Opowieści z przeszłości – roz. V „Sami sobie jesteśmy winni”

Notka od Autorki: Na swoją obronę podaję, że konspekt powstał zanim to wszystko się zaczęło, a opowiadanie to fikcja literacka. Wszelkie zbieżności to przypadek.

Rozdział pierwszy

Poprzedni Rozdział

– Szczerze, to jest to moment w mojej opowieści, który wolałbym, aby nigdy się nie zdarzył.

-Dlaczego?

-Bo pokazuje, jak straciliśmy szansę na rozgrzeszenie…

Jak trafiłem do tymczasowej bazy spędziłem tam dwa lata. Większość dni wyglądała tak samo. Na początku było nas tylko piętnastu. Rano wstawaliśmy wg wojskowej rutyny. Pobudka o świcie. Półgodzinna przebieżka wokół budynku. Następnie wizyta w łazience, a potem śniadanie. Potem mieliśmy spotkanie w auli domu kultury. Tam trzymaliśmy większość paczek z żywnością. Dostawaliśmy dostawy co dwadzieścia dni. Ich zawartość mogliśmy podzielić na suche produkty, produkty higieny, woda, puszki żywnościowe. Znaleźliśmy też tablicę korkową na kółkach, więc przenieśliśmy ją do auli. Mieliśmy też mapę gminy z zaznaczonymi wszystkimi zamieszkanymi domami. Podzieliliśmy je na strefy. Staraliśmy się, aby wszyscy mieli równy przydział. Jednak mieliśmy pod sobą ponad 5 tysięcy ludzi. Dawało to koło tysiąc domów wliczając w to domy wielorodzinne czy nieduże bloki. Dawało to średnio na osobę nawet do stu domów na osobę. Było to trudne do wykonania, aby się tym wszystkim zająć, jednak były gminy, które liczyły sobie nawet trzy, czy cztery razy więcej osób, nie wspominając o miastach. Nie byliśmy w tak złej sytuacji jak niektóre grupy.

Słyszałem od Michała, że w niektórych gminach czy miastach zaangażowano policjantów. Zgłaszali się też niektórzy mieszkańcy. Jednak nie byli oni przeszkoleni. Na początku byliśmy zobligowani odmawiać. Nie mogliśmy angażować w te sprawy cywili. Nie mogliśmy narażać ich zdrowia i życia.

Jednak w po dwóch miesiącach Michał zdecydował się zaangażować w to policjantów. Chciał nas odciążyć, bo taki tryb życia dawał nam mocno we znaki, a nie wiedzieliśmy, ile to potrwa. Dlatego potem było nas 20. Niby niewielka różnica, ale odciążyła nas. Na głowę wypadło nam koło 60 domów.

Michał wymyślił system, abyśmy nie przeciążali się. Nie wiedzieliśmy, ile ta sytuacja potrwa, więc musieliśmy być zdrowi i wypoczęci. Mieliśmy cztery auta dostawcze, więc w ciągu jednego dnia mogliśmy dostarczyć paczki nawet do pięciuset domów. Mogliśmy w trzy dni załatwić wszystko, jednak Michał zarządził, że bezpieczniej będzie rozłożyć do na sześć dni. Jednak pracowaliśmy rotacyjnie, tak aby mieszkańcy dostali swoje paczki, a my mogliśmy odpocząć. Pracowaliśmy na dowozie dwa dni. Potem dwa dni pracy w domu kultury. Sprawdzanie wozów, liczenie paczek albo braliśmy jedno z naszych prywatnych aut i robiliśmy patrole. Potem znowu dwa dni jazdy, a ostatni dzień był dniem rodziny. Nie wolno nam było się z nimi spotkać. Przytulić, czy nawet uścisnąć sobie dłoń.

Jako żołnierze mieliśmy w tamtej chwili kontakt z wieloma ludźmi, a żaden z nas nie chciał narażać rodziny. Każdą wolną chwilę spędzaliśmy na rozmowach przez telefon albo przez skype. Raz na jakiś czas jechałem do swojej rodziny, ale kontakt polegał na tym, że siedziałem na tarasie, a za szybą w środku moja rodzina.

