Site Overlay

Kochankowie bezksiężycowych nocy

Księżyc. Każdy z nas patrzy na niego prawie każdej nocy. Piękno i moc, jakie w sobie skrywa, zrozumieć mogą tylko nieliczni, a jeszcze mniej osób może zobaczyć jego samotność. Tylko wybrani mogli pojąć jego osamotnienie.  

Zaledwie jedna osoba zdołała ukoić samotność boga księżyca Chorsa. Kobieta, którą ujrzał pewnej nocy i pokochał całym sercem. Zrozumiała jego, ale zapłaciła za to wielką cenę.  

Chors — bóg, który od początku skazywany na samotność, pewnego dnia postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Odczuwana w sercu pustka stała się zbyt przytłaczająca, aby ją dłużej ignorować. Wszystko pogarszał widok zakochanych ludzi jak i bogów. Księżycowy bóstwo poszukiwało kogoś, kogo mogło nazwać kochankiem. Dzielić się z nią uczuciami i emocjami. Wspólnie się smucić, radować.  

Chciał tego doświadczyć. Poczuć to wszystko, a nie tylko obserwować.  

Raptem jedna rzecz stała na przeszkodzie, a mianowicie boskie obowiązki. Czy bóg księżyca może zejść na Ziemię tylko dla własnej zachcianki?  

Cóż trzeba tylko wybrać odpowiedni czas. Gorszą przeszkodę stanowił Perun. Chors mógł jedynie powiedzieć, że ma w miarę dobre relacje ze starszym bratem. Przynajmniej każde ich spotkanie nie kończyło się kłótnią. Ale czy brat będzie umieć zrozumieć jego pustkę, skoro ten już znalazł swoją miłość? Mokosz była spełnieniem marzeń jego brata. Całym jego światem. 

Wziął głęboki wdech. Pozwolił, aby natrętne myśli skupiły się w jednym miejscu, a następnie razem z wydechem pozbył się ich. Czysty umysł pozwolił mu znaleźć w sobie odwagę, aby zapukać w drzwi kuźni brata.  

Zapukał mosiężną kołatką. Nie musiał długo czekać na otwarcie drzwi. 

– Mój mały braciszek przyszedł mnie odwiedzić! – skomentował radośnie Perun, łapiąc brata w iście niedźwiedzim uścisku. – Ileż to już czasu minęło od naszego ostatniego spotkania? – dodał Perun, stawiając Chorsa na ziemię.  

– Widzieliśmy się trzy dni temu — rzekł Pan Księżyca bez nawet najmniejszej emocji w głosie.  

– Przecież to strasznie dużo czasu — powiedział z uśmieszkiem Perun, mierzwiąc bratu włosy.  

Chors poprawił swoje srebrne włosy. Długie loki, które zwykle spinał w koński ogon, znalazły się w nieładzie. Perun uśmiechnął się z zachowania brata, robiąc mu miejsce w drzwiach.  

Chors od razu skierował się do stołu w rogu kuźni Peruna. Jedyne miejsce, które nie było zawalone jakimiś papierzyskami. To nowymi projektami zwierząt, rysunków nowych kwiatów oraz innych rzeczy, jakie go fascynowały. Mimo że większość pomysłów nigdy nie zostanie zrealizowana, to projektowanie sprawiało Perunowi wielką przyjemność. Młody mężczyzna podszedł do stołu, a następnie przetarł krzesło z trocin. Zaraz obok niego na drugim krześle usadowił się Perun. Wielki mężczyzna oparł się, rozluźniając mięśnie barków. 

– To, w jakim celu mnie odwiedziłeś? – powiedział prosto z mostu Perun. Chors lekko się zarumienił, opuszczając głowę. Tak łatwo można było go rozgryźć? – Oj, braciszku! – zaśmiał się, patrząc na brata pobłażliwie. – Przecież nie znam cię od dziś. Zawsze trzeba było cię wyciągać na rodzinne spotkania! – zaśmiał się ponownie.  

– Skoro to takie oczywiste to chyba przejdę do sedna — powiedział Chors.  

Musiał zebrać w sobie odwagę, bo przyjść tutaj to jedno, a powiedzieć to, co chciał zrobić to drugie. Perun go nie pośpieszał. Wiedział, że jego młodszy braciszek miał sporo za uszami, ale starał się odpokutować. Chyba od setek lat od kiedy jego brat dopuścił się uprowadzenia własnej siostry z zazdrości o uwagę ojca, nigdy o nic nie prosił. Trzymał się z daleka od wszystkich.  

– To dla mnie bardzo ważne — dodał po dłużej chwili milczenia.  

Perun wyprostował się na krześle, bacznie przyglądając się bratu. Chciał mu pokazać, że traktuje go poważnie. Widział, jak zamyka oczy, bierze głęboki wdech, próbując dodać sobie śmiałości. Otworzył oczy, a Perun zobaczył w nich to, czego dawno w nich nie widział.  

– Chciałabym zejść na Ziemię — powiedział z pełną powagą. Czuł, że musi mówić dalej. Wątpił, aby jego brat ot, tak mu pomógł. – Wszystko przemyślałem — kontynuował Chors. – Mogę zejść na Ziemię w trakcie zaćmienia księżyca. Nie mogę pełnić wtedy swojej funkcji strażnika, więc nikomu by to nie zaszkodziło — mówił dalej, a z każdym słowem pochłaniały go emocje. Lęk, że brat mu odmówi. Determinacja, że i tak to zrobi nawet jeśli nie otrzyma aprobaty. Nadzieja, że może jednak wszystko będzie dobrze. Czy kiedykolwiek czuł tak wiele? A starczyły tylko słowa, które sprawiały, że ten pomysł stawał się realny. – Chcę tylko… 

– Dość już słyszałem — uciszył brata gestem dłoni Perun. Nie musiał już słuchać reszty.  To, co powiedział, już mu wystarczyło. – Nie dostaniesz pozwolenia.  

Taksował go z zaciętą miną, wzmagającą powagę jego słów. Widział, jak jego brat znieruchomiał, a jego oczy były pełne sprzecznych emocji. Chors lekko przygryzł dolną wargę.  Spodziewał się tego, więc dlaczego czuje takie rozczarowanie?  Spojrzał na swoje splecione dłonie. Nawet nie zwrócił uwagi, kiedy zaczął masować wierzch swojej dłoni. Jakoś go to po prostu uspokajało. Ta cisza, która była między braćmi zaczęła go przytłaczać. Zerknął na Peruna. Czy jest jeszcze jakiś argument, jakiego mógłby użyć? Przyglądając się twarzy brata, dostrzegł małe iskierki w jego oczach, a kącik jego ust zaczął delikatnie drgać. 

– Jesteś okropny — powiedział Chors. Oparł się na krześle, pozwalając rozluźnić się spiętym mięśniom, a jego brat głośno się roześmiał.  Widział jak kilka łez, spłynęło mu po policzku ze śmiechu. Perun przetarł je wierzchem dłoni, biorąc głębokie wdechy. – Jak możesz sobie w takiej chwili ze mnie żartować? – spytał. Miał ochotę wyjść. Nie chciał być pośmiewiskiem. – Przyszedłem tutaj po pomoc, a ty sobie ze mnie bezczelnie kpisz — uniósł się, wstając gwałtownie z krzesła. 

