Rozdział VI – Niemy głos

Pierwszy rozdział

Poprzedni rozdział

Wieści o wypadku Andrzeja obiegły kamienicę w jeden dzień, a przynajmniej plotki.  

Zaczęło się od telefonu. 

Władysław – ojciec Andrzeja – dostał telefon od właścicielki kamienicy. Ze stoickim spokojem wysłuchał co mu powiedziano, a następnie poszedł po żonę do ich mieszkania.  

Tam Karolina wpadła w panikę, krzycząc coś o jej kochanym małym chłopcu. Według kilku ciotek zanim pojechali do szpitala, Władysław musiał najpierw uspokoić żonę. Dopiero wtedy pojechali do syna.  

Jednak niewielu jest pewnych co do ataku paniki Karoliny, jak i nieścisłości właścicielki kamienicy, pani Lidii. Kobieta mówiła jedynie, że chłopak jest w szpitalu, a sprawa nie wygląda za ciekawie.  

Resztę dopowiedzieli sobie ludzie jak to zwykle bywa w takich momentach.  

Było to jednym z powodów, dla których Elżbieta się martwiła. Usłyszała już kilka wersji i nie wiedziała, czy ma się śmiać z kreatywności mieszkańców, czy może płakać, bo któraś wersja może okazać się prawdziwa.  

Któryś z dzieciaków, który oglądał trening mówił, że Andrzejowi będą amputować nogę. Dlaczego? Na to już nie potrafił odpowiedzieć.  

Ktoś inny mówił, że jest w stanie krytycznym i jest z nim źle. Tylko, że Eli nie bardzo rozumiała, jak może być z nim tak źle, skoro to był tylko trening? I co niby musieliby na nim robić, aby coś takiego się stało.  

Eli usłyszała jeszcze kilka wersji zanim udało jej się spotkać z Jankiem dzień po wypadku.  

Elżbieta praktycznie złapała go na klatce schodowej jak wracał do swojego mieszkania. Nie pozwoliła mu przejść, dopóki nie wyjaśnił jej kilku rzeczy.  

  – Dlaczego mnie unikaliście? Co się stało Andrzejowi? – zapytała bez pardonu Elżbieta, stojąc na środku korytarza.  

Janek spojrzał na nią lekko zmieszany. Przez te dwa dni trochę się działo, ale uznał, że Eli powinna wiedzieć. Nie mogli teraz pozwolić sobie na kłótnie. Janek uznał, że muszą się jakoś ochronić przed Faustem i tymi jego tajemniczymi sztuczkami.  

  – Nie unikaliśmy cię – powiedział od razu Janek, podnosząc ręce w geście obronnym. Nie bardzo wiedział, jak zareaguje dziewczyna. Wyglądała jakby miała mu coś zrobić. – Sami musieliśmy przemyśleć kilka spraw w szczególności Andy. – Eli na imię swojego przyjaciela spięła się. Martwiła się o chłopaka, ale dalej nie zapomniała tego jak się u niej zachował. Jednocześnie ją zaskoczył jak i przeraził. – On ci wyjaśni – dodał Janek, widząc dość spiętą Elżbietę. Jeśli będzie chciał z tobą rozmawiać, dodał w duchu chłopak. Sam próbował rozmawiać z Andrzejem w szpitalu, ale chłopak milczał. Nic nie mówił. Wydawał się dziwnie spokojny. – Na razie jest w szpitalu, ale może dzisiaj wieczorem albo jutro rano go wypiszą – powiedział chłopak, zastanawiając się. Eli nadal patrzyła na niego wyczekująco, chociaż poczuła częściową ulgę. Skoro tak szybko go wypisywali to nie mogło to być nic poważnego, prawda? – Z tego co zrozumiałem od jego mamy ma złamane śródstopie. Jego mama to jakoś nazwała… – Zastanawiał się Jan. Chwilę zajęło mu przypomnienie sobie nazwy jakiej użyła pani Karolina. – Złamanie zmęczeniowe kości śródstopia – powiedział wolno chłopak. Naprawdę nie chciał się pomylić. – Według lekarzy będzie musiał przejść jakąś operację, ale więcej nie wiem – dodał chłopak z lekkim zmartwieniem się w głosie. 