Dawało to pewną ulgę, ale było też męczące i dość przykre. Marcin skończył dwa lata, gdy ja roznosiłem żywność. Widywałem go, jednak miałem na rękach zaledwie kilka razy. Przez pierwsze miesiące jak się urodził. Przez całą kwarantannę nie mogłem go nawet dotknąć, nie mówiąc już nawet o przytuleniu go. Kolejny raz, gdy miałem go na rękach to, gdy miał prawie siedem lat.

Czas zaostrzonej kwarantanny trwał koło czterech lat. Jednak wirus zebrał swoje okropne żniwo. Gmina nad jaką pieczę sprawował Michał, moja gmina jako jedna z nielicznych niewiele ucierpiała. Mieliśmy zaledwie 200 zarażonych, a w tym 50 ofiar.

Jednak na skalę światową to była istna katastrofa. Mieliśmy dwa rodzaje wirusów. Na tą mniej groźniejszą wersję wirusa mieliśmy szczepionkę, a ze zmutowanym wirusem musieliśmy walczyć praktycznie od nowa.

Nowy wirus rozprzestrzenił się szybciej niż ludzie się spodziewali. Liczba zarażonych wzrastała z dnia na dzień nawet o kilkanaście setek tysięcy, a z nią liczba zmarłych.

Wiosną 2028 epidemia dobiegła końca, zabierając ze sobą prawie 3,5 miliarda osób. Połowa populacji na naszej planecie. Zginęło dużo ludzi. Wiele rodzin zostało rozbitych. To była klęska jakiej ludzie nigdy nie zapomnieli. Zmarło wtedy też kilka głów państw. Jednak nie wszyscy zmarli z powodu wirusa, ale na pewno byli jego ofiarami.

3,5 miliarda ludzi zmarło przez cztery lata. Większość zmarła z powodu zarażenia wirusem, jednak niektórzy sami postanowili odebrać sobie życie. Uważali, że to koniec świata. Nie chcieli tego oglądać, więc sami postanowili to skończyć. Niektórzy ludzie zmarli w wyniku bójek albo zamieszek.

Niektóre kraje nie miały łatwo. Zginęło kilka głów państw, czy ważni ministrowie. Wirus traktował wszystkich równo. Nie patrzył na to kto kim jest, czy ile ma pieniędzy. Umierał.

Po tych wszystkich latach. Świat zaczął na nowo odżywać, lecz nic już nie było takie samo jak wcześniej.

Wiele krajów zostało bez władzy. W niektórych wybuchł chaos i pojawiali się samozwańczy przywódcy. Takie sytuacje wydarzyły się w Afryce, Ameryce Południowej oraz Azji Południowo-Wschodniej.

Z tego powodu powstało wiele nowych sojuszy, czy jeśli można tak powiedzieć państw.

U nas w Polsce na szczęście nie było takiego problemu, jednak nasza gospodarka bardzo ucierpiała. Wiele państw było bliskich bankructwa w tym nasz kraj. Jednak byli ludzie, którym chociaż po części zależało na innych. Unia Europejska na krótko przerodziła się w Państwa Zjednoczonej Europy. Dlatego twój ojciec, Michał ma napisane miejsce urodzenia jako właśnie Zjednoczoną Europę. Michał urodził się jakiś rok albo półtorej po ogłoszeniu końca epidemii.

Miałem… Mam dwóch cudownych synów. Ale na razie tylko jeden z nich dał mi wnuka.

Dobrze, lepiej wrócę do historii.

Gdzie to ja…

Ach, tak. Zjednoczona Europa. Starali się jak mogli utrzymać nas razem. Jednak to było trudne wyzwanie utrzymać tak różne państwa razem. Ale nie będę ci dawał lekcji historii. Jak to Zjednoczona Europa połączyła się z siłami NATO i powstały Zjednoczone Kraje Północnego Atlantyku.

