Opowieści z Przeszłości – Roz. 6 „Mogło być inaczej”

Pierwszy rozdział

Poprzedni rozdział

-Wiesz, że to już ostatnia cześć mojej historii?

-Wiem, dziadku. Kocham cię.

-Ja ciebie też smyku.

Pamiętam, że zanim ogłosili, że superwulkan pod Yellowstone wybuchnie w 2141 roku publicznie, Michał mi o tym powiedział.

Pamiętam, że tamtego dnia zaprosił mnie do swojego gabinetu. Było to kilka dni po tamtym trzęsieniu ziemi. Zginęło wtedy prawie 200 żołnierzy w samej bazie. Zajmowaliśmy się wtedy sprzątaniem gruzu. Z radia jakie mieliśmy dowiedzieliśmy się, że w wielu państwach na świcie odbyły się potężne trzęsienia ziemi. Do tego doszło jeszcze kilka fal tsunami. Pamiętam, że kilkanaście nadbrzeżnych miast znalazło się pod wodą.

Było tyle ofiar. Ludzie nie zajmowali się już tą bezsensowną wojną. Był to drugi raz, gdy stanęliśmy przed problemem, który mógł skończyć wszystko. Wielu żołnierzy było wysyłanych do terenów objętych katastrofami, aby pomóc rannym.

Pojawiło się kolejne wyzwanie…

Michał zaprosił mnie do siebie. Siedział za biurkiem. Wyglądał jakby nie spał od wielu dni. Mógłbym go przyrównać do żywego trupa, jednak jego samopoczucie było w jeszcze gorszym stanie.

Od razu spytałem go o co chodzi. Kazał mi usiąść. Chciałem powiedzieć, że to nie jest konieczne, ale patrząc na niego poczułem, że jest to coś poważniejszego niż trwająca naokoło wojna. Usiadłem, a Michał mi o wszystkim powiedział.

Naukowcy powiadomili przywódców państw o obecnej sytuacji. Zrobili jakieś zebranie i uzgodnili, że najpierw powiadomią generałów. Mieli się oni stawić w Brukseli, stolicy ZKPA. Mieli też tam być jacyś dyplomaci ze Zjednoczonej Rosji, Sojuszu Japońsko-Chińsko-Australijskiego, oraz krajów niezależnych. Tamte obrady trwały kilka dni.

Mieli wymyślić jak ocalić ludzi. Chciał, żebym z nim pojechał jako asystent, ale też jako wsparcie emocjonalne. Pojechaliśmy. Ale żaden z nas nic nie powiedział naszym rodzinom.

Jedyne co podano do wiadomości publicznej, że podpisano pakt pokojowy. Wojna skończyła się po prostu z dnia na dzień. Ludzie byli zdziwieni, ale jednocześnie poczuli ulgę. Lecz krótko się nią cieszyli.

Chyba miesiąc, gdzieś koło tego.

W tym czasie Michał i ja mieliśmy polecieć do Brukseli. Po drodze mieliśmy zatrzymać się w Monachium, aby się przepakować. Byliśmy w domu chyba kilka godzin.

Pamiętam, że Karolina była na mnie zła.

Nie.

Zła to mało powiedziane. Było to nasze pierwsze spotkanie po tamtej katastrofie w bazie, gdy przez kilkanaście godzin moja żona myślała, że nie żyję.

W rozmowie przez telefon była spokojna. Jednak, gdy przekroczyłem próg naszego domu, stała z boku. Pozwoliła mi przywitać się z synami. Obydwoje przytulili mnie. Andrzej trząsł się. Przez chwilę miałem wrażenie, że dostanie ataku paniki. Cały czas mówił, że bardzo się bał.

Zrównałem się z nim i mocno przytuliłem. Spytał mnie wtedy, czy zawszę będę mógł wrócić do domu, że ich nie zostawię. Trudno obiecać takie coś, gdy pracuje się w wojsku. A jeszcze trudniej, gdy wiesz więcej niż inni.

Ale nie mogłem. Musiałem powiedzieć mu, że obiecuję. Nawet jeśli zdawałem sobie sprawę, że prędzej, czy później złamię tę obietnicę. Andrzej potrzebował takiego zapewnienia.

Nie wiem, czy twój ojciec zdawał sobie z tego sprawę. Chyba tak. Jak był dzieckiem był bardzo mądry. Ale w tamtym czasie potrzebował takiego wsparcia. Zapewnienia, które chociaż na moment pozwoliło poczuć ulgę.