Martwił się o przyjaciela. Z tego co zrozumiał, jeśli Andrzej nie będzie miał operacji nie będzie mógł dalej grać. Nie wróci do dawnej sprawności. Jego rodzice jeszcze nie podjęli decyzji. Na razie też nie chciał mówić więcej Eli. Nie chciał, aby dziewczyna za dużo się martwiła. I tak dołożyli jej wiele zmartwień, a miało się też pojawić o wiele więcej. Tylko najpierw Janek musi porozmawiać z Andrzejem. Najpierw z nim musi wszystko obgadać, a na razie Eli nie może zbliżać się do doktorka.  

  – Ale jak doszło do tego złamania? Coście robili na tym treningu? – zapytała Eli. Złamanie samo w sobie źle nie brzmiało.  

   – Lekarz powiedział, że to od zbyt intensywnego treningu – odparł sucho Janek, jednak wiedział, że było inaczej. 

Andrzej może i przychodził pierwszy na treningi, a wychodził z nich ostatni. Jednak nie przeciążał się. Sam upominał paru członków drużyny, że nie mogą trenować za ciężko i zawsze pod okiem trenera, bo nabawią się kontuzji. Andrzej w porównaniu do reszty drużyny nie zrobił sobie nigdy nic poważnego, przynajmniej do teraz.  

Jan nawet jakby chciał nie mógł podzielić się z Elą swoimi podejrzeniami. Nie uwierzyłaby mu. Jeśli powiedziałby jej, żeby unikała Fausta osiągnął by przeciwny efekt. Nie chciał na razie nic zrobić bez Andrzeja. Nawet jeśli nie powiedziałby tego głośno to sam niewiele mógłby wymyślić w tej sytuacji. Od planowania był Andrzej.  

W tej chwili Janek nie mógł zrobić nic więcej. Poprosić jedynie Elżbietę, aby przy najbliższej okazji porozmawiali dłużej. Na razie musiał zająć się zebraniem notatek dla Andrzeja.  

… 

Andrzej nie czuł się najlepiej. Miał wrażenie, że śni mu się koszmar. Koszmar na jawie, który nie chce się skończyć. Chciał się obudzić. Lekarz nie mógł mówić prawdy.  

Nie mógł stracić szansy na granie w reprezentacji miasta. Nie mógł zaprzepaścić jedynej takiej szansy w życiu. Nie był najlepszym uczniem. Może i miał tam smykałkę do matematyki, ale nigdy się tym nie interesował.  

Piłka była tym co kochał.  

Trudno było mu zaakceptować to co się dzieje, nawet jeśli został wypisany. Nie docierały do niego słowa ojca, że nie mają pieniędzy na operację. Będzie chodzić, ale większy wysiłek będzie powodował ból. Nie będzie mógł więcej grać. 

Nie docierało to do niego. Milczał.  

Jednym uchem słuchał, a drugim wypuszczał. Jego matka mówiła coś o przygotowaniu do matury. Matematyce i karierze naukowej. Gdyby to było wcześniej zaśmiałby się z tego pomysłu matki, a ojciec by do niego dołączył. Tylko teraz było inaczej.  

Kule jakie leżały obok jego biurka uparcie mu o tym przypominały. Leżały tam, a Andrzejowi wydawało się jakby szydziły z niego, chociaż było to niemożliwe.  

Miał wrażenie, że słyszy słowa.  

Nieudacznik. 

Niezdara.  

Jesteś zerem.  

Nie potrafisz niczego dobrze zrobić.  

  – Oni boją się ciebie – szeptał Mefistofeles, kryjąc się w cieniu chłopaka. – Ona się ciebie boi. – Powtarzał Mefisto. Wiedział co ma powiedzieć, aby zabolało najbardziej. – Unika cię. – Ludzie byli tacy naiwni. Chłonęli każde słowo diabła. Wystarczyło, że szeptał z cienia. – Zawiodłeś siebie – Szepnął prosto do ucha Andrzeja. Widział jak chłopak powoli zatraca się. Pochłaniały go czarne myśli. – Rodzinę. – Każde kolejne słowo powodowało, że Andrzej był bliski wybuchu.  Mefistofeles to widział. – To koniec. – Niby dwa proste słowa, a znaczyły dla Andrzeja wiele.  