Uparli się na te “zjednoczone” w nowych nazwach krajów. Chyba dlatego, że to dobrze brzmiało. Zjednoczenie. To słowo dawało ludziom nadzieję. Pewność, że da się to wszystko naprawić. Żyć dalej mimo bólu jaki przeżyliśmy. Jednak to było tylko słowo. Niewielu przekuło je w czyn.

Życie w Nowym Świecie wymagało wiele wysiłku. Rok po roku staraliśmy się jakoś podnieść. Powoli, ale mozolnie się to udawało. Jako żołnierz pomagałem utrzymać porządek przez pierwsze lata powstania ZKPA. Powoli wszystko się uspokajało. Jednak jak mówiłem na początku, nie jest to część historii, której jesteśmy dumni.

Mimo względnego pokoju, wszystkie kraje żyły w napięciu. Każdemu czegoś brakowało albo samemu nie mogło poradzić sobie z problemami. Jedne zmierzały się z głodem, inne z buntem, ale prawie wszystkie ze skutkami zmian klimatycznych. Klimat się zmieniał, ponieważ wcześniej w dobie przemysłu nie braliśmy pod uwagę tego, że za bardzo niszczymy naszą planetę. Uważaliśmy, że mamy czas. Cóż w pewnym sensie go mieliśmy. Tylko, że on był już na wyczerpaniu. Teraz wielu mówiło, że żyjemy na kredyt.

Lodowce topniały. Wody się podnosiły. Susza dopadała coraz więcej państw. Mimo, że epidemia skończyła się już kilka lat temu, a o tamtym wirusie już nie usłyszeliśmy, jedzenie dalej było racjonowane. Wróciliśmy do czasów jedzenia na kartki. Jednak nie było tak źle. Dostawaliśmy normalną pensję, którą wedle swojego uznania mogliśmy wymienić na określone kartki.

Dawaliśmy radę, jednak wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę, co wisi w powietrzu. Szykowała się wojna między ocalałymi z epidemii.

Kraje Afryki, które zmagały się z suszą, brakiem wody pitnej. Starały się zyskać sojuszników. Nie mieli wystarczającej siły, aby mierzyć się z ZKPA, czy Związkiem Zjednoczonej Rosji. Sojusz Japońsko-Chińsko-Australijski, w który skład wchodziły jeszcze sąsiadujące z nimi państwa był neutralnie nastawiony. Nie szukali zwady i w miarę radzili sobie sami, chociaż mieli kilka paktów z krajami niezrzeszonymi, które po zakończeniu epidemii starały się poradzić sobie same. Było ich niewiele, ale jednak.

Kraje Afryki miały ludzi oraz surowce mineralne. My, ZKPA mogliśmy przyjąć uchodźców i się z nimi jakoś dogadać. Jednak nie tylko nam zależało na złożach Afryki, które mogły w jakiś sposób odbudować społeczeństwo.

Ale nie tylko to było przyczyną wybuchu Trzeciej Wojny Światowej. Jak wspomniałem wiele krajów zmagało się z suszą oraz wzrastającym poziomem wód morskich.

W tej wojnie chodziło, głównie o terytorium, na którym ludzie mogliby żyć. Kilka tygodni przed atakiem Zjednoczonej Rosji, na dawne tereny Białorusi zadzwonił do mnie Michał. W tamtym okresie prawie wcale go nie widywałem, pracował ciężko w wojsku. Z tego co wiem zdobył wtedy awans o jeden albo dwa stopnie. Nie mogę sobie za bardzo przypomnieć.

Nie powinien tego robić. Ale zadzwonił do mnie. W tamtym czasie Marcin miał chyba dwanaście lat, a Andrzej pięć. Tak. Chyba tak. Moi rodzice już wtedy odeszli. Nie doszyli na szczęście wojny i odeszli w czasach względnego pokoju.