– Chorsie, nie złość się — powiedział łagodnie Perun jeszcze czerwony na twarzy. – Pytasz mnie o bardzo błahą rzecz. – Widział jak ramiona jego brata ponownie zesztywniały. – Daj mi skończyć, zanim uciekniesz. – Tym razem Perun powiedział to bez cienia śmiechu czy rozbawienia. Chors spojrzał uważnie na brata, czekając na jego kolejne słowa. – Usiądź, proszę — Pan Księżyca niechętnie wysłuchał tej prośby. – W jednym byłem poważny. Nie dostaniesz pozwolenia, bo go nie potrzebujesz — oznajmił spokojnie Perun, patrząc w oczy brata. Widział jak początkowa złość i uraza ustępują czemuś na kształt zwątpienia. – Rodzina dawno już ci wybaczyła tę całą akcję z Jutrzenką — Chors próbował się wtrącić. – Cisza. Powiedziałeś, co chciałeś, teraz moja kolej — uciął krótko Perun, wiedząc, że czasami z jego młodszym bratem trzeba postępować jak z dzieckiem. – Nawet Jutrzenka ci już wybaczyła, chociaż gniewała się długo. Rodzina uważa, że trzeba ci dać czas, abyś sam wyszedł z inicjatywą — mówił, opierając się o krzesło. Miał już trochę dość zachowania swojej rodziny, a on był prostym bogiem. Lepiej powiedzieć, co się ma na myśli niż robić podchody. – Ale ja uważam, że przyda ci się kubeł zimnej wody — Widział, jak Chors ponownie się spiął. – Sam sobie nie wybaczyłeś. Kajasz się już ileś setek lat, odcinając się od rodziny. Nawet nie mów, że tak nie jest — pogroził palcem Perun, widząc jak Chors, próbował temu zaprzeczyć. –  Tęsknimy za tobą, a Jutrzenka w szczególności — rozłożył ręce Perun. – Dlatego nie potrzebujesz mojego pozwolenia, bo nikt nie będzie miał nic przeciwko. Wręcz przeciwnie. Nie zdziwiłoby mnie to, gdyby rodzina nie chciała świętować tego, że przestałeś się kajać. 

Chors nie potrafił sprecyzować, jak konkretnie się czuje. Po części ulgę chyba nawet większą niż się spodziewał. Nie tylko związane z samym pomysłem zejścia na Ziemię, ale też to, które tłumił w sobie od dawna. Naprawdę rodzina mu przebaczyła? Myślał, że to skaza, która będzie z nim do końca samego czasu. Rodzina mu przebaczyła. Lekko się uśmiechnął na tę myśl. Nigdy nie pomyślał, że zasłużył na łaskę. Chyba pierwszy raz miło było się mylić.  

Perun dostrzegł delikatny, nieśmiały uśmiech na twarzy brata. Szczerość zawsze się opłacała, jeśli chodziło o relacje rodzinne niż jakieś gierki. 

– Dobra, młody — powiedział żwawo Perun, na nowo przykuwając uwagę brata. – Pogadaliśmy, parę kwestii wyjaśniliśmy to pora wracać do roboty — dodał bóg piorunów, rozglądając się za swoim młotem. – A ciebie chyba czeka mała wycieczka. 

Chors skinął delikatnie głową, a następnie ruszył na „małą wycieczkę”, jak to określił brat, biorąc sobie dzisiejsze słowa głęboko do serca.  

 

Ostatnie dni zleciały Panu Księżyca w mgnieniu oka. Dawno nie czuł się tak podekscytowany. Minione setki lat wyglądały dla niego bardzo podobnie. Zejście na Ziemię stanowiło dla niego przygodę, powiew świeżości. 

Swoją wyprawę postanowił zacząć na niewielkiej polanie w północnych lasach.  

Rozejrzał się wokoło, przyglądając się drzewom otulonych ciemnością. Usłyszał szelest liści. Odwrócił się w tamtą stronę i ujrzał małego liska. Uśmiechnął się lekko do zwierzęcia, a lisek niepewnie podszedł do boga. Chors chciał go pogłaskać, ale malec uciekły. Księżyc zaśmiał się cicho, spoglądając za znikającym zwierzęciem. Dawno nie widział żadnego z bliska. Zapomniał, jak potrafią być płochliwe przy obcych. Chors przechadzał się po lesie zaintrygowany jego tajemniczością oraz pięknem. Rozłożyste korony drzew. Szelest liści. Pohukiwanie sów. Trzask małych gałązek. To była pieść nocy. Dzisiaj zdawała mu się piękniejsza niż zwykle. Bliższa, gdy mógł tak obcować z przyrodą. Dotknąć liści, przejechać palcami po chropowatej korze. Dziwił się sam sobie, że nie wpadł wcześniej na taki pomysł. 

Z góry mógł widzieć cały świat, jednak rzadko miewał okazje przyjrzeć się mu. Jego uwagę przykuł delikatny szum wody. Postanowił skierować się w jego stronę z nadzieją zobaczenia kolejnych zwierząt. Spokojnie przemierzał las, starając się nie nadepnąć na żadną gałąź, aby nie spłoszyć zwierząt.  Zwierzęta zdawały się bardziej ośmielać przy bogu, który nie okazał się dla nich tak wielkim zagrożeniem. Parę z nich obserwowało go z bezpiecznej odległości. Jakieś małe koźlątko wyglądało za krzaków, przyglądając się bogu. Uśmiechnął się lekko, spoglądając na młode sarny. Patrzyły na niego z nieukrywaną ciekawością, lecz nie tak wielką, aby podejść.  

Rzeka znajdowała się za granicą lasu. Chors stanął między drzewami, przyglądając się roztaczającemu się przed nim widokowi. Jaśniejsze niż zwykle gwiazdy odbijały się w tafli wody. W powietrzu unosił się zapach wilgoci. Jedyne co nie pasowało księżycowemu bogu w tym obrazie to niewielka postać siedząca nad brzegiem rzeki. Ludzie nie zapuszczali się w okolice lasu po zmroku w obawie przed biesami. Większość potworów była dziećmi mroku. Człowiek samotnie wędrujący nocą raczej albo nie grzeszył rozumem, albo próbował wykazać odwagą. Dla boga oznaczało to zawsze jedno i to samo — głupota, chociaż była jeszcze jedna rzecz, która mogła to wyjaśnić.  

Zapowiadało się ciekawiej niż myślał. Chyba nie skończy się tylko na podziwianiu widoków. Niewiasta znad rzeki zaintrygowała go. Spokój, jaki od niej emanował, wręcz go oczarował.  Postanowił przyjrzeć się jej bliżej. Włosy koloru kłosów zbóż opadały jej na ramiona. Odziana w ciemną luźną suknię. Podchodził do niej powoli, jakby była nocną marą, która miała się za chwilę rozwiać. Niestety zapatrzony w tajemniczą kobietę nadepnął na gałązkę. Kobieta odwróciła się napięcie. Chors chciał powiedzieć, żeby się nie bała. Pokazać, że nie ma złych zamiarów. Kobieta boso pobiegła w dół rzeki, nie oglądając się za siebie.  

