiewa się ze mnie. Przecież nie muszą do wszystkiego używać magii, no i po co im byłby wtedy Rdzeń? Westchnęłam ciężko, a szkielet podśmiechiwał się ze mnie. Paps w ogóle nie zwrócił uwagi na nasza wymianę zdań. Był tak podekscytowany wyprawą na lodowisko, że nie interesowało go nic innego. Z daleka widać było już lodowisko. Nie różniło się niczym innym od tych, które widziałam na Powierzchni. Duże jezioro otoczone kilkoma ławkami oraz nieduży drewniany budynek, gdzie można wypożyczyć łyżwy. Właśnie tam zmierzaliśmy. Tylko natrafiliśmy na pewną przeszkodę, a raczej ja miałam niezapowiedziane spotkanie z ziemią. W jednej chwili spokojnie szłam przed siebie, a w drugiej coś przeleciało między moimi nogami, przewracając mnie.

– Wracaj tutaj! – Niestety nie mogłam zobaczyć kto krzyczy, ponieważ pojawiła się przede mną wielka, biała włochata kulka. Od razu zaczęła mnie lizać po twarzy. Zorientowałam się, że jest to jakiś duży pies.

– Annoying Dog! Wracaj!

Dziwne imię ma ten pies. Słyszałam jeszcze Papsa i Sansa, ale zbytnio ich nie rozumiałam. Musiałam zająć się psem, który nie chciał ze mnie zejść. Annoying Dog zaczął nacierać na mnie łapami, a ja próbowałam go jakoś ściągnąć. Gdy ja mocowałam się z psem, nagle wszystkie głosy umilkły. A pies zainteresował się czymś innym. Westchnęłam z ulgą, jednak wszyscy byli cicho. Spojrzałam pytającym wzrokiem na Sansa.

– Patrz, Catty! To człowiek! – usłyszałam za sobą dziewczęcy głosik.

Pewnie jest niebezpieczna, Bratty! – powiedziała kolejna dziewczynka.

Niestety przez szamotaninie z psem spadł mi kaptur. Pan Gaster powiedział, że bezpieczniej będzie dla mnie, jeśli będę go nosić. Większość potworów jest świadoma mojej obecności, ale to nie znaczy, że mam się z nimi konfrontować. Gaster uznał, że niektóre potwory zignorowałyby to, że jestem tutaj za zgodą króla i nikt nie może mi nic zrobić. Teoretycznie. Lepiej nie kusić losu. Ostatnio dopisuje mi pech, więc długo nie byłam incognito. Kilka potworów zatrzymało się, przypatrując zaistniałej sytuacji. Szybko założyłam kaptur, wstając.

– Możecie wreszcie być cicho! – usłyszałam kolejny krzyk, który był tak niespodziewany, że aż podskoczyłam. Odwróciłam się w stronę przybyłych. Podeszła do nas żółta jaszczurzyca. Srogim wzrokiem spojrzała na dwie dziewczynki, krokodylicę i kocicę. Obydwie natychmiast spuściły głowy. – Nie potraficie choć raz być grzeczne?

– Ale to człowiek, Al. – powiedziała z wyrzutem kocica.

– Oni są niebezpieczni – dodała krokodylica.

Wtedy żółta jaszczurka, którą nazwały Al, zerknęła na mnie zdziwiona. Zdaję się, że dopiero wtedy mnie zauważyła. To nie było za miłe. W takich momentach można pożałować, że jest się człowiekiem. Miałam ochotę zapaść się pod ziemię.

Sytuację uratował mój szkieleci przyjaciel. Sans podszedł do jaszczurzycy, odciągając na bok. Chyba się znali, bo swobodnie rozmawiali ze sobą. Od czasu do czasu zerkali na mnie. W tym samy czasie Paps wykłócał się z Bratty i Catty o to czy jestem niebezpieczna.

Ta sytuacja jakoś mnie speszyła. Odebrała mi wszelkie chęci zwiedzania Snowdin. Tylko ten pies ocierał się o moje nogi, domagając się pieszczot. Uklękłam przy nim. Pies był cały biały z długa sierścią. Zaczęłam go głaskać za uszami tak samo jak lubiła Luna.

Ciekawa jak się teraz ma moja psina. Luna jest młodym psem, jednak zdążyła się do mnie przywiązać. Często wychodziłam z nią na długie spacery do parku. Lubiła je. Tak samo jak drapanie za uszami.

– My też idziemy na lodowisko, Może się przyłączycie? – z zamyślenia wyrwał mnie głos żółtej jaszczurzycy. Wstałam z ziemi przyglądając się reszcie.

– Mnie tam pasuje – odrzekł Sans. – Im nas więcej tym zabawniej. Prawda, brachu? – Sans zerknął na Papsa, który zaczął wesoło przytakiwać. – A ty, Kath?

Wszyscy spojrzeli na mnie. Byłam trochę speszona. Nie bardzo lubiłam być w centrum uwagi.

– Skoro idziemy w jedną stronę, to czemu nie? – odpowiedziałam, wzruszając ramionami. Czy mogło być gorzej?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.