Ale wracając do Michała. Zadzwonił do mnie, chociaż nie powinien. Poinformował mnie o ruchach samolotów wojskowych Zjednoczonej Rosji między Smoleńskiej, a Mińskiem. Mówił, że wyglądało to na rozpoznanie terenu. Szykowali się do nalotu, jednak wtedy o tym nie wiedzieliśmy. Michał doradził nam, abyśmy jak najszybciej przenieśli się w głąb dawnych Niemiec. Doradzał Monachium. Mówił, że w tamtej chwili to było jedno z bezpieczniejszych miejsc. Sam też wysłał tam swoją żonę i małą córeczkę. Ufałem mu. Dlatego w tydzień, ja i Karolina załatwiliśmy wszystkie formalności z naszymi pracami. Karolina nie bała się, że nie znajdzie pracy. W tamtym czasie programiści, którzy byli wystarczająco pomysłowi i kreatywni mogli zdobyć pracę wszędzie.

Dzieciaki zabraliśmy ze szkoły. Powiedziałem, że dostałem kolejne wezwanie. Co po części było prawdą. Michał powiedział, że rezerwa w ciągu kilku najbliższych tygodni może dostać wezwanie. Chociaż tego też nie powinienem tego wiedzieć.

Po półtora tygodnia od telefonu Michała byliśmy w Monachium. Po 10 godzinach jazdy autem, wypakowanym całym naszym dobytkiem dotarliśmy do celu. Michał jako wysoko postawiony wojskowy zarabiał dużo, więc mógł sobie pozwolić na całkiem niezły dom na obrzeżach Monachium. Pozwolił nam się tam zatrzymać na najbliższe miesiące, może i dłużej, jeśli to będzie konieczne.

Andrzej nie miał wielkich procesów z aklimatyzacją. Był pięcioletnim dzieckiem. Szybko się odnalazł. Nawet jeśli nie znał języka, bez problemu bawił się z innymi dziećmi.

Trochę gorzej było z Marcinem. Postawiliśmy go z Karoliną w dość trudnej sytuacji. Oderwaliśmy go z jego doczesnego życia. Kazaliśmy zostawić przyjaciół. Zmusiliśmy go do chodzenia do obcej szkoły, a Marcin nie znał nawet języka. Wiem, że miał dużo problemów z przystosowaniem się, nawet jeśli miał rok zerowy. Uczył się wtedy tylko języka niemieckiego. Ale nawet gdy nauczył się języka jego problemy nie zniknęły. Wiem, że miał nam długo za złe, że postawiliśmy go przed faktem dokonanym. Jednak nie zmieniłbym tej decyzji, ponieważ dzięki niej byli bezpieczni.

Jakieś kilkanaście dni po tym jak przeprowadziliśmy się do Monachium, Karolinie udało się znaleźć pracę. Ja natomiast dostałem wezwanie do wojska, tak jak mówił Michał.

Miałem w ciągu tygodnia stawić się w najbliższej bazie. Na szczęście Michał był tam dowódcą. Jego wojskowa kariera całkiem prężnie się rozwijała. Zastanawiałem się wtedy, czy nie zostać w wojsku na stałe. Byłem już przed czterdziestką. Jedyne doświadczenie jakie miałem to doświadczenie policyjne i wojskowe. Nie potrafiłem nic innego, więc podjąłem się stałej służby.

Służyłem pod dowództwem Michała. Był z niego naprawdę dobry przyjaciel. Byliśmy jak bracia, którymi później się staliśmy, gdy twoi rodzice się ożenili. Do dzisiaj nie zapomnę ślubu oraz Adrianny. Mimo, że był organizowany na szybko, był naprawdę miły. Twoi rodzice byli wpatrzeni w siebie jak obrazek. Do dzisiaj tacy są. Pełni miłości, wsparcia i troski. Pod wieloma względami przypominali mnie i moją Karolinę.

Moja Karo. Moja kochana Karolina. Jak ja za nią tęsknię. Mam wrażenie jakbym widział się z nią wczoraj. Jakbyśmy wczoraj podziwiali wschód słońca nad miastem, popijając ulubioną herbatę Karo. Biała różana herbata. Pamiętam, jak spojrzała na mnie, uśmiechnęła się lekko przekrzywiając główkę w prawo. Jej błyszczące oczy patrzyły na mnie. Pocałowałem ją w policzek, a potem oboje spojrzeliśmy na panoramie miasta.