Księżycowy bóg westchnął z żalem. Noc powoli dobiegała końca, więc musiał już wracać. Jego ciało zdawało się coraz bardziej przezroczyste, im bardziej jasno się robiło. Gdy słońce w pełni wzeszło, jego postać rozmyła się całkowicie, tracąc fizyczną formę. Jego emanacja wróciła do Wyraju.  

Tak zakończyła się jego pierwsza noc. Księżycowy bóg odchodząc, postanowił odnaleźć tajemniczą niewiastę. Sam jeszcze tego nie pojął, ale w jego sercu zaczęło rozkwitać uczucie, którego nigdy wcześniej nie znał.  

Pojawiając się w Wyraju, już odliczał godziny do zachodu słońca. Spędził je na rozmowach z Perunem, który nie omieszkał spytać młodszego braciszka o najdrobniejsze szczegóły. To, że Chors postanowił bardziej otworzyć się przed bratem, nie znaczy, że od razu będzie mówił mu wszystko. Niektóre rzeczy trudno powiedzieć, jeśli nie jest się do tego przyzwyczajonym. Gdy słońce chyliło się ku horyzontowi, jego sylwetka zaczęła pojawiać się obok rzeki. Im ciemniej się robiło, tym bardziej materialna stawała się jego postać.  

Księżycowy bóg zjawił się w miejscu, gdzie widział damę, która przez jedną noc zdążyła rozgrzać jego serce. Usiadł nad brzegiem. Wsłuchiwał się w nocną pieśń z nadzieją, że tajemnicza kobieta pojawi się ponownie. Chciał wyłapać jakiś dźwięk, który świadczyłby o obecności wczorajszej niewiasty. Niestety nie pojawiała się, ale bóg nie poddawał się. Siedział i czekał, a zwierzęta z lasu zaczęły baczniej przyglądać się księżycowemu bogowi. Część z nich nie czuła już wobec niego strachu, wręcz przeciwnie. Zaufały mu. Wczorajsze koźlątko miało w sobie najwięcej odwagi, a może naiwności, podeszło do boga. Obok niego szła dumnie sarna, bacznie obserwując poczynania swojego dziecka. Chors nie chciał straszyć malca, więc starał się nie ruszać. Gdy zwierzę poczuło się swobodnie, otarło się o jego nogę. Księżycowy bóg ostrożnie położył dłoń na głowie zwierzęta. Domagało się pieszczot. Koźlątko oparło głowę na jego nogach, kompletnie się odprężając.  

W międzyczasie na skraju lasu, poza zasięgiem wzroku księżycowego boga, złotowłosa kobieta bacznie mu się przyglądała. Wczoraj uciekła wystraszona, bo myślała, że to ktoś z jej rodziny ją znalazł. Bardzo się pomyliła, ale nie zmieniało to faktu, że ten człowiek był jej obcy. Nie wiedziała, co mógłby jej zrobić. Obroniłaby się, lecz przezorny zawsze zabezpieczony.  

Nie spodziewała się, że znowu go spotka. Widocznie kolejny raz się pomyliła i jak widać nie ostatni. Zwierzęta lgnęły do tego człowieka, więc nie mógł być zły. One to od razu wyczuwały. 

Zaciekawił ją. Ta dziwna jasna skóra, nie była chorobliwie biała, ale jasna jakby bił od niej delikatny blask. Włosy miał jeszcze bardziej niespotykanego koloru. Mieniły się jak żywe srebro, a błękitne oczy zdawał się błyszczeć. Jedyne słowo, jakie przychodziło jej na myśl to gwiazda. Nim spostrzegła, zatonęła w jego urodzie.  

Czuła się, jakby coś kazało jej do niego podejść. Wzięła głęboki wdech i wiedziona jak po sznurki zbliżyła się do mężczyzny. Koźlątko podniosło głowę, gdy kobieta zbliżyła się na krok od Chorsa.  

Mężczyzna odwrócił się za siebie. 

– Witaj — powiedziała nieśmiało kobieta, zakładając włosy za uchu. Bóg jeszcze nie wiedział, ale gdy ta kobieta sobie coś postanowiła, za wszelką cenę chciała to osiągnąć. W tej chwili postanowiła, że chce bliżej poznać nieznajomego. – Chciałam przeprosić za wczoraj. Zaskoczyłeś mnie. Myślałam, że to ktoś inny. 

– Wybacz — rzekł Chors, wstając z ziemi, ku niezadowoleniu koźlątka. – Nie chciałem cię przestraszyć — pochylił się lekko, ujmując niepewnie dłoń kobiety. – Chciałbym przeprosić za moje zachowanie — dodał, muskając ustami wierzch dłoni blondwłosej. 

Zaskoczona i zarumieniona nie odrywała wzroku od mężczyzny, urzeczona jego pięknem jak i nienagannym zachowaniem. Dawno się z czymś takim nie spotkała, a tym bardziej w stosunku do siebie. Zwykle traktowano ją bardziej przedmiotowo. Mimo że takie zachowanie ją speszyło, to czuła się nim zafascynowana.  

– Jestem Milana — powiedziała, gdy część rumieńców zeszła z jej policzków. Była wdzięczna, że dzisiejszej nocy księżyc zjadły wilki i nie wrócił jeszcze na nocne niebo.  

– Piękne imię — odrzekł mimowolnie księżycowy bóg. – Mnie zwą Chors. 

– Mnie również miło 

Resztę bezksiężycowej nocy spędzili, siedząc na trawie w pobliżu rzeki. Otaczały ich ciekawskie zwierzęta, a tych dwoje pogrążonych było w rozmowie. Z początku niepewnie do siebie podchodzili. Gdy Chors spojrzał w oczy Milanie, ta zarumieniona spuściła głowę. Kiedy ona musnęła jego rękę, cofnął się niepewny, czy może ją chwycić. Obydwoje ostrożnie badali swoje reakcje. To na ile druga osoba pozwoli. Żadne z nich nie chciało też za wiele na początku ujawniać. Milana podskórnie czuła, że za spokojnym wyrazem twarzy mężczyzny kryje się coś więcej. Księżycowy bóg dowiedział się, że Milana kocha naturę oraz wszystko, co z nią związane. Określała to mianem więzi, niesamowitej bliskości, którą dotąd czuła tylko z naturą. Tylko tego ostatniego mu nie powiedziała. 

Chors wyjawił jej, że przy niej czuł się wolny. Wyznał jej, że była pierwszą osobą, przy której nie czuł się oceniany. Milana poczuła przyjemne ciepło w sercu, ciesząc się obdarzonym zaufaniem. Dotknęła ręki mężczyzny, chcąc okazać mu swoje wsparcie. Oboje wiedzieli, że wytworzyła się między nimi nić porozumienia. Początkowa niepewność jakoś została przełamana. Pewne przeczucie, które ciągnęło ich do siebie, zyskało na sile. Nieświadomie zbliżyli się do siebie, stykając się ramionami. Milana oparła się o niego. Dzieliło ich kilka centymetrów.  

Może gdyby to nie była Milana, tylko inna kobieta, nigdy by nie zdobył się na coś takiego. Pozwolił, aby pierwszy raz od dawna to uczucia wzięły górę. Tak długo się tego bał, ale czy miał wiele do stracenia?  