Gdy Andrzej się trochę uspokoił porozmawiałem z Marcinem. Przez ostatnie kilka dni pomagał matce we wszystkim czym tylko mógł. Podziękowałem mu za to. Powiedziałem też, że byłem z niego dumny.

Do dzisiaj jestem. W tamtej chwili wykazał się niezwykłą dojrzałością oraz odwagą. Większą niż niejeden chłopak w jego wieku.

Powiedział mi też, że u nich odczuwalne były tylko niewielkie wstrząsy. Nikt nie był ranny. Jedynie kilka kubków czy dzbanków się potłukło. Ale to były tylko rzeczy. Mojej rodzinie nic nie było.

Później dowiedziałem się też, że jak Marcin miał czas pomagał żonie Michała. Ona była tylko z Adrianną, która miała trzynaście lat. Pomógł im przy sprzątaniu i drobnych pracach. Jednak wiem od Michała, że nawet coś tak drobnego pomogło jego żonie przetrwać tamte chwile.

Ale wracając…

Karolina…

Z nią przywitałem się na końcu. Chłopcy chyba domyślili się, że chcę być z ich matką sam na sam. Zniknęli gdzieś w wnętrzu domu.

Stałem tak chwilę patrząc sobie z Karoliną w oczy. Były lekko zaczerwienione. Musiała niedawno płakać. Może przeze mnie?

Miała też podkrążone oczy. Marcin powiedział, że od czasu trzęsienia ziemi Karolina nie spała dobrze. Wydawała mi się wtedy taka krucha.

Jednak jej mina nie wyrażała żadnych uczuć. Trudno mi było powiedzieć, co w tamtej chwili miara zamiar zrobić. Myślałem, że mnie skrzyczy, że jak mogę ją tak martwić…

…że wyładuje na mnie swój gniew.

…że zacznie płakać, krzycząc na cały dom.

Ale nie zrobiła tego. Naprawdę mnie wtedy zaskoczyła. Podeszła do mnie i wtuliła się. Jak zawsze objąłem ją swoimi ramionami, a ona szepnęła, że cieszy się, że jestem w domu. Ucałowałem ją w głowię, a następnie powiedziałem, że ją kocham. Ona na to tylko mocniej się we mnie wtuliła.

Nie wiem, ile tak staliśmy. Na pewno kilka dobrych minut, dopóki Karolina nie odsunęła się. Powiedziała, że pomoże mi się spakować. Wiedziała, że ja i Michał przyjechaliśmy tylko na kilka godzin. Wieczorem mieliśmy mieć wojskowy samolot do Brukseli.

Pomogła mi się przepakować, mówiąc przy tym, że cieszy się, że to koniec tej bezsensownej wojny. Mówiła, że to dobrze, bo w końcu przywódcy zajmą się ważniejszymi sprawami, takimi jak odkrycie źródła tych ostatnich katastrof jakie działy się na świecie. W tamtym czasie stało się jeszcze kilka trzęsień ziemi oraz wybuchło kilka pożarów. Jednak nikt nie łączył tego z tym co miało nadejść.

Nie mogłem patrzeć na Karolinę jak czuje taką ulgę, wiedząc, że za kilka albo kilkanaście dni jej cały świat, świat nas wszystkich miał się diametralnie zmienić.

Z jednej strony chciałem jej to powiedzieć. Czułem, że wtedy zdejmę ze swoich barków ogromny ciężar. Poczułbym ulgę, ale jednocześnie obarczył bym tym ciężarem Karolinę. Mogła się załamać, gdybym jej powiedział, że w przeciągu 70 lat wybuchnie wulkan Yellowstone.

Ale nie mogłem. Może to samolubne, ale chciałem, aby przez te kilka dni cieszyła się.

Czuła ulgę, że wojna się skończyła. Cieszyła się, że nie będzie więcej się martwić o to, czy wyślą mnie na front. Nie będzie się obawiała, że pewnego dnia zadzwonią do niej i powiedzą, że nie wrócę.