Czasami tak trudno mi uwierzyć, że nie ma jej z nami już od dwóch lat. Budzę się wtedy rano z dziwnym wrażeniem, że Karo wejdzie do sypialni. Rozsunie zasłony, mówiąc, że nie powinienem leżeć tak długo w łóżku. Powiedziałaby, że nawet jeśli jestem na emeryturze, to nie powinienem przestawać się ruszać. Tylko w tym wieku tak ciężko jest się ruszać…

Przepraszam… Znowu za bardzo odbiegłem. Mówiłem o… O czym ja mówiłem…

O wojnie? Wojnie…

Pamiętam, że miałem szczęście. Tylko dlatego, że poznałem Michała za czasów młodości nie trafiłem na front. Tylko dlatego, że postanowiłem się tamtego dnia do niego odezwać. Zaprzyjaźniliśmy się.

Inaczej tego nazwać nie można. Gdybym go nie poznał prawdopodobnie zginęlibyśmy w jednym z bombardowań na Europę Wschodnią. Wielu ludzi wtedy zginęło. Nie tylko za sprawą bombardowań, ale też rosnącej suszy, która dawała coraz bardziej we znaki.

Ja zwykle pomagałem Michałowi. Byłem kimś w rodzaju jego prawej ręki, chociaż głównie zajmowałem się papierkową robotą. Jednak bałem się. Każdego dnia bałem się, że zginę. W końcu mieliśmy wojnę. Nasza baza znajdowała się na dawnych terenach Polski. Każdego dnia słyszeliśmy samoloty. Zastanawiałem się często, czy to nasi czy wróg przygotowywał się do kolejnego bombardowania. Jednak nasz wróg zmienił strategię.

Dotychczas atakowano dawne tereny Polski, Białorusi i Ukrainy. Bombardowania dużych miast, a potem walki na froncie wschodnim. Walki odbywały się w różnych miejscach, ale głównie udawało nam jakoś powstrzymywać ataki. Jednak, gdy nasz wróg, nie mógł przepić się przez nasza wschodnią obronę. Zaczęły się bombardowania Ameryki Północnej, dawnych terenów Stanów Zjednoczonych.

Do dzisiaj nikt nie wie kto wydał tamten rozkaz albo nie chcą nam tego powiedzieć. Raczej skłaniam się ku tej drugiej opcji. Ale tego nigdy się nie dowiemy.

W sierpniu 2047 roku, zbombardowano Kaldera Yellowstone. Podobno był to wypadek. Według telewizji była to próba ataku na Stare Denver. Było ono kiedyś wielkim ośrodkiem przemysłu lotniczego, samochodowego, elektrotechnicznego i chemicznego. Było dla nas ważnym miastem. A oni zdawali sobie z tego sprawę. Pewnie dlatego postanowili zrobić ten nalot. Jednak nie wszystko poszło, bo ich myśli. Na nasze nieszczęście.

Wywołało to trzęsienia ziemi na całym świecie. Nawet w miejscach, gdzie nikt się ich nie spodziewał. Z tego co pamiętam odbyła się wtedy seria trzęsień ziemi, które minimalnie osiągały 6 stopni w skali Richtera, a największe ponad 9 stopni. Z dnia na dzień runęło kilka wielkich miast. Tokio. Pekin. Wenecja. Można by było tak wymieniać, a wymieniać.

Byłem wtedy w Warszawie, a dokładniej na jej obrzeżach w jednej z baz. Pomagałem Michałowi z papierową robotą jak to miałem w zwyczaju. Dyskutowaliśmy kolejnych ruchach wojsk wroga. Zastanawialiśmy się co zrobią. Nie wiedzieliśmy wtedy o bombardowaniu na Yellowstone. Minęło od niego zaledwie kilka godzin. Michał nawet będąc na wysokim stopniu, chyba był już wtedy jednym z generałów. Tylko nie mogę sobie przypomnieć jego stopnia. Może brygady. Nie dywizji. Albo…

Nie pamiętam. Coraz gorzej z moją pamięcią. Nie ważne. Na pewno już w czterdziestym siódmym był już generałem.