Ich pierwszy pocałunek był pełen niepewności. Przez krótką chwilę oboje obawiali się, co pomyśli to drugie. Czy to nie za szybko? Pozwolili porwać się swoim uczuciom. Nie oznacza to, że zaczęli działać śmielej. Chors był wobec niej delikatny, tak samo ona wobec niego. Ich pierwszy pocałunek był pełen niewinności oraz rozkwitającego uczucia.  

Pocałunek był krótki, ale dla nich zdawał się trwać dłużej. Nawet nie zwrócili uwagi, że zamknęli oczy. Jakby bali się, że to sen. Otworzyli je prawie w tym samym momencie. W jej brzuchu kłębiły się motyle, a na twarz wchodziła czerwień. Chors nie wiedział, co ma czuć. Nigdy wcześniej z nikim się nie całował. Nie przypuszczał, że przy pocałunku przejdzie go przyjemny dreszcz. Dotknął dłonią policzka Milany, muskając go kciukiem. Kobieta zamknęła oczy, pozwalając mężczyźnie na tę drobną pieszczotę.  

Chciałby, aby ta chwila trwała dłużej.  Lecz kolejna noc dobiegała swojego kresu. Chors spostrzegł, że niebo na horyzoncie zaczęło przybierać odcienie czerwieni.  

– Na mnie już pora — powiedział, a w jego głosie rozbrzmiał smutek.   

– Zobaczymy się jeszcze? – zapytała Milana, biorąc dłoń Chorsa w swoją. Spletli razem palce. 

– Jutro, gdy tylko zajdzie słońce. 

Drugiej nocy Chors i Milana poczuli, jakby spotkali swoje bratnie dusze. Żadne z nich nigdy nie czuło czegoś tak pięknego i wyjątkowego jak tej nocy. Oboje mieli wrażenie, jakby znali się od dawna, a była to dopiero ich druga noc. Niepewność, jaka towarzyszyła im na początku, gdzieś się rozmyła. 

Chors zastanawiał się, czy jego bratnią duszą może być człowiek. Nigdy nie słyszał o czymś podobnym, chociaż bardzo mało rozmawiał z innymi bogami. Nie wiedział, czy związki między bogami i ludźmi są zakazane, bo żadnego wcześniej nie było. Zadaniem bogów było dbać o dary Świętowita-ojca bogów, stworzyciela wszystkiego. Czy wolno im było wiązać się z ludźmi?  

Dzisiejszy dzień spędził, tułając się po ogrodzie Mokosz. Gęste, urodziwe drzewa dały mu ostoje spokoju, gdzie mógł rozmyślać, kryjąc się przed wzrokiem starszego brata. Nie miał głowy do zwierzania się. Słońce chyliło się ku zachodowi. W bramie Wyraju zawitała Jutrzenka w towarzystwie Świętowita. Ich przybycie zwiastowało nadejście nocy.  

Nie chciał tracić czasu, czy zamartwiać się. Wolał poświęcić ten czas przebywając z Milaną. Tej nocy Milana pokazał Chorsowi miejsca, które bardzo ceniła. Pokazała mu piękno lasu, z którego nie zdawał sobie sprawy. Wszystko zdawało się mieć w sobie więcej uroku, a może to tylko obecność blondwłosej czyniła świat urokliwszym? 

Księżycowy bóg, który co noc odbywał swoją wędrówkę, nie widział nic równie pięknego jak wodospad. Wokół niego rosły Wiktorie Królewskie. Kwiaty, które kwitną tylko na dwie noce. Para usiadła razem na miękkiej trawie, przyglądając się błyszczącej tafli wody. Delikatne światło gwiazd odbijało się w jego tafli. Siedzieli wtuleni w siebie, przyglądając się kwiatom. Żadne z nich nie spodziewało się, że zakwitną. Biel płatków ustępowała miejsca różu. 

Chors zwrócił się w stronę Milany, poprawiając jej włosy. Wpatrywał się w jej oczy, czując jak z każdą chwilą, zyskuje więcej pewności co do swoich uczuć. Tym razem pocałował ją śmielej. Gdy skończył, nie odsunął się, tylko szepnął jej do ucha szeptem dwa słowa.   

Kobieta uśmiechnęła się, słysząc je. Wtuliła się w ramię mężczyzny. Kolejny raz się przez niego zarumieniła. Nigdy nie myślała, że ktoś szczerze ją pokocha.  

– Też cię kocham — szepnęła, pozwalając Chorsowi się objąć. 

Obydwoje czuli, że jest to właściwe miejsce i czas na te słowa. Każdego z nich rozpierała wielka radość. Chors chwycił jej podbródek, a potem złożył na jej ustach kolejny pocałunek. 

Ich szczęście mogłoby trwać wiecznie, gdyby nie pewna zazdrosna osoba ukryta w gąszczu. Nie w smak był mu romans Milany. Była jego własnością i musiała zostać ukarana. Nawet jeśli była córką Alfy stada wilkołaków, nie ominie jej kara za doprawianie mu rogów.  

Kochankowie rozstali się z zamiarem spotkania się kolejnej, a zarazem ostatniej bezksiężycowej nocy. Kiedy Chors odchodził, obiecał sobie, że wyjawi ukochanej prawdę o sobie. Nie wiedział, że Milana ma taki sam zamiar. Kochankowie rozstali się, mając nadzieję, że kolejna noc zakończy się pomyślnie. 

Chors pewien swoich uczuć powiedział o swoich zamiarach bratu. Księżyc myślał, że zostanie ukarany za miłość do śmiertelniczki, ale został mile zaskoczony reakcją brata. 

– Co ty myślałeś?! – krzyknął wesoło Perun. – Miałbym się zrugać za to, że się zakochałeś? – powiedział, śmiejąc się wniebogłosy. – Za kogo ty mnie masz, braciszku? Przecież ja też kiedyś byłem zakochany — powiedział, zerkając na swoją żonę Mokoszę. – I nadal jestem… – Ale ona jest człowiekiem — powiedział Chors, coraz mniej rozumiejąc. Perun tylko machnął na to ręką. 

– Za dużo siedziałeś sam i wiele cię omija — rzekł Perun, jakoś nie miał sił uświadamiać młodszemu braciszkowi wszystkie nowinki, jakie go ominęły. Było tego po prostu za dużo jak na jedną rozmowę, w szczególności liczne przelotne romanse Swarożyca z jego wyznawczyniami, czy związku Jarowita ze śmiertelnikiem. – Jedyny kto powinien nie zbliżać się do śmiertelników to Swarożyc, ale jego problemem zajmuje się Swaróg. Póki za tydzień nie wpadniesz do mnie, że masz nową wybrankę, to masz moje błogosławieństwo. 

Chors poczuł ulgę po usłyszeniu słów brata. Teraz był pewien, że musi powiedzieć Milanie, kim naprawdę jest. Jeśli naprawdę mnie kocha to zrozumienie, pomyślał młody bóg, wyczekując zachodu słońca. 

Czwartej bezksiężycowej nocy Milana i Chors spotkali się przy wodospadzie. Księżycowy bóg ujął w dłonie jej rękę, całując. Kobieta zarumieniła, odwracając głowę. Bardzo lubiła to jak traktował ją Chors. Czuła jakby była dla niego całym światem. Jakby się liczyła, a nie tylko stanowiła dodatek. 