Z tym trochę prawdy było. Na front już nie pojechałem. Jedynie w tamtym czasie wysyłali mnie do miejsc, gdzie zdarzyły się katastrofy. Mieliśmy wynosić ludzi spod gruzów albo chociaż to co z nich zostało. Pomagać przy gaszeniu pożarów, czy uciszać ludzi, którzy próbowali szturmować sklepy albo budynki rządowe. Jednak te ostatnie z czasem zdarzały się coraz rzadziej.

Bo co mógł zrobić wojskowy w sprawie wybuchu wulkanu?

Nic.

To było zadanie naukowców, a skoro o nich mowa…

Po spakowaniu się ruszyliśmy z Michałem na samolot. Byliśmy na miejscu kilka godzin później.

Żaden z nas wtedy nie powiedział swoim rodzinom, że szczyt w Brukseli, nie jest szczytem pokojowym. Żaden z nas nie potrafił tego zrobić. Może byliśmy największymi tchórzami albo niezwykle odważni, bo próbowaliśmy chociaż na chwilę osłonić przed tym cierpieniem swoich bliskich.

Szczyt Kryzysowy jaki odbył się w Brukseli był inny niż się spodziewaliśmy. Szczerze to trudno mi nawet powiedzieć, jak powinien wyglądać taki szczyt.

Na początku było dość chaotycznie. Pominę to, że zakwaterowano nas w jakimś hotelu dla polityków, czy czymś podobnym ulicę dalej od Bazy Głównodowodzących ZKPA.

Pamiętam, że wielu ludzi biegało wokoło nas. Słyszałem wtedy wiele języków. Głównie angielski, ale zdarzało się też słyszeć rosyjski, francuski, czy nawet japoński.

To było niesamowite jak szybko udało się przybyć do Brukseli przedstawicielom państw. Takiego zamieszania nie było nawet przy epidemii wirusa kilkanaście lat wcześniej.

Zdaje mi się, że dopiero wtedy dostrzegli, że wszystko co mają może przepaść nawet z dnia na dzień.

Potem wiele godzin siedzieliśmy w sali obrad. Słyszeliśmy wiele planów, które miały w jakiś sposób zadziałać.

Były pomysły wstrzymania erupcji, ale niewiele z nich zrozumiałem. Jedyne co pamiętam, że były one aktem desperacji i nawet głupoty.

Chyba chińscy albo japońscy delegaci mieli pomysł przekierowania wybuchu. Jednak potrzebowaliby niezwykle wytrzymałego materiału, który wytrzymałby temperaturę między 1350-1400 °C. Może przez krótką chwilę, ale nie na tyle by przekierować całą energię wybuchu.

Wtedy do akcji wkroczyli ludzie z NASA. Aż trudno uwierzyć, że ich agencja przetrwała tyle lat, mimo, że Stanów Zjednoczonych nie było od wielu lat. Ale z drugiej strony z biegiem lat stali się organizacją prywatną. Jeszcze bardziej zaskakujące było to co, ukryli przed światem.

To było coś niespodziewanego, ale tacy bywają naukowcy. Potrafią wyciągnąć asa z rękawa. Tym razem nie było inaczej.

Wyszyli na środek sali, mówiąc, że gdy my bawiliśmy się w wojnę oni zajmowali się sprawami ważnymi. Podobno prawie dziesięć lat wcześniej udało im się wysłać człowieka na Marsa. Niestety szczegółów nie zdradzili, ale pracowali nad stworzeniem bazy na Marsie. Miała pomagać w badaniach kosmosu, ale wtedy przyszedł im inny plan.

Dowiedzieliśmy się wtedy, że wulkan miał wybuchnąć w ciągu najbliższych 100 lat. Jednak jak wiesz mieliśmy trochę mniej czasu.

Ale wracając…

NASA przedstawiło nam swój plan. Na Marsie już od kilku lat mieli niewielką stację badawczą. W przeciągu dwóch lat od wylądowania na Marsie udało im się znaleźć źródło wody pod powierzchnią. W ciągu pięciu udało im się wybudować bazę badawczą na sto osób.

Jedynym wyzwaniem było w ciągu przynajmniej 50 lat stworzyć bazy mieszkalne dla prawie trzech miliardów osób. Prawie niemożliwe do osiągnięcia dla jednego kraju, ale dla wszystkich? Bardziej osiągalne.

Cóż dalej nie ma za wiele do opowiadania…

Im bliżej było do erupcji tym bardziej nasilały się kataklizmy. Ich już nie dało się zapobiec. Wszystkie siły skupione były na budowie bazy. Nie znam szczegółów. Nie bardzo też miałem czas, aby się tym przejmować.