Zapamiętam to do końca życia.

Wyszliśmy wtedy na zewnątrz. Oboje byliśmy zdenerwowani. Michał nie mógł dojść do porozumienia ze swoimi pułkownikami odnośnie do planu ataku. Zarządził półgodzinną przerwę, aby wszyscy mogli na chwilę oczyścić umysł. Paliliśmy wtedy Malboro. White Green. Nie jestem z tego dumny, ale paliłem. Wtedy często chodziłem zestresowany, a to była jedna z niewielu rzeczy, która pozwalała mi się odprężyć. Rozmawialiśmy z Michałem o tym co się dzieje z naszymi dziećmi. Marcin szykował się wtedy do egzaminów na studia. Poszedł w ślady swojej matki. Natomiast Andrzej kończył czternaście lat. Zastanawiał się nad wyborem liceum. Bardzo interesowała go fizyka. Zresztą jak ciebie. W końcu odziedziczyłeś miłość do nauk ścisłych po Andrzeju.

Ale wracając…

Pamiętam, że Michał mówił, że jego córeczka Adrianna bardzo chciałby, aby pojawił się na jej piętnastych urodzinach. Obiecał jej to, ale nie był pewien czy uda mu się dotrzymać obietnicy.

Wtedy nastąpiło trzęsienie ziemi. Było ono jednym z tych mniejszych. Miało 7,2 w skali Richtera. Razem z Michałem nie wiedzieliśmy co się dzieje. Na terenie Polski nie było wcześniej tak silnych trzęsień ziemi. Michał krzyknął do ludzi na placu, że mają się ukryć pod jakimiś osłonami. A potem pobiegł ze mną w stronę najbliższych drzwi. Oboje staliśmy pod framugą, czekając, aż to się skończy. Była to zaledwie minuta. Jednak miałem wrażenie, że trwa to godziny. Widziałem jak spora część zachodniej części bazy runęła. I te krzyki. Czasami jak zamknę oczy to wciąż słyszę je. Krzyki agonii. Pełne bólu.

A jedyne o czym myślałem to moja rodzina. Chłopcy powinni być wtedy w domu. W końcu mieli wakacje. Karolina pewnie w firmie. Bałem się o nich, chociaż nie wiedziałem, że u nich też odbyło się trzęsienie ziemi.

Gdy ta upiorna minuta minęła. Michał natychmiast zajął się oceną szkód. Wołał ludzi, aby pomogli rannym. Krzyczał na jakiegoś łącznościowca, dlaczego nikt go nie powiadomił o trzęsieniu ziemi. Ja w tym czasie próbowałem skontaktować się z rodziną.

Nie odbierali. Zerwało telefonię komórkową. Wtedy zacząłem się zastanawiać. A co jak to nie było jedyne trzęsienie ziemi? Było naprawdę silne. W Polsce większość trzęsień ziemi powodowała niewielkie szkody. Jednak tamto zburzyło połowę bazy wojskowej. Nie wspominając o szkodach jakie wywołało w mieście.

Pomyślałem, że skoro w Polsce było ono tak silne, to co z innymi miejscami. Na szczęście w Monachium było epicentrum. Ledwo odczuli tam trzęsienia ziemi, jakie odbyły się w na dawnej granicy Niemiecko-Austriackiej. Ale Karolina oglądała wiadomości. Wiem to od niej. Wtedy na każdym kanale informacyjnym mówiono tylko o jednym. O serii trzęsień ziemi na całym świecie. Mówiono też o tym w Warszawie. O tym jak Pałac Kultury w jednej chwili stał, a w drugiej po prostu go nie było. Karolina przed dobre kilka godzin myślała, że nie żyję, bo zerwało telefonię komórkową. Baza nie miała kontaktu ze światem.