To było coś czego nie chciał. Nie chciał, aby to co znaczyło dla niego wszystko się kończyło. Jego pasja. Jego przyjaźń. Jego życie. Miał wrażenie, że wszystko na co pracował legło w gruzach. Nie potrafił dostrzec nic poza swoim wypadkiem.  

Dla niego życie właśnie się skończyło. 

Nie potrafił dłużej się wstrzymywać.  

Nie miał siły dłużej walczyć.  

Oddał się własnemu gniewowi.  

Do końca dnia cała kamienica, mimo że nie widziała na własne oczy co zrobił chłopak, część z nich słyszała wszystko wyraźnie. Większość z nich słyszała krzyki i wrzaski dochodzące z mieszkania Andrzeja i jego rodziców. Słychać było Władysława, który próbował uspokoić swojego syna oraz błagania Karoliny. Usłyszeć jeszcze można było trzaski łamanego drewna.  

Nad ranem kilku lokatorów widziało jak Władysław niósł kilka desek za kamienice do świetnika. Tylko Janek i Eli, którzy widzieli pana Władza, wiedzieli, że te deski to biurko Andiego.  

Elżbieta chciała porozmawiać z Andrzejem. Jednak pani Karolina nie wpuściła jej do mieszkania. Powiedziała, że Andy do nikogo się nie odzywa i nie chce wychodzić z pokoju. Eli widziała, jak kobieta jest zmęczona, a minęło zaledwie kilka dni od wypadku chłopaka.  

Janek powiedział Eli jedynie, że chłopak potrzebuje czasu. Sam nie był pewien, czy to dobry pomysł, aby akurat Eli widziała Andrzeja w takim stanie.  

Nie ważne jak bardzo się to Elżbiecie nie podobało, uznała, że nie może naciskać. Musiała czekać. Miała tylko nadzieję, że Andy szybko sam zechce się z nimi spotkać.  

… 

Dni powoli mijały, a sytuacja z Andrzejem nie poprawiała się.  

Jan uznał, że lepiej będzie, jeśli to on będzie naciskał na chłopaka. Uznał, że ma większe szanse. Elżbieta przystała na tę propozycję z niechęcią. Janek wolał, aby dziewczyna nie mieszała się w to zbytnio. Jeśli Andy miał stracić kontrolę, to lepiej przy nim niż przy dziewczynie. On będzie miał przynajmniej jakąś szansę, aby się obronić.  

Dzisiaj udało się Jankowi wrócić z Eli do domu. Musiał przyznać, że dawno tego nie robili. Nie było też Andrzeja. Rozmowa między przyjaciółmi przebiegała raczej kiepsko. Jakoś nie potrafili spojrzeć sobie w oczy. 

Był między nimi jakiś dziwny mur. Żadne jakoś nie miało odwagi szczerze otworzyć się przed tym drugim. Zbyt dużo sekretów czy niedomówień. Gdy tylko ich wzrok się spotkał, drugie odwracało wzrok. Zamieniało temat.  

Rozmowa była niezwykle błaha i nieistotna. Jej jedynym zadaniem było zapełnienie tej niezręcznej ciszy. Tylko czy przypadkiem ta wymuszona rozmowa nie była gorsza?  

Jednak co to za przyjacielska rozmowa, która toczy wokół pogody, czy szkolnych kanapek. Nie było w tym uczucia, jakie zwykle im towarzyszyło.  

Nic nie zmieniło się, gdy dwójka przyjaciół weszła na wewnętrzy dziedziniec. Banalne pytania. Nic niewarte odpowiedzi.  

 -Zastanawiam się czy nie pójść do fryzjera – powiedział Janek, bawiąc się włosami. – Jakoś ni widzi mi się, aby znowu obcinała mnie ciotka Trudza. Strasznie trzęsą jej się ręce – stwierdził Jan, przypominając sobie poprzednie strzyżenie. Starsza kobieta skaleczyła go ostatnio w ucho. Nie jakoś poważnie, ale to już nie była ta sama kobieta co dziesięć lat temu. – Co myślisz?  