Wojskowy w tej kwestii nie miał wiele do roboty.

Odesłali nas do domu, przynajmniej na kilka tygodni, w których ogłosili co nadejdzie.

Przez pierwsze dni ludzie sądzili, że to żart. Chyba taka tragedia, była dla wielu ludzi zbyt wielkim ciosem. Szczególnie dla mojego pokolenia, które najpierw mierzyło się na przełomie 20/30 lat mierzyło się z epidemią. Potem kilka lat spokoju. Wojna w wojna w latach 30, a w połowie lat 40 ogłoszono, że za około 100 lat lub mniej wybuchnie wulkan, który zakończy wszelkie życie na Ziemi.

Większość uznała, że koniec świata to dobry pomysł na zadbanie o siebie. Można powiedzieć, że niektórym ludziom nieźle odbiło.

Niektórzy napadali na sklepy, kilku próbowało na jakieś centra handlowe, ale szybko się to skończyło. Wojsko uciszyło zamieszki, a ludziom się to poniekąd przestało opłacać. Chyba większość zrozumiała, że takie działania są bezsensowne.

Zresztą niektórzy uznali, że jakiekolwiek działania są bezsensowne. Niektórzy szybko utracili nadzieję. Dużo osób popełni…

-O tym akurat na razie nie musisz mu mówić, tato.

-Opowiadam o epidemii, wojnie, a nie mogę…

-Tato!

-Eh… Niech będzie po twojemu, Andrzej.

Na czym to ja…

Już, pamiętam.

Wielu ludzi w tamtym czasie umarło, czy to z winy natężających się kataklizmów, z ręki innych, czy własnej winy.

Staraliśmy się jakoś żyć z dnia na dzień. Siedzieliśmy na tykającej bombie, ale nie mogliśmy utracić nadziei. Staraliśmy się czerpać z życia garściami, póki jeszcze możemy.

Życie o dziwo toczyło się dość normalnym rytmem, gdy ludzie stali sobie sprawę z sytuacji.

Czasami pojawiały się jakieś kataklizmy. To jakieś nadbrzeżne miasto znalazło się pod wodą, to huragan zniszczył kilka budynków. Jedne były silniejsze, inne słabsze, ale zawsze były jakieś stary w ludziach.

Jeśli udało nam się wcześniej zareagować, to ofiary liczone były w setkach, a czasami nawet jeśli byliśmy przygotowani staraliśmy się ograniczyć straty.

Jednak czasami nie da się zrobić nic. Ofiary liczono wtedy nawet w setkach tysięcy. Nikt nie był zdolny zatrzymać tych katastrof.

Można jedynie było ograniczyć straty. Tym właśnie zajmowali się w tamtym czasie wojskowi.

Wysyłano nas na miejsca katastrof. Zwykle mieliśmy odeskortować ludzi w bezpieczne strefy, jeśli odkryliśmy zagrożenie wystarczająco wcześnie. Jednak czasami nawet to nie pomagało.

Częściej przeprowadzaliśmy akcje ratunkowe na dużą skalę. Wyławianie ludzi, wyjmowanie ich spod gruzów.

Czasami takie akcje trwały kilka tygodni, potem zwykle akcję przejmowały służby lokalne. Zajmowali się łagodnie ujmując sprzątaniem terenu. Zginęło wtedy prawie pół miliarda ludzi.

Oprócz tego żyło się normalnie, albo raczej wszyscy próbowali utrzymać taki stan rzeczy.

Pamiętam, jak Marcin skończył szkołę. Oznajmił nam wtedy, że będzie studiował chemię. Chciał jak najlepiej przydać się przy akcji kolonizacji Marsa.

Zapomniałem powiedzieć…

NASA w tamtym czasie ogłosiło coś w stylu otwartej rekrutacji. Każdy kto miał jakieś znaczące osiągnięcia trafiał do zespołu na Marsie, a jeśli ktoś miał wiedzę pomagał na Ziemi jakoś zorganizować transport, czy badać próbki. Potrzebny był każdy kto miał jakiekolwiek przydatne umiejętności. Inżynierowie. Elektrycy. Chemicy. Biolodzy. Matematycy. Można by było tak wymieniać i wymieniać.

Każdy kto chciał starał się jakoś pomóc.