– Muszę ci coś powiedzieć — zaczął Chors. Pierwszy raz od dawna czuł, że postępuje właściwie. – Chciałabym, żebyś mnie wysłuchała.  

– To trochę śmieszne, ale też chciałabym ci coś powiedzieć — zaśmiała się lekko Milana. – Przynajmniej będziemy kwita.  

Chors również się zaśmiał. Nic co by od niej usłyszał, nie zmieniłoby jego zdania o ukochanej.  

– Chyba mam nawet więcej niż jedną rzecz do powiedzenia — rzekł Chors, dotykając policzka Milany. Kobieta zamknęła oczy, nie przestając się uśmiechać. 

Gdyby tylko życie składało się ze szczęśliwych chwil. Niestety pojawiają się też te złe. Milana poczuła na karku dreszcz. Przeszedł jej ciało wzdłuż kręgosłupa. Chors nie widział, co się dzieje. Kobieta chwyciła go mocno za nadgarstek, odciągając go.  

– Musimy uciekać — powiedziała kobieta, łamiącym się głosem.  

– Milana, spokojnie — rzekł Chors.  

– Nie rozumiesz — powiedziała, rozglądając się na boki. – Czuję ich. Zbliżają się. 

– Kto się zbliża? 

Jak na zawołanie na krawędzi lasu pojawiły się wilki. Weszły na polanę, warcząc. Kobieta wzdrygnęła się, widząc stado. Księżycowy bóg zakrył ciałem Milanę. Zwierzęta nie stanowiłyby dla niego zagrożenia. Odstraszyły je z łatwością, ale w tych było coś dziwnego. Największy wilki zmierzał w stronę kochanków, a jego postać zmieniała się. Sierść znikała z ciała, a kończyny wydłużały się. Były wilk stanął w pełnej krasie zaledwie dwa metry od kochanków, odziany w wilcze futro.  

– Wilkołaki — rzekł Chors, mając się na baczności.  

Wiele razy musiał mierzyć się z wilkołakami podczas swoich wart. Atakowały wielu jego wyznawców czy zwykłych ludzi. Większość z nich była nieobliczalna i pozwalała, aby ich zwierzęca forma przejęła nad nimi kontrolę. Chors rzadko walczył, nie był też jakimś najsilniejszym bogiem. Jego moc zależała od cyklów księżyca. Bezksiężycowe noce oznaczały, że jego moc była bardzo słaba. Z jednym albo dwoma wilkołakami by sobie poradził, ale całe stado mogło stanowić dla niego wyzwanie. W te dni zwykle korzystał z pomocy swoich kapłanów.  

–  Brawo, o wielki księżycowy bękarcie — rzekła z przekąsem Alfa stada. – Taki mądry, a nawet nie dostrzegłeś, że jeden z nas kręci się wokół ciebie. 

– Chorsie to nie tak — zaczęła spanikowana Milana. Sama chciała powiedzieć ukochanemu prawdę, ale nie w taki sposób.  – Ja bym nigdy cię nie skrzywdziła. 

Mężczyzna stał tyłem, tak, że Milana nie widziała jego twarzy. Obawiała się najgorszego. Znowu czuła się tak bezsilna jak przez całe swoje życie. Chors obrócił się powoli, spojrzał w oczy Milane. Nie musiał nic mówić, aby kobieta zrozumiała, że darzy ją wielkim zaufaniem. 

Alfa na ten widok zazgrzytał zębami, a mięśnie w jego ciele napięły się.  

– Milane, czeka cię kara za zdradę stada — powiedział coraz niższym głosem, które coraz bardziej przypominało warkot niżeli język. – Brać ich — padły ostatnie zrozumiałe słowa z ust Alfy, zanim jako wilk skoczył na Chorsa.  

Alfa ruszyła na Chorsa. Księżycowy bóg nie miał przy sobie broni, nie spodziewał się walki. Skrytykował się za taką bezmyślność. Naprawdę powinien częściej opuszczać swoje kwatery. Stał się naprawdę lekkomyślny i naiwny.  

Chors odskoczył przed atakiem wilka, odciągając Milanę. Mógłby przywołać, chociaż ułamek swoich mocy, aby stworzyć jakąś tarczę. Ale nie był pewien czy będzie ona wystarczająco duża, aby ochronić również jego ukochaną. Musiał myśleć szybko. Wilki zacieśniały krąg wokół nich. Milana również nie chciała poddać się bez walki, ale zmienić się mogła tylko noszą skórę wilka inaczej byłą bezradna. Kolejny wilki skoczył na Chorsa. Uniósł dłoń. Skupił swoją moc. Tarcza pojawiła się przed nim. Niewielka, przezroczysta tarcza. Lśniła. Wilk odbił się od niej. Zaskowyczał, upadając na ziemię.  

Wszystko działo się bardzo szybko. Wilki zażarcie atakowały kochanków. Skakały, starając się przewrócić. Drapały, zadając głębokie rany. Chors odbijał ich ataki swoją tarczą. Tylko na niewiele to się zdało. Nie było okazji do ucieczki. Przeciwników było za dużo, a sam bóg za słaby. Jakiś wilk skoczył między kochanków. Rozdzielił ich. Dwa inne wilki wykorzystały swoją okazję. W ludzkiej postaci pochwyciły kobietę.   Dwa wilki przemieniły się, łapiąc Milanę, odciągając ją z dala od walki.  

– Puszczajcie mnie! – krzyczała kobieta, wyrywając się. Niestety w ludzkiej formie nie miała tyle siły. 

Chors chciał jej pomóc. Zmienił tarczę we srebrną włócznię. Zaatakował dwa najbliższe wilki. Odepchnął je włócznią. Próbował utorować sobie drogę. Niestety nie spodziewał się, że Alfa skoczy na jego plecy. Wilk wpił swoje pazury, poważnie raniąc. Błękitna krew wsiąkała w szaty. Przeszywający ból przytłoczył go. Upadł. Alf dumnie stanął na plecach boga, głębiej wpijając pazury.  

Czuł, jak przepełnia go siła swoich przodków. Każdy pokonany przez księżycowego boga dawał mu teraz siłę. Bóg był słaby, gdy księżyc znikał z nocnego nieba. Jedyna okazja, aby pozbyć się go na zawsze. Chors powoli trafił przytomność. Jego rany były poważniejsze niż myślał. Widział, jak jego ukochana znika w lesie. Czuł na karku oddech zbliżającej się śmierci. Czy naprawdę jego historia tak się skończy?  

Alfa zabije jego cielesną powłokę. Bóg straci jakąkolwiek szansę na ponowne zobaczenie ukochanej. Może nawet nigdy więcej nie uda mu się postawić nogi na Ziemi. Czuł się tak beznadziejnie jak nigdy. Ponownie zawiódł. Pokazał, że nie zasłużył na miano boga. Krzyki Milany niosły się jeszcze wiele kilometrów. Chors już gotował się na wielki ból. Wątpił, aby Alfa dał mu szybką śmierć. Wolał już oddać się w odmęty mroku. Nie był wojownikiem. Wiedział, kiedy spartolił sprawę. Śmierć zdawała się nieuchronna, gdy Alfa zbliżał swoje kły do karku boga. Nigdy nie zasmakował bożym mięsie.  Mogła nawet dać mu wielką siłę.  