Na szczęście działały wojskowe radiostacje. Michał skontaktował się z jakąś małą prowizoryczną bazą wojskową oddaloną o jakieś 50 km od naszej. Rozmawiał z tamtejszym dowódcą o jak najszybszym naprawieniu łączności. Trwało to kilka godzin, ale wieczorem mogłem skontaktować się z Karoliną. Ona i moi synowie wychodzili z siebie. Karolina popłakała się do telefonu. Andrzej wpadł w panikę. Na szczęście był z nimi Marcin. Byłem z niego dumny. Uspokoił swojego brata, a następnie zajął się matką. Byłem mu wdzięczny, chociaż wiedziałem, że to moje zadanie.

Jednak od czego jest rodzina? Mamy wspierać się w trudnych chwilach. A kolejne dwadzieścia lat były najgorszymi jakie mogły spotkać Ziemię.

Najgorsze wiadomości jakie mogliśmy usłyszeć. Bombardowanie Yellowstone, spowodowało reakcję łańcuchową, która spowodowała, że super wulkan pod Yellowstone mógł, nie miał wybuchnąć w przeciągu najbliższych 50 lat. Jednak jak wiesz nastąpi to szybciej.

Zbliżająca się erupcja, doprowadziła do tego, że wszystkie kraje zastanowiły się co zrobić, aby przeżyć.

Przy tym epidemia wirusa kilkanaście lat wcześniej niewiele znaczyła.

-Tato, myślę, że lepiej kończyć na dzisiaj.

-Ale…

-Niestety smyku, Andrzej ma rację.

-Tato, jesteś pewien, że nie zmienisz swojej decyzji? Myślę, że można by było coś jeszcze zrobić.

-Podjąłem decyzję i jej nie zmienię. Dobranoc, Andrzej.

0 0 vote
Article Rating

Post Author: DodoDan

Subscribe
Powiadom o
guest
18 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Adrianna
7 miesięcy temu

Bardzo ciekawy fragment. Na prawdę czyta się z wielką ciekawością, co wydarzy się dalej. Może zbierz to w jedną całość?

I am Emilia
7 miesięcy temu

Kolejna fajna opowieść. Pozdrawiam

Eveline Raspberry
Eveline Raspberry
7 miesięcy temu

Ciekawy i interesujący fragment. Czekam na więcej….

Dawid
Dawid
7 miesięcy temu

Mnóstwo powtórzeń oraz krótkich zdań bardzo mnie boli.

Aga
Aga
7 miesięcy temu

Fajna czytanka na ten wolny czas 🙂 super!

Ciekawska Magdalena
Ciekawska Magdalena
7 miesięcy temu

Może jednak na zmieni?

Koralina
7 miesięcy temu

strasznie…. dołujący, ale za to bardzo prawdziwy, każdy ma swój własny koniec świata

Monika
Monika
7 miesięcy temu

Wciagająca historia 😉

krystynabozenna
7 miesięcy temu

Czytałam jak przepowiednię, oby ten scenariusz się nie ziścił, a wszystko wskazuje, że nie będzie tak pięknie jak chcemy…

krystynabozenna
7 miesięcy temu

Chyba miałaś jakąś wyjątkową wenę twórczą, bo napisać coś takiego przed…
Niesamowite…

SAWKA
7 miesięcy temu

racja: straciliśmy szansę na rozgrzeszenie…

Natalia
Natalia
7 miesięcy temu

Ciekawe i wciągające, coś w sam raz na przymusowe siedzenie w domu 🙂

Wędrówki po kuchni
7 miesięcy temu

Trochę dołujący wpis , ale w sumie potrzebny i bardzo prawdziwy

Atrakcyjne wakacje
7 miesięcy temu

Jak zwykle podoba nam się

Marta
7 miesięcy temu

Wspaniale czyta się ten rozdział, choć mam nadzieję, ze w realnym świecie wszystko przebiegnie łagodniej 😉

Bielecki.es
7 miesięcy temu

Jakże mocno aktualne choć w całości fikcyjne

Justyna Nadine
7 miesięcy temu

Bardzo ciekawee opiadanie , masz talent