Jak Marcin poszedł na studia rzadko bywał w domu, a natomiast coraz rzadziej wyjeżdżałem. W końcu byłem blisko pięćdziesiątki gdy Marcin zdawał licencjat, a Andrzej wybierał się na fizykę.

Młodzi płacili za nasze błędy. To oni starali się wszystko naprawić, gdy my doprowadziliśmy do takiej sytuacji.

Lata mijały. Andrzej na studiach zaczął umawiać się z Adrianną. Tworzyli naprawdę uroczą parę. Pobrali się od razu pod studiach.

Zawsze trochę mnie to bawiło, że Andrzej pobrał się przed Marcinem. Miał w swoim uczelnianym życiu kilka dziewczyn, mieliśmy nawet szczęście z Karoliną poznać chociaż dwie z nich.

Niestety twój wujek zaręczył się dopiero trzy lata temu, a już myślałem, że zostanie z niego stary kawaler.

Szkoda, że Karolina tego nie zobaczyła…

Nie widziała tak wielu rzeczy. Jak skończyłeś dwa latka. Gdy poszedłeś do szkoły. Jak pojechaliśmy całą rodziną na weekend na ryby.

Tyle rzeczy przegapiła…

Może to dobrze, że nie musiała patrzeć na to, co działo się kilka lat temu. Jak rząd ogłosił, że baza na Marsie jest gotowa. Tylko problem polegał na tym, że w bazie mogło zamieszkać około 2 miliardów ludzi. Może trochę mniej, a nas było 3 miliardy.

Rząd zmuszony był przeprowadzić segregację ważności.

Pamiętam, że wtedy zaczęła się prawdziwa histeria ludzi. Ci biedniejsi sądzili, że w ogóle im się nie uda. Ktoś też w pewnym momencie puścił plotkę, że na statek na Marsa dostaną się tylko zamożni. Mieliśmy przez to sporo problemów. Masa zamieszek w dużych miastach.

Jak się cieszę, że nie musiałem brać udziału w opanowaniu zamieszek. Władze męczyły się z nimi z dobre dwa tygodnie. Gdy do ludzi dotarło, że każdy przejdzie przez kwalifikację. Jedyne warunki to bycie zdrowym i niepopełnienie żadnego poważnego przestępstwa.

Nie było możliwości kupna miejsca, a ludzie przestali próbować, gdy rząd – pod namowami naukowców – ogłosił, że każdy kto będzie próbował wykupić miejsce albo zapłacić, aby ktoś nie wszedł sam zostanie wykreślony z listy.

Od razu skończyły się problemy z łapówkami. A przynajmniej nie było ich tak wiele.

Pamiętam, że jeszcze przy chorobach była pewna selekcja. Nikomu nie przeszkadza cukrzyca, czy innych ludzi biorących stałe leki. Nie klasyfikowali się tylko ci śmiertelnie chorzy, którzy mogli umrzeć w przeciągu kilku miesięcy czy roku. Pamiętam, że dużo było problemów z ocenieniem osób chorych psychicznie.

Niestety niewiele wiem na ten temat, jedyne co pamiętam to, to, że niektórzy ludzie burzyli się przeciw temu.

Pierwsi ludzie, którzy polecieli na Marsa, aby tam zamieszkać wylecieli chyba już 3 lata temu. Twój wujek poleciał tam pierwszym promem, aby pomagać w tamtejszym instytucie badawczym.

Pamiętam, jak mi to powiedział. Wstrzymywał się do ostatniej chwili. Chyba myślał, że go skrzyczę…

Pierwszy raz w życiu widziałem, aby zachowywał się jak małe dziecko, które wie, że spotka je kara. Ale ja nie miałem za co go ukarać. Przytuliłem go i powiedziałem, że jestem z niego dumny. Z obydwu synów jestem dumny. Oboje wyrośli na dobrych i odpowiedzialnych mężczyzn.

Szczerze powiedziawszy to czułem się też trochę winny. Nie powiedziałem mu o tym, że zamierzałem zrezygnować.

Dopiero po jego odlocie złożyłem papiery, że zamierzam odstąpić komuś miejsca na statku. Dzisiaj zrobiłbym to samo.

Przeżyłem już swoje, a tutaj są inni, którzy powinni polecieć.