Tej nocy księżycowy bóg mógł umrzeć. Gdyby nie to, że niebo przeszyła wielka błyskawica. Uderzyła w środek polany. Rozległ się przytłaczający grzmot, raniący wilcze uszy.  Parę z nich skuliło się ze strachu, a część zdołała uciec do lasu. Pośrodku polany stała wielka jak niedźwiedź postać. Przywdziany był w skórzane spodnie oraz biały fartuch. Wygląd nie dodawał mu siły, ale aura, jaką emanował, przytłaczała. Dopiero po chwili zauważyły, że w prawej dłoni dzierżył wielki kowalski młot.  

Perun spojrzał na skulone wilki. Zobaczyły w oczach boga piorunów pierwotny gniew. Widziały żarzące się w nich iskry. Zaskomliły, kuląc się jeszcze bardziej. 

Nawet Alfa stada poczuła tę energię. Cofnęła się.  

Perun nie obawiał się zadawać bólu, jeśli dzięki temu mógł oszczędzić cierpienia bliskim. Mocniej ścisnął rękojeść młota, aż pobielały mu knykcie. Nie ma litości dla tych, co przelewają boską krew.  

Bóg piorunów zamachnął się swoim młotem. Uderzył w ziemię z całą siłą, jaką miał. Ziemia zatrząsła się. Wiele wilków upadło. Jednak najgorsze okazały się pioruny, które wyskoczyły z młota, gdy ten dotknął ziemi.  

Kilka z nich trafiło wilki. Padły nieprzytomne. Część ich futra spaliła się, zostawiając na skórze zwęglone ślady. Bóg ich nie zabił. Co to, to nie. Wystarczyło ich boleśnie okaleczyć. Zabicie wilkołaków, mogłoby sprowadzić na niego gniew Welesa. Jakoś Perunowi nie widziało się prowadzenie wojny z bratem, chociaż może tym razem nawet Weles przymknąłby oko na lekkie uszczuplenie jego mrocznych stworzeń. Nawet on zmartwiłby się, gdyby jego stworzonka pokiereszowałyby ich małego braciszka.  

Perun doskoczył do Alfy, stojącej obok jego małego braciszka. Wziął kolejny zamach. Uderzył w pysk wilka. Rozległ się trzask. Wilk odleciał na kilka metrów.  

Bóg piorunów zrobiłby znacznie więcej, ale były sprawy ważne i ważniejsze. Przypiął swój młot do pasa, klękając obok nieprzytomnego brata. Mimo to nadal kątem oka przyglądał się Alfie, która z trudem wstała z ziemi. Jego szczęka luźnie zwisała. Perun prychnął pod nosem. Była to niewielka kara za zranienie boga i przelanie błękitnej krwi.  

Na razie musiał zając się swoim bratem. Wziął go na ręce. Jego drobne ciało zdawało się jeszcze mniejsze niż zwykle. Nie byłoby dobrze, gdyby jego brat stracił na setki lat materialną formę. Na szczęście znał jedną osobę, która mogłaby się nim zająć. Jeszcze lepsze było to, że tą osobą była jego żona.  

Tak zakończyła się czwarta bezksiężycowa noc.  

Sen księżycowego prysnął jak bańka mydlana. Brata dusza została uprowadzona z winy tego kim jest. Poraniony na ciele i duszy, uratowany przez brata. Perun zabrał go do swojego domu, aby zajęła się nim Mokosz. Ta zażądała od swego męża wyjaśnień. Ten zdradził jej, co się stało, gdy ta zajmowała się oczyszczaniem ran Chorsa. Mokrymi bandażami zdejmowała z pleców bożka krew oraz brud. Pod ręką miała swoje mikstury lecznicze, którymi polewała rany. Jakby mogła, zdzieliłaby w głowę swojego głupiego męża i szwagra, gdyby nie leżał przed nią nieprzytomny. Oboje wykazali się głupotą. 

Chors obudził się w domu swego brata, stała przy nim zatroskana Mokosza. Obok niej stała wielka misa z zabarwioną na błękitno wodą. Nieopodal leżały przesiąknięte krwią bandaże.  Próbował wstać, ale poczuł przeszywający ból w plecach. Z powrotem położył się na łóżku z grymasem bólu. 

– Lepiej jak nie będziesz wstawał, doki nie uleczę twoich ran do końca — odrzekła Mokosza. Księżycowy bóg przytaknął, kładąc się. – Teraz obrócę cię na bok, żebym mogła zobaczyć, jak goją się twoje plecy.   

Bogini jak powiedziała, tak uczyniła.  Jego rany już nie krwawiły. Mokosz położyła na nich dłonie. Wokół jej drobnych rąk pojawiła się zielona poświata. Zasklepione rany zaczęły się goić. Nie minęło nawet kilka minut, a zostały po nich lekko zaróżowione blizny. Księżycowy bóg usiadł na łóżku. 

– Dziękuję — powiedział Chors. 

– Nie masz za co — powiedziała, uśmiechając się lekko. – Jesteśmy rodziną, to był mój obowiązek. Chociaż z chęcią zdzieliłabym cię, to uważam, że te blizny to wystarczająca nauczka — dodała poważniejszym surowszym tonem.  

Chorsa przeszedł dreszcz, lecz nie bólu a strachu. Wściekła Mokosz to nie jest coś, z czym można zadzierać. Kiedy Księżyc dziękował Mokosze, dobiegły ich uszu głosy zza drzwi. Oboje spojrzeli na nie i wtedy do środka wpadła zapłakana Jutrzenka, a za nią weszli Perun i Świętowit. Dwaj ostatni pogrążeni byli w rozmowie. Jutrzenka od razu jak zobaczyła Chorsa rzuciła mu się na szyję, szlochając. Księżycowy bóg nie wiedział, co ma zrobić. Nie spodziewał się, że jego pierwsze spotkanie z siostrą od dawna będzie miało taki przebieg.   

– Nawet nie wiesz, jak ja się o ciebie martwiłam. 

– Dlaczego? – powiedział słabo Chors. 

– Bo jesteś moim bratem — powiedziała i jeszcze raz go przytuliła. – Moim bliźniakiem. Nie obchodzi mnie przeszłość. Cieszę się, że nic ci nie jest.  

Chors niepewnie ją przytulił. Wreszcie zdał sobie sprawę z pewnej rzeczy, która była niewidoczna dla jego oczu. Jego siostra przebaczyła mu. Objął ją mocniej, nie chcąc puścić z rąk. Jego serce ponownie się rozgrzało. 

– Bracie… – zaczął gromowładny. – Co zamierzasz zrobić? 

Chors spuścił głowę. 

– Chciałbym ją uratować, ale… – zawiesił na chwilę głos. – Nie mogę teraz zejść na Ziemię. Nie mogę zmaterializować się w świetle dnia. Ona… – ostatnie słowa nie potrafiły mu przejść przez gardło.  

Wiedział co czego teraz jego ukochaną. Umrze z ręki jej watahy, a jej dusza powędruje do Nawii, tam, gdzie tylko Weles może kroczyć.  