A znasz kogoś poza ciotką Trudzą? – zamigała Eli, nie bardzo interesując się rozmową. Jednak nie chciała też urazić Jana, jeśliby go zignorowała. Jakoś nie potrafiła skupić się na tej rozmowie.  

-A ta kobieta, do której chodzisz ty i twoja mama? – spytał chłopak, zerkając na Elżbietę.  

To damski fryzjer – odpowiedziała Eli z lekkim pożałowaniem na przyjaciela. Janek lekko się zaczerwienił. Ponownie popełnił gafę.  

Zawstydził się lekko. Zwiesił lekko głowę, nie bardzo wiedząc co teraz powiedzieć. Kątem oka zerknął na Elę. Może zaproponuje zmianę tematu?  

Tylko, że Elżbieta nie pokazywała do niego żadnych znaków. Machała komuś na powitanie.  

Eli tego nie robiła. Nie miała dobrych kontaktów z innymi mieszkańcami kamienicy. Oni tolerowali ją albo raczej współczuli, a ona po prostu akceptowała to, że istnieli. Dzieciaki zwykle się z niej nabijały. Ona nigdy nie witała się z nikim. Chyba, że byli to oni, Andrzej i Jan.  

Chłopak z pewną nadzieją odwrócił się w stronę, w którą machała dziewczyna. Tak bardzo chciał zobaczyć tam Andrzeja, jednak rozczarowanie zalało go jak kubeł zimnej wody.  

Najgorsze było to, że on się uśmiechał. Doktor Faust. Stał przy wejściu na klatkę schodową, rozmawiając z innymi mieszkańcami. Uśmiechał się pogodnie, a gdy tylko ujrzał Eli, odwzajemnił gest.  

Jan nie mógł tego zrozumieć. Czuł jak nigdy wcześniej wzbiera w nim złość. Gniew. On nie chciał, aby Eli miała kontakt z tym człowiekiem. Nie powinna. On nie jest dobry. Z tym człowiekiem było coś nie tak.  

Jan stanął gwałtownie, chwytając Elżbietę za rękę. Spotkała ona na niego zaskoczona. Może przymknąć oko na jego niektóre dziwne zachowania. Jak dystans w ich rozmowach. Unikanie wzroku. Wymijanie tematów.  

Teraz to.  

Co złego jest w tym, że wita się z Faustem? 

-Nie gadaj z nim – zabrzmiał ostro Jan, trzymając dziewczynę za nadgarstek. Eli chciała wyrwać rękę z uścisku chłopaka, aby powiedzieć mu, że nie może jej rozkazywać.  Chłopak w odpowiedzi tylko wzmocnił uścisk. Zaczynało to powoli boleć. – On jest niebezpieczny – Coraz bardziej zaciskał palce wokół jej nadgarstka. – To on za tym wszystkim stoi. – Mówił dalej Jan, coraz bardziej pogrążając się w paranoi. – Wiem to. – Eli chciała wyrwać rękę. – Po prostu to wiem – Nie miała tyle siły. Ale druga ręka była wolna. – Zauf… 

Plask!  

Elżbieta zamachnęła się z całej siły. Strzeliła chłopakowi siarczystego liścia.  

Na całej kamienicy zapanowała cisza. Wszyscy spojrzeli w stronę dwójki nastolatków.  

Jan stojący obok dziewczyny, dotykający piekący policzek. Elżbieta wyglądająca na zaskoczoną jak i przestraszoną, trzymającą się za posiniaczony nadgarstek.  

Janek pobladł. Jakby ktoś oblał go kubłem zimnej wody. Momentalnie policzek przestał go piec, podszedł gwałtownie do swojej przyjaciółki.  

  – Eli, ja nie… – zaczął chłopak, ale został powstrzymany przed Fausta, który stanął między nastolatkami. 

  – Może lepiej jak pójdziesz – powiedział łagodnie doktor, dotykając ramienia chłopaka.  