Z resztą nie byłem jedyną osobą, która zrezygnowała ze swojego miejsca. Większość osób starszych głównie ci po 70-siątce jak ja zrezygnowali.

Dzięki temu mogło na pokład trafić kilka tysięcy, więc osób. Nie wiemy kto zajął nasze miejsca.

Może dzięki temu jakaś rodzina nie została rozdzielona?

Może dzięki temu jakaś para nie musi się żegnać?

Dzięki temu osoby z listy rezerwowej, osoby niepełnosprawne, czy w inny sposób odrzucone miały szansę na nowe życie.

Mam nadzieję, że uda Wam się coś zmienić. Chcę żebyś pamiętał, co doprowadziło do zagłady Ziemi. Chcę żebyś pamiętał jakie błędy popełniliśmy, aby się na nich uczyć.

Chcę, żebyś miał dobre życie i mądrze z niego korzystał, bo życie mamy tylko jedno.

Nie zawsze pojawi się światełko w tunelu, dając drugą szansę. Trzeba robić wszystko za pierwszym razem tak jakby to był ostatni.

-Tato…

-Wiem, Andrzeju. Wiem.

-Kocham cię dziadku.

-Nie płacz, Kostek. Ja zawsze będę obok.

….

I więcej go nie widziałem. Tamtego dnia odleciałem razem z rodzicami oraz innymi ludźmi ostatnim promem na Marsa.

0 0 vote
Article Rating

Post Author: DodoDan

Subscribe
Powiadom o
guest
24 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Ciekawska Magdalena
Ciekawska Magdalena
5 miesięcy temu

Smutne te pozegnamia więc lepiej tego nie robić

Wredotek
5 miesięcy temu

Nie lubię pożegnań. Zawsze są dla mnie trudne i smutne.
Ale muszę przyznać, że jest to kawałek naprawdę dobrego tekstu – świetnie się czyta 🙂

Justyna
Justyna
5 miesięcy temu

Dobrze napisany tekst

Atrakcyjne wakacje
5 miesięcy temu

Przeczytaliśmy jednym tchem

krystynabozenna
5 miesięcy temu

Gdyby teraz ten wulkan wybuchła, nikt by nie przeżył i ciekawe jakby Ziemia wyglądała, o ile by coś z niej zostało…

Atrakcyjne wakacje
5 miesięcy temu

Chyba by już jej nie było

Bookendorfina
5 miesięcy temu

Chętnie poczytam w wolnej chwili, pożegnania często smucą, ale czasem okazują się drogą ku wolności.

Izabela
5 miesięcy temu

Smutne te pożegnania ale za zwyczaj tak jest

Marta M
Marta M
5 miesięcy temu

Zazdroszczę takiego talentu. Super

Aleksandra
5 miesięcy temu

Trochę smutny, ale wciąż świetny tekst. Już to pisałam, ale uwielbiam Twój styl 🙂

Kasia
5 miesięcy temu

Nostalgicznie i smutno troche mi teraz. Ale styl jak zawsze rewelacyjny

Po prostu MAMA
Po prostu MAMA
5 miesięcy temu

Sporo tu skrótów myślowych, kilka nieporadnie złożonych zdań. Przydałby się dobry redaktor… To pomogłoby Ci rozwinąć skrzydła…

Justyna
Justyna
5 miesięcy temu

Super

Aneta
Aneta
5 miesięcy temu

Chyba muszę wrócić do poprzednich części, ta mnie wciągnęła.

Magdalena
Magdalena
5 miesięcy temu

Świetny tekst, naprawdę mnie wciągnął!

Ania
Ania
5 miesięcy temu

Zawsze mogły by być lepiej, tzw. Koszty utraconych możliwości

krystynabozenna
5 miesięcy temu

Polecieć na Marsa, oj nie jest to takie proste…

Magdalena
5 miesięcy temu

Bardzo ładnie piszesz. Powiem Ci z doświadczenia, że pożegnania, choć czasem bardzo trudne – zawsze są początkiem nowego.

Ewa Smaś
Ewa Smaś
5 miesięcy temu

Trochę smutkiem zawiało. Ale dobrze napisane!

Joanna
5 miesięcy temu

ciekawy tekst … choc smutny

Klaudia j
5 miesięcy temu

Z pożegnaniami bywa różnie, ale często wprawiają w nostalgię

Aneta
5 miesięcy temu

Każde pożegnanie to nowy rozdział.