Nikt nie mógł patrzeć na cierpienie księżycowego boga. Od początku swego istnienia skazany na samotność. Gdy myślał, że dobiegła ona końca, miłość została mu brutalnie odebrana. Perun nie wiedział, co ma począć. Chorsowi nie wolno było chodzić po Ziemi w świetle dnia. Nie wolno mu również było opuszczać swojego posterunku w księżycowe noce. Mokosza mogła odwiedzać świat śmiertelników, ale nie ingerować w ich życie. Jutrzenka musiała czekać na ojca przy bramie, nie mogła opuszczać posterunku. To ona pilnowała bramy, aby nikt niepożądany jej nie przekroczył. Świętowit nie mógł zstąpić z nieba, musiał pilnować świata, aby nie pogrążył się w chaosie. Równie kiepsko sprawa miała się z Perunem. Nie mógł bardziej wtrącać się w sprawy między demonami. Jego spory z Weselem były bardzo napięte. Nie mógł ponownie się wtrącić, jeśli nie chciał rozpętać wojny. Tym razem udało się uciszyć gniew Welesa, ale tylko dzięki pomocy Świętowita.  

Nie mogę pozwolić, by mój syn cierpiał. Sam skazał się na wiele lat bólu i samotności. Wreszcie, gdy postanowił się otworzyć, taki los go spotkał. Co mógłbym zrobić dla niego?  pomyślał Świętowit. Nagle uświadomił sobie jedną rzecz. Była jedna zasada, która pozwoliłaby Chorsowi na działanie.  

Zdradził on strażnikowi nocy, że raz na trzysta siedemdziesiąt lat księżyc zasłania słońce i wtedy strażnik nocy może zejść na Ziemię. Gdy Chors usłyszał tę nowinę, wstąpiła w niego nadzieja na uratowanie ukochanej. Kiedy nadchodził świt, wszyscy skierowali się w stronę bram Wyraju. Chors nigdy wcześniej nie przypuszczał, że przekroczy je w świetle dnia i to na dodatek u boku swego ojca. Jutrzenka otworzyła bramę, a Chors i Świętowit weszli do czekającego za wrotami rydwanu.  

– Myślisz, że mu się uda? – zapytała Jutrzenka Peruna, kiedy rydwan zaczął się oddalać. 

– Jasne! – krzyknął gromowładny. – To przecież nasz brat! 

 

W samo południe Milana klęczała, skuta srebrnymi łańcuchami. Jej niegdyś blond włosy umorusany błotem, zmieszanym z zaschniętą krwią. Jej własną jak i paru innych wilków.  Nie dała się tak łatwo zakuć. Wyrywała się, gryzła, szarpała. Paru z nich poraniła. Jednemu złamała nos. Innemu zostawiła paznokciami szramę na twarzy. Jeszcze inny stracił część ucha.  

Nie chciała być im więcej posłuszna. Nie za to, co zrobili. Lata upokorzeń. Traktowanie jak przedmiot. Do tego śmierć ukochanego, która przelała czarę. Wtedy po prostu coś w niej pękło. Jeśli już miała odejść z tego świata, to chciała, aby oprawcy mieli pewne pamiątki. Nie miała zamiaru niczego im ułatwiać. Parę siniaków czy złamań, jakie jej wyrządzili, nie grały teraz roli. Mogła znieść ten ból, który był niczym w porównaniu z rozpadającym się sercem.

– Jakieś ostatnie słowo? – zapytał sucho Bożysław, nachylając się nad kobietą.  

Milana podniosła głowę. Spojrzała pełnym nienawiści wzrokiem na swojego niedoszłego męża. Bożysław miał zostać kolejną alfą stada przez związek z nią. Jej ojciec upatrzył sobie kogoś na swoją modłę.  

– Pierdol się — rzekła Milana, plując Bożysławowi w twarz.  

Mężczyzna skrzywił się, czując ślinę na swoim policzku. Z obrzydzeniem starł ją rękawem lnianej koszuli. Ta kobieta wkurzała go, ale nie była mu już potrzebna. Jej ojciec, Alfa — a raczej była już Alfa — został znaleziony na skraju lasu ze złamaną szczęką oraz licznymi śladami poparzeń. Niewiele dało się dla niego zrobić oprócz zakończenia jego bólu, co Bożysław uczynił. Został nową Alfą. Musiał wymierzyć karę dla Milany za zdradę stada. To przez jej wybryki zginął poprzedni przywódca. Bratała się z bogiem księżyca, ich najgorszym wrogiem. 

Przebije jej serce srebrnym sztyletem, a potem spali jej ciało. Jej dusza na zawsze związana będzie z tą ziemią. Nie będzie mogła zaznać spokoju w Nawii razem z przodkami. 

Nie raczył skomentować zachowania Milany. Nie była tego warta. Odwrócił się do stada, które okrążało ich ze wszystkich stron. Mężczyźni, z niezdrową satysfakcją wpatrywali się w skutą Milanę. Kobiety ze zwieszonymi głowami, posłusznie stały u boku swoich mężów. Żadna z nich nie miała odwagi stawić czoła niesprawiedliwemu wyrokowi, bojąc się, że spotka je to samo. Dzieci chowały się za swoimi rodzicielkami. Jedni przemienieni, inni w ludzkich postaciach. Każdy miał zobaczyć, co czeka zdrajców.  

– Czas wymierzyć karę — rzekł Bożysław, unosząc nad głowę srebrny sztylet. 

W srebrze odbiły się słabe promienie słońca. Wśród zebranych zaczęły się szepty. Część watahy odsunęła się niepewnie. Matki wzięły swoje dzieci na ręce. Niektórzy zaczęli wskazywać na słońce.  

Bożysław nie wiedział, co się dzieje. Czuł tylko narastający niepokój stada. Wszyscy przed nim wpatrywali się w słońce za nim. Dopiero wtedy zauważył, że słońce przygasa. Odwrócił się napięcie, aby zobaczyć co, jest nie tak ze słońcem. 

Wtedy to ujrzał. Księżyc prawie zasłonił słońce. Bożysław czuł podskórnie, że to zły omen. Spojrzał na kobietę. Milana uśmiechała się. Jakby wiedziała, że wygrała. Bóg musiał przeżyć, przeszło przez umysł Bożysława. Zagryzł zęby na tę myśl. Zadarł z bogami, a ci nie byli litościwi, jeśli coś im się odbierało.  

Jeśli miał umrzeć, to nie umrze sam.  

 Księżyc prawie przysłonił słońce, a im ciemniej było, tym on bardziej rósł w siłę. Jego postać pojawiała się za stadem. Przed sobą miał klęczącą Milanę oraz górującego nad nią Bożysława. Bóg ukazał się w pełnej krasie. Siła i moc biły od niego, płosząc najbliższe wilki. 

Bożysław, widząc boga, nie tak bezbronnego i słabego jak wczorajszego wieczoru, wiedział, że nie wygra. Coraz więcej wilków uciekało. Nikt nie chciał narażać się na boży gniew. Tylko jaka to była różnica dla Bożysława, który i tak już sporo namieszał? 

Chwycił Milanę za włosy. Kobieta nie miała siły się sprzeciwić. Bóg od razu na to zareagował. Biegł w ich stronę.  Materializował w dłoni włócznię. Bożysław przyłożył srebrne ostrze do szyi Milany. Metal zatopił się w jej skórę. Nie zdążyła nic zrobić. Krew zaczęła ściekać strumieniami po jej ciele.  

Bożysław puścił jej włosy. Jej ciało bezwładnie spadło na ziemię. Ramię mężczyzny przeszyła księżycowa włócznia. Przyszpiliła go do ziemi. Mężczyzna śmiał się wniebogłosy. Zrobił to. 

Chors zawiódł. Podbiegł do ukochanej, która nieruchowo leżała na ziemi. Podniósł jej bezwładne ciało, odgarniając włosy z twarzy. Jego wzrok napotkał tylko puste oczy. 

Bóg pierwszy raz w swoim życiu zapragnął odejść wraz z nią. Tylko bogom nie jest pisana śmierć. Ich ciało może umierać wiele razy, ale ich esencja zawsze będzie istnieć. Nikt z nich nie może przekroczyć bram Zaświatów, a żadna ludzka dusza nie może ich opuścić. Chyba że będzie przeklęta na wieki.  

Bóg załkał, tuląc ciało ukochanej. Nie baczył na krew, która wsiąkała w jego szaty. W tej chwili po prostu nie chciał jej puścić. 

– Zasłużyła na to! – Ciszę przerwał krzyk Bożysława. – Zdradziła nas!  

Mężczyzna krzyczał dalej, jakby wbita w jego ramię włócznia nic mu nie zrobiła. Wykrzykiwał oszczerstwa pod adresem Milany i księżycowego boga. Gdyby przeklinał samego Chorsa, może ten po prostu by odszedł. Tylko to sprawiło, że księżycowy bóg ułożył ostrożnie ciało ukochanej na ziemi, zamykając jej oczy. Ucałował jej dłoń, kładąc ją delikatnie na piersi. Wolnym krokiem zbliżył się do wijącego się Bożysława. 

Może mężczyzną zawładnęło szaleństwo? Może wilk zbzikował od utraty krwi? A może po prostu był zwykłym zwyrolem, który zawsze chciał mieć ostatnie słowo? 

Księżycowy bóg wyrwał swoją włócznię jedną ręką z barku Bożysława. Krzyknął, chwytając się za ramię. Próbował się odczołgać. 

Chors nadepnął na plecy wilkołaka. Bożysław wrzasnął, jak tylko but dotknął jego pleców. Kręgosłup wilkołaka pękł jak wykałaczka. Przycisnął go bardziej do ziemi, a polanę zapełniały wrzaski. Księżycowy bóg wziął swoją włócznię w obie ręce. Nie zastanawiał się nad tym co zamierza zrobić. Tylko bogom nie wolno było zabijać ludzi. Nie mogli tak bardzo ingerować w ich życie. Mogli się im ukazywać, prowadzić ich na określone ścieżki. Zesłać na nich karę, ale nigdy zabić.  

Włócznia boga przebiła czaszkę Bożysława, zatapiając się w niej gładko. Krzyki mężczyzny gwałtownie ustały. 

– Jak długo nas obserwowałeś? – rzekł beznamiętnie Chors.  

Za jego pleców wyszedł wysoki szczupły mężczyzna. Czarne jak mrok włosy, spięte białą wstążką. Odziany w niedźwiedzi skórę, sięgającą do ziemi. Minę miał powściągliwą, lustrując młodego bożka.  

– Wystarczająco — rzekł  Weles. – Dlatego bogowie nie powinni mieszać się w sprawy ludzi. 

Chors wyprostował się. Nawet nie patrzył na swego starszego brata. Pogodził się z kolejną karą.  

– Zrób to, co musisz i miejmy to za sobą.  

– Ona cię nie wini — rzekł Weles. Ton jego głosu stał się łagodniejszy. – Szczerze cię kocha — dodał, a jego ostatnim słowom towarzyszyło ciche ćwierkanie.  

Zaskoczyło to Chorsa. Słowa, które nijak nie pasowały do jego brata. Ćwierkanie także. Podniósł głowę. Weles skupiał swoją całą uwagę na małego skowronka nerwowo skaczącego mu po wierzchu dłoni.  Ćwierkanie było głośnie. Dla księżycowego boga bardzo znajome. Ćwierkanie skowronka łagodziło ból w jego sercu. 

– Nie przywrócę jej do życia. Nikt z nas nie ma takiej mocy — zaczął Weles, nie odrywając wzroku od skowronka, który zamilkł. – Ale nów jest bardzo wyjątkowym czasem — mówił wolno bóg podziemi, pozwalając zbliżyć się Chorsowi. Skowronek ucieszony przeskoczył na ramię księżycowego boga. – Żaden z bogów nie może wtedy doglądać świata śmiertelników, czy świętych bram — ciągnął, nie spuszczając wzroku z młodszego brata. – Zdąży się, że jakaś duszyczka przemknie przez bramy Nawii i nikt tego nawet nie zauważy — Skowronek zaćwierkotał wesoło, skubiąc delikatnie ucho Chorsa. – Ale lepiej, żeby wróciła nim, słońce ponownie wstanie — Wyciągnął rękę w stronę ptaszka. Przeskoczył on na jego rękę bez wahania. – Już czas odejść. 

Zaćmienie księżyca dobiegało końca. Chors zaczął tracić materialną postać wraz z blaskiem dnia. Na pożegnanie skłonił się lekko bogu podziemi, a jego sylwetka całkowicie się rozpłynęła, wracając na ojcowski rydwan.  

Postać Welesa jak i skowronka zaczęły robić się coraz ciemniejsze, aż rozpłynęły się w ostatnich śladach ciemności. Bóg ciemności, zanim zniknął, spojrzał jeszcze na krajobraz ostatni raz. 

Polana skąpana była w słońcu. Nie było na niej krwi. Ciała kochanki, czy pokonanego wilka. Żadnych śladów bożej interwencji. Nikt nie poznał przebiegu zaćmienia. Chors wrócił na rydwan do ojca, milcząc. Każde pytanie zbywał milczeniem. Gdy podeszła do niego Jutrzenka ten tylko na nią spojrzał, słabo się uśmiechając. 

Skinęła głową, dając odejść bratu. Więcej wiedzieć nie musiała. Uśmiechnęła się lekko, oddalając się do swoich obowiązków.  

Tak zakończyło się zaćmienie księżyca.  

Milana, księżycowa kochanka opuściła świat żywych. Wstąpiła do Nawii w towarzystwie samego Welesa, a Chors wrócił na swój posterunek, strzegąc nocnego nieba. Nikt nigdy nie zdobył się na odwagę, aby porozmawiać z Chorsem o jego wyprawie. 

Bóg Podziemi wbrew wszystkiemu, co o nim sądzono, miał serce. Jego młodszy brat otrzymał już wystarczającą karę za ingerencję, ale to nie znaczyło, że nie zasłużył na miłość. Żadne z nich nie zrobiło nic złego. Po prostu znaleźli się w złym miejscu i czasie.  

Każdego Nowiu Pan Podziemi zostawiał lekko uchylone wrota dla małego skowronka, który leciał na Ziemię, szukając księżycowego młodzieńca.  

Bez wiedzy innych, poza boskim wzrokiem chociaż przez cztery bezksiężycowe noce kochankowie mogli być razem.   

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.