Przedstawienie trwało. Wiedział, że musi udawać troskliwego i zmartwionego. Zdawał sobie sprawę, że to on był powodem kłótni przyjaciół. Podejrzewał, że może dojść między nimi do starcia, jednak nie tak otwartego. To przechodziło jego najśmielsze oczekiwania. Musiał się naprawdę powstrzymać, aby się nie uśmiechnąć. Uwielbiał jak wszystko szło po jego myśli, a nawet lepiej.  

Wiedział, że swoją osobą jeszcze bardziej zdenerwuje chłopaka. Nie miał on zapędów do agresywnych zachowań jak jego kolega. U niego było coś znacznie ciekawszego.  

Obsesja.  

Chłopak miał w sobie zalążek zachowań obsesyjno-kompulsywnych. Nie jakaś silną odmianę. Mefistofeles obserwując chłopaka zauważył nadmierny porządek w pokoju. Wszystko ułożone symetrycznie. Łóżko pod oknem. Dwie niewielkie szafy po obu stronach. Biurko po lewej stronie drzwi, a po prawej komoda tak samo wysoka jak biurko. Do tego jeszcze brak kurzu.  

Demon zauważył, że chłopak sprzątał codziennie.  

Faust zdążył też sam zauważyć, że stał się nową obsesją chłopaka. Po prostu nie mogło być lepiej.  

Widział jak mina chłopaka zmienia się. Znikał lęk, Rysy się wyostrzały. Chłopak zmarszczył brwi. Jego ramiona zesztywniały. Zacisnął pięści.  

Uderzy go? 

Byłoby genialnie. Elżbieta mogłaby stracić cały szacunek, czy to coś co nazywają przyjaźnią. Odcięłaby się od nich całkowicie. Łatwiej byłoby mu było odkryć słabość dziewczyny. 

Musiał przyznać stanowiła dla niego wyzwanie. Wydawało się, że bardzo cieniła swoich przyjaciół. Tylko Mefisto wyczuł, że co do tej przyjaźni nastolatka ma dużo wątpliwości. Jakoś więcej ten demon nie chce mu zdradzić. 

Jak to ujął Mefistofeles? 

“Będzie więcej zabawy jak sam się dowiesz.” 

Niestety, jeśli demon uznał coś za “zabawne” najczęściej kosztowało to Fausta sporo. Cena bywała różna. Czasami był to tylko czas – którego doktor miał pod dostatkiem. Nie przepadał natomiast za tym jak demon wodził go za nos. W tym przypadku było to właśnie to.  

Przynajmniej nie będzie musiał nikogo zabijać czy pozbawiać kogoś części ciała.  

Tylko nie nienawidził nie wiedzieć.  

A ten chłopak przed nim? 

Błahostka.  

Faust określił go mianem miejscowego klauna. Idioty, który często pakuje się w kłopoty. Ktoś za kogo trzeba myśleć. Za niego pewnie myśleli jego przyjaciele. Pozbawiony ich wił się bezradnie.  

Tylko czy go uderzy?  

Byłoby zbyt pięknie. Zbyt łatwo.  

Jakiś mężczyzna podszedł do chłopaka, a następnie odciągnął go w stronę klatki schodowej. Pewnie zaprowadzi go do jego mieszkania. Janka czeka tłumaczenie się matce z powodu tego pięknego przedstawienia. Czekały go niemałe kłopoty.  

Pora na kolejny ruch.  

Faust odwrócił się przodem do dziewczyny. Wyglądała na zdezorientowaną. Lekko przestraszoną. Może zmieszaną.  

Doktor powoli dotknął jej posiniaczonej dłoni. Wkładał w swoje ruchy tyle troski i współczucia na ile jego martwe serce było wstanie. Udawanie takich emocji nie było trudne. Wystarczy lekko, ale łagodnie zmarszczyć brwi. Dotykał ostrożnie jej – już lekko napuchnięty – nadgarstek.  

  – Pójdziemy do mnie i go opatrzę, dobrze? – powiedziałem łagodnie, a dziewczyna pokiwała głową.  

Kilku naszych sąsiadów patrzyło na wszystko z daleka. Półgłówki. Sępy, które czekają na takie rozrywki, bo ich życie jest nudne, bezbarwne i monotonne. Do wieczora pewnie powstanie już masa plotek na ten temat.  

Ciekawe, kiedy pojawią się rodzice dziewczyny. Ktoś na pewno ich powiadomi, skoro ją do siebie bierze.  

Pewnie pomyślą, że stało się coś poważnego.  

To dobrze. 

… 

Długo czekać nie musiał.  

Apolonia jak oparzona wpadła do gabinetu Fausta, gdy ten bandażował dziewczynie nadgarstek.  

Henryk przez chwilę zastanawiał się jak można być bezczelnym, aby tak wpaść do czyjegoś mieszkania. Rodzice. To coś czego nie ważne jak bardzo próbował zgłębić nie rozumiał.  

Jedni żywili bezwarunkową miłość do swoich dzieci. Potrafili zrobić wszystko, aby nie cierpiały. Nawet jeśli oni mieli umrzeć. Sprawdzał to nawet kilka razy w poprzednim wieku.  

Inni natomiast potrafili je poświęcić, byle by tylko oni mogli przeżyć.  

Niby wszyscy mieli pełnić taką samą rolę, a tak bardzo się różnili. Każdy przypadek trzeba było brać oddzielnie.  

Apolonia wyglądała raczej na matkę, która zrobiłaby wszystko dla swojego dziecka. Tylko czy to była miłość, czy wyrzuty sumienia? Może próba rekompensaty? 

Faust usłyszał od jednej z starszych sąsiadek, że Elżbieta straciła głos w wyniku powikłań po chorobie. Jej rodzice nie mieli w tamtym czasie pieniędzy, więc nie mogli opłacić leczenia. Z tego co się orientował niewiele się od tego czasu zmieniło.  

Doktor uważnie obserwował dziewczynę. To jak zachowuje się w stosunku do matki. Na pierwszy rzut oka wyglądało to normalnie. Matka martwi się o córkę, która jej odpowiada. Lekki nieśmiały uśmiech, który ma ją pocieszyć. Zapewnić, że to nie było nic wielkiego. Przynajmniej nie to co opowiadały sąsiadki.  

Tylko ktoś kto od lat zajmował się obserwowaniem ludzi, zauważyłby różnicę. Właśnie nad tą różnicą ciężko pracował Faust. Uczucie.  

Ruch czy gest można powtórzyć. Udawać, ale uczucie niebywale trudno. Długo zajęło doktorkowi udawanie uczuć, w określonych momentach. Nikt nie mógł wyczuć, że udawał.  

Niby niewielu to zauważało, ale nigdy nie wiadomo kim mogła być ta osoba.  

Elżbieta, mimo pocieszania matki, miała pusty wzrok. Uśmiech nie był tak delikatny jak się wydawał. Drobna zmiana w oczach. Jakby… 

Wyrzut? 

Faust czuł jak kącik ust idzie mu do góry. Musi się opanować. Sam krytykuje innych za brak umiejętności ukrywania uczuć, a sam przed chwilą by wpadł.  

Jest tylko człowiekiem, niestety. Musi się pilnować. Cały czas. 

Odkrył coś naprawdę ciekawego.  

Dziewczyna miała żal. Żal do rodziców, że przez nich straciła głos. Faustowi obiło się o uszy, że kiedyś wróżono Elżbiecie karierę śpiewaczki. Podobno to kochała.  

Mógłby użyć tego żalu, aby wsadzić zadrę między nią, a rodziców. Tylko po co?   

Nie wyglądało na to, aby dziewczyna ceniła rodziców wyżej niż osoby, które ją utrzymują. Mogła martwić się o matkę. Może ją kochać, ale też czuć wobec nich wielki żal.  

Tylko to nie oni są dla niej najważniejsi.  

Henryk zorientował się, że dziewczyna już dawno temu utraciła to co dla niej najważniejsze. 

Może o to chodziło Mefistolesowi? 

Faust nie będzie w stanie się zemścić? 

Musiał się przekonać. To rzeczywiście mogła być całkiem niezła zabawa.  

Post Author: DodoDan

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *