Mojmira – Rozdział I


Rozdział I (obecnie czytany) 
Rozdział II
Rozdział III
Rozdział IV
Rozdział V



Zanim poznacie dalszy ciąg historii jak wcześniej mówiłam musimy cofnąć się w czasie.  
Wyobraźcie sobie zegar. Wskazówki powoli przesuwają się do przodu zwiastując koniec. A obok nich znajduje się data.  
17 maja 2015 roku. NIedziela. Piętnaście minut po drugiej popołudniu.  
Nazwijmy tą chwilę godziną Zero.   
A teraz wskazówki zaczynają się cofać. Co raz szybciej i szybciej. Tik. Tak. Tik. Tak. 
 Najpierw o godzinę, potem o dwie…  
14 maja 2015 roku. Czwartek. Godzina czternasta piętnaście. 
Ten moment będzie idealny do rozpoczęcia historii.  
Jednak zanim to nastąpi trzeba wam przedstawić kim dokładnie jest Mojmira.  
Wielu z was zastanawia się zapewne skąd to dziwne imię? Co ono oznacza? Kim ona właściwie jest? 
Spokojnie wszystko z biegiem czasu się wyjaśni.  
Zaczniemy od czegoś prostego.  
Mojmira to na pozór zwykła osiemnastoletnia dziewczyna, a tak właściwie już kobieta. Obecnie uczęszcza do drugiej klasy liceum. Dobrze ucząca się uczennica z jedną bliską przyjaciółką Mary. Ale o niej dowiecie się trochę później.  
Nasza bohaterka od dwóch lat mieszka w południowej Anglii, w niewielkim miasteczku nieopodal rozległego lasu.  
 A co nasza bohaterka robi w Anglii? 
Jej ojciec, który wychował się w Polsce posiada brytyjskie korzenie. Z czasem dostał tam dobrze płatną pracę, jednak nie jest to jakoś szczególnie ważne.  
Wracając… 
Mojmira to prasłowiańskie imię znaczące „mój skarb” albo „mój pokój”. Nazwała ją tak matka, rodowita Słowianka, która żyła w otoczeniu prawie zapomnianego narodowego folkloru.  
Mitologia słowiańska.  
Dzisiaj niemal popadła w zapomnienie, lecz nadal żyją rodziny, które przekazują dalej stare legendy i mity. 
Baśń o boskiej krainie Wyraju, gdzie siedzibę mają bogowie – Świętowit, ojciec bogów, pana Słońca. Jego trzech synów – Peruna, który razem z swoim bratem Weselem stworzyli życie na Ziemi i najmłodszego z nich Chorsa – strażnika nocnego nieba.  
Można byłoby ich tak wymieniać, podobnie jak demony słowiańskie – strzygi, żmije, bogunki… 
Każde z nich czym się różni, ale nie martwcie się. W tej opowieści poznacie chociaż kilka z nich.  
A teraz matka Mojmiry, Myślibora. Imię to znaczyło „tę, która myśli o walce”. Nie było ono trafne do charakteru, mamy dziewczynki. Kobieta była niezwykle spokojną osobą. Wolała rozwiązywać sprawy pokojowo przez rozmowę. Ale nie wyobrażajcie sobie, że była naiwna! Skądże! Jednym z jej atutów jest inteligencja, którą odziedziczyła jej ukochana córka.  
Ojciec Mojmiry nosił bardziej powszechne imię, przynajmniej w Anglii, Noah. Wesoły, przyjazny mężczyzna o wielkim talencie kulinarnym. To właśnie on sprawił, że Noah otworzył niedużą restaurację, a raczej bar.  
A żona pracowała jako weterynarz. Dość ciekawe połączenie.  
Ostatnim członkiem rodziny był jedenastoletni Markusław. Żywiołowy, energiczny chłopczyk.  
Normalna rodzina. Każdy miał swoje hobby, własne zdanie. Nie jeden raz się kłócili i godzili jak każdy.  
Ale mieli jedną rzecz, która ich łączyła – zamiłowanie do kultury prasłowian, chociaż w różnym stopniu.  
Czas ruszyć historię do przodu.  
Powróćmy do klasy, w której Mojmira patrzyła przez okno. Zostało ostatnie dziesięć minut do końca lekcji. Z niecierpliwieniem czekała na dzwonek. To nie tak, że nie lubiła szkoły. Było to miejsce, gdzie mogła spotykać się z swoją przyjaciółką Mary. Znały się  od dzieciństwa, ponieważ Mira przyjeżdżała do tego miasta na każde wakacje.  
Zaprzyjaźniły się w wieku dziesięciu lat, gdy Mira była dręczona przez inne dzieci na placu zabaw. Dzieci jak to dzieci, znalazły naprawdę banalny powód do żartów. Jej imię.  Wołały na nią Modżo. Kiedy Mojmira była bliska płaczu pojawiła się Mary. Przez to, że wychowała się w towarzystwie trzech braci przejawiała podobne do nich cechy. Jak łatwe wpadanie w kłopoty.  
Od tego incydentu stały się przyjaciółkami.  
Ale wracając do lekcji angielskiego. 
– Hej, nie stresuj się tak – szepnęła Mary pokrzepiająco. – To tylko prezentacja.  
Mojmira oderwana od rzeczywistości, gwałtownie do niej wróciła. Lekko zdezorientowana popatrzyła na przyjaciółkę, analizując co powiedziała.  
– Nie, naprawdę nic mi nie jest – odrzekła ledwo słyszalnie, z powrotem skupiając się sylwetkach na ulicy.  
– Mnie nie okłamiesz – rzekła Mary, zbliżając się do przyjaciółki. – Od początku lekcji patrzysz się w okno, a od kilku minut uderzasz ołówkiem o kant ławki. Tak. Serio jesteś rozluźniona – dodała ironicznie, oddalając się.  
Mojmira musiała przyznać przyjaciółce rację. Okropnie denerwowała się dzisiejszą prezentacją.  
Nauczycielka kilka tygodni temu zapowiedziała uczniom, że mają  przygotować krótkie zobrazowanie wybranej mitologii. A dlatego, że pani Sohpia znała się trochę na etymologii imion, więc szybko domyśliła się z jakiej kultury wywodzi się imię Miry.  
I tak właśnie za zaledwie kilka minut, kiedy Jeremy skończy swój wykład o bogach skandynawskich przyjdzie jej kolej.  
Mojmira to osoba, która nie przepadała za wystąpieniami publicznymi. Jednak były one częścią życia. Może nie na każdym kroku się jej spotyka, ale są. 
Zwykła prezentacja przed klasą, szkolne przestawienie, nawet obrona pracy magisterskiej. Każde z nich wymaga odwagi oraz minimalnych umiejętności oratorskich. 
W skrócie można powiedzieć, że w kontaktach międzyludzkich Mira była nieśmiała.  
Dziewczyna próbowała się jakoś odprężyć, obserwując ludzi za oknem. Z tej klasy miała doskonały widok na główną ulicę. Znajdowało się tutaj kilka sklepów, głównie odzieżowych, ale i też jeden minimarket, gdzie zapominalscy uczniowie zaopatrywali się w śniadania.  
Nic niezwykłego. Kilkoro nastolatków próbowało wymknąć się ze szkoły. Dorośli wracali do domów, albo szli do pracy. Wszyscy wydawali się gdzieś śpieszyć. Jakby goniło ich stado wygłodniałych psów, zmuszając do biegu. 
Nikt nie zatrzymał się, aby spojrzeć w bezchmurne błękitne niebo. Po prostu przystanąć i choć na chwilę zatrzymać się w tym wyścigu szczurów.  
Mojmira westchnęła ciężko. W ten chwili, któremuś z tych ludzi brakło czasu, a ona czuła, że ma go za dużo.  
Rozejrzała się jeszcze raz, gdy nagle jej wzrok przykuł chłopak w pomarańczowej bluzie z kapturem. Byłby to normalny widok, o ile nie byłoby ponad dwadzieścia stopni. 
Kto normalny chodziłby teraz w bluzie? Pomyślała, przyglądając mu się.  
To było dziwne, ale po chwili nastąpiło coś jeszcze bardziej osobliwego.  
Chłopak nagle zatrzymał się, rozglądając się dookoła. Zachowywał się jakby doskonale wiedział, że ktoś go obserwuje. Nikt oprócz Mojmiry nie zwrócił na niego uwagi. Jakby go tam nie było. Albo nie wszyscy ludzie byli typem obserwatorów jak Mira.  
Ale wracajmy do dziwnego chłopaka. Rozejrzał się wokół i nagle odwrócił się w stronę naszej bohaterki. 
Zdawał się doskonale wiedzieć, gdzie ona jest. To nie były żadne zwidy. On patrzył wprost na nią.  
Mira zaskoczona, aż odsunęła się trochę od okna. Tak jakby chciała się ukryć przed jego natarczywym wzrokiem. Ale jak miała się ukryć się przed jego wzrokiem, skoro nie widziała jego twarzy. Skrywał ją cień kaptura oraz coś w rodzaju czarnej maski.  
– Mira – z transu wyrwał ją głos przyjaciółki oraz ręka na ramieniu. Dziewczyna zdezorientowana rozejrzała się po klasie. – Twoja kolej.  
Mojmira bezgłośnie przytaknęła, biorąc do ręki plik kartek. Jeszcze zanim wstała, spojrzała przez okno w miejsce, gdzie stał ten dziwny chłopak. Lecz jego już nie było.  
Chyba mi się to tylko zdawało, pomyślała.  
Musiała wrócić do rzeczywistości. Westchnęła, zbierając w sobie wszystkie pokłady odwagi jakie w sobie miała i ruszyła na środek sali.   
Stąpała powoli. Mojmira zachowywała się jakby zmierzała na ścięcie. Dla niektórych mogłoby się to wydawać komiczne, jednak dla niej takie nie było. 
Jak wcześniej wspomniałam Mira była osobą nieśmiałą. A to ćwiczenie miało jej pomóc się przemóc, tak przynajmniej zakładał plan nauczycielki.  
Lecz czy doszedł do skutku za chwilę się przekonacie. 
Mira stanęła przed klasą. Wszystkie mięśnie jej sztywniały, nogi zrobiły się miękkie jak z waty, a głos stanął w gardle. Dziewczyna czuła na sobie wzrok całej klasy. Świdrujące, wyczekujące spojrzenia. Słychać było jedynie tykanie zegara.  
Mojmira zerknęła na  swoją przyjaciółkę. Jej oczy zdawały się mówić „Dasz radę.” Mira spojrzała jeszcze  na anglistkę. Kobieta w kwiecie wieku, czekała. W jej zachowaniu nie było nic ponaglającego.  
Napełniło to uczennicę spokojem. Wzięła głęboki wdech. 
Dalej Me, przygotowywałaś się do tego, pomyślała pokrzepiająco. 
Teraz was zapewne ciekawi, dlaczego Mojmira określa siebie mianem Me. Zgadałam? 
To przezwisko ma swoją historię, krótką, ale ma.  
Zaczęło się to od tego, że rodzice Myślibory często wołali na Mojmirę przemiennie. Albo Mira. Albo Moja. Moja wzięło się z pierwszego członu imienia bohaterki. A ojciec przez dzieciństwo spędzone w Brytanii, skojarzył polskie słowo „moja” z jego angielskim odpowiednikiem „me”. 
Od tego czasu przezwisko Me, przylgnęło do dziewczyny. Nikt nie miał nic przeciwko niemu. Wszystkim się spodobało. I do tego wyspiarzom łatwiej było mówić Me niż Moja, bardziej naturalnie.  
Chociaż, gdy kto pytał o jego pochodzenie, Mojmira musiała najpierw wytłumaczyć znaczenie jej imienia, a potem polskie „moja” i angielskie „me”.  
 Wdech. Wydech. Me już z o wiele mniejszym stresem spojrzała na klasę. Ukradkiem jeszcze spojrzała na swoje kartki. Miały one służyć pomocą w razie zająknięcia. Jednak matka Miry, która nie raz sprawdzała – na prośbę córki – to wypracowanie, wątpiła w taką możliwość, ponieważ jeśli się opowiada o tym co się kocha słowa płyną jak wartki potok.  
Nawet uczniowie dostrzegli gwałtowną zmianę w zachowaniu koleżanki. Zamiast zgarbiona, stała wyprostowana emanując pewnością siebie. Mary miała przeczucie, że prezentacja Me o słowiańskich bogach będzie niezwykle ciekawa. Lecz nikt tego dnia jej nie usłyszał. 
Dzwonek zadzwonił w momencie, gdy Mira miała wypowiedzieć pierwsze słowo.  
Lekko zdziwiona odwróciła się tyłem do klasy, przyglądając się zegarowi nad tablicą. Zadzwonił o kilka minut za wcześnie.  
Jak w prawie każdej szkole dzwonki nie są punktualne. Niekiedy zadzwonią o minutę lub dwie za wcześnie, odbierając ważne minuty na sprawdzianie, w czasie, których dostało się nagłego olśnienia. 
Bądź o kilka minut za późno odbierając cenną dla uczniów przerwę, gdy odpisują zapomniane zadania domowe.  
W tej sytuacji zadzwonił za wcześnie. Me nie była pewna, czy się cieszyć, czy płakać. Z jednej strony nie musiała dzisiaj przezwyciężać tremy, a z drugiej wiedziała, że nie da się tego odwlekać w nieskończoność. 
Wątpiła, aby  anglistka zapomniała o niej, jeśli ocena z tego projektu mogła zmienić Mojmirze ocenę roczną.  
Wszyscy uczniowie prędko spakowali się i wyszli z klasy. Mira podeszła do swojej ławki i schowała przybory do torby.   
– Ty to masz szczęście – rzekła Mary, opierając się o ławkę.  
– Zależy jak kto na to patrzy, panno Whitemore – powiedziała nauczycielka, przechodząc obok uczennic. – Jeśli komuś zależy na bardzo dobrej ocenie na koniec to raczej nie. W szczególności, że panna Czarna ma coraz mniej czasu. – dodała anglistka, spoglądając najpierw na Mary, a potem na Me. – Następna lekcja odbędzie się dopiero we wtorek, ponieważ uczestniczę w ustnych maturach. Radziłabym Mojmiro dobrze przygotować się do tego, bo zamierzam od twojego wypracowania rozpocząć lekcję – dodała na koniec.  
– Dobrze, pani profesor – odrzekła niemrawo Mira.  
 … 
Kilka minut potem. Plac szkolny.  
Po krótkiej rozmowie z nauczycielką dziewczyny udały się w stronę szkolnej bramy.  
– Ona ci raczej nie odpuści – rzekła Mary.  
– Serio? Jakoś nie zauważyłam – powiedziała ironicznie Mojmira. 
Nastolatka była lekko poddenerwowana. Świadomość, że anglistka szczególnie wyczekiwała jej projektu, potęgowała jej stres.  
– Wiem, że się denerwujesz, ale nie musisz być od razu wredna – odrzekła Mary.  
Starała się udawać urażoną, wypowiedzią przyjaciółki. I trzeba przyznać Me odczuwa lekkie wyrzuty sumienia. Była zła, ale nie chciała wyładowywać się na Mary. Mira Westchnęła ciężko.  
– Przepraszam, nie chciałam – oznajmiła Mojmira.  
– Spokojnie tylko się z tobą droczę – powiedziała z uśmiechem Mary. 
Jednak zanim Me zdążyła coś na ten temat powiedzieć, obydwie zauważyły przy bramie Jeremy’iego jednego z braci Mary.  
Jeremy był najstarszym bratem Mary. Dobrze wysportowany, mądry mężczyzna. Stał oparty o mur z opuszczoną głową. Kilka blond włosów opadało mu na czoło. Sprawiał wrażenie zamyślonego. Jeszcze nie usłyszał dziewczyn. 
Nastolatki zaskoczone pojawieniem się Jeremy’iego, stały przez chwilę w miejscu. Nie spodziewały się, że ktoś będzie na nie czekał, a tym bardziej brat Mary – w dodatku w mundurze policjanta.  
Dziewczyny podeszły do niego.  
– A teraz nasz zakujesz? – zapytała uśmiechnięta Mary, wystawiając ręce przed siebie.  
Jeremy spojrzał na siostrę. Nie przepadał za tym jak się z niego nabijała. Mary była typem śmieszka, który wykorzysta każdą okazję do drobnych żartów. Nie ważne, że mogą zostać wypowiedziane w nieodpowiedniej chwili.  
– Niestety za zagrożenie z matmy, nie mogę cię skuć – odrzekł z wrednym uśmieszkiem Jeremy.  
Mary schowała ręce za siebie.  
– Już przecież mówiłam, że to poprawię – powiedziała lekko nadymając policzki w złości jak małe dziecko.  
Me oraz Jeremy zaśmiali się. Wszyscy w dość dobrym humorze wsiedli do auta Jeremy’iego, zaparkowanego po drugiej stronie ulicy.  
– A w ogóle dlaczego po nas przyjechałeś? – zapytała Mary, zapinając pas.  
– Czy bratu nie wolno już odebrać młodszej siostry i jej przyjaciółki? – spytał, poprawiając lusterko w samochodzie.  
– Jakoś nigdy nie chciałeś nas odwozić – oznajmiła Mojmira. Jej też zdawało się, że Jeremy dziwnie się zachowuje. 
Wcześniej jak nastolatki prosiły go o podwózkę, mówił im, że nie jest szoferem. Zainteresowało je co się zmieniło.  
– Czemu dopatrujecie się w tym drugiego dna? Nie możecie się po prostu cieszyć? – zapytał Jeremy. 
Mężczyzna nie chciał powiedzieć dziewczynom prawdy. W jego oczach Mary i jej przyjaciółka to nadal dzieci. Obawiał się ich reakcji oraz tego co mogą zrobić z tą wiadomością. Lecz im dłużej z nimi rozmawiał, czuł, że nie odpuszczą. Westchnął ciężko.  
Muszę im powiedzieć. Tak będzie bezpieczniej. Mam nadzieję, że nie zrobią nic głupiego, pomyślał.  
– Kojarzycie jak dwa dni temu, policja spędziła kilka godzin przeszukując las? – zapytał. Rozległ się cichy warkot silnika. 
– Chodzą plotki, że znaleźliście zmasakrowane ciało – odrzekła Me.  
Mojmira jako tym obserwatora, potrafiła zauważyć drobne zmiany w zachowaniu ludzi. Ale jako osoba nie rzucająca się w oczy, często słyszała wiele ciekawych rzeczy. 
A liceum to idealne miejsce, gdzie plotki rozchodzą się w ciągu kilku godzin. 
– To mało powiedziane – rzekł ciężko Jeremy.  
Od kiedy pierwszy raz widział zwłoki znalezione na skraju lasu, czasami jak zamykał oczy widział poszarpane ciało. 
W wielu miejscach znajdowały się dziury, a wokół nich zaschnięta krew. Jakby ktoś nadział ofiarę na włócznię albo użył jakieś rury. Policji nadal nie udało się zidentyfikować narzędzia zbrodni. Natomiast twarz ofiary została zmiażdżona. Do teraz nie udało się rozpoznać kim był mężczyzna, a już nie wspominając o zabójcy. Żadnych tkanek pod paznokciami, mimo, że rozmieszczenie ran wskazywało, że pokrzywdzony próbował się bronić. 
Żadnych śladów krwi napastnika, włosów, czy kawałków materiału. Dochodzeniówka tkwiła w martwym punkcie.  
Jedyne co ogłosili w miejscowej prasie, że znaleziono martwego mężczyznę prawdopodobnie zaatakowanego przez zwierzę. 
Policja jak i rada miejska obawiała się ujawnić prawdy. Uważali, że mieszkańcy mogliby wpaść w panikę, a w szczególności, że ich miasto nie należało do tych dużych. Liczyło zaledwie cztery tysiące obywateli.  
Dziewczyny spojrzały po sobie. W przednim lusterku widziały grobową miną Jeremy’iego. Powoli zaczęły obawiać się tego co do nich powie.  
– Mamy problemy z rozpoznaniem ofiary, a co dopiero zabójcy. Nie mamy żadnych śladów. Jednak podejrzewamy, że może to być  seryjny morderca – powiedział, skręcając w jedną z ulic osiedlowych. – Dlatego chciałbym, abyście nie wracały same, ani nie robiły nic głupiego – dodał policjant, poprawiając lusterko.
W tej krótkiej chwili mignęły mu twarze dziewczyn zastygłych w
grymasie strachu, zmieszanym ze zdziwieniem. Jednak nie zauważył
pewnej drobnej i na pozór nieistotnej rzeczy. Delikatnego błysku w
oczach Mojmiry. Płomyka ciekawości, który powoli zaczął płonąć.  
– Ale musicie mieć jakieś podejrzenia. Czy nie było wcześniej podobnego morderstwa? A może to jakiś były więzień? – dopytywała Me. 
– Już to sprawdziliśmy – westchnął Jeremy. 
Chociaż śledztwo trwało dopiero dwa dni, wszyscy chodzili
poddenerwowani. Atmosfera w pracy była ciężka. Przez brak
dowodów, po komisariacie zaczęły chodzić pewne plotki. –
Niektórzy nawet uważają, że to robota Slenderman’a albo któregoś
z jego Proxy’ies. 
– Niektórzy to mają wyobraźnię – skwitowała Mary. 
Mimo, że była typem żartownisia to nie wierzyła w żadne paranormalne istoty. Duchy, wiedźmy, biesy istniały dla niej tylko w mitach i legendach. Natomiast Me w tym temacie była jej przeciwieństwem. 
Myślała, że świat to nie tylko cyferki oraz jakieś prawa. Na Ziemi działo się wiele niewytłumaczalnych rzeczy, a większość z nich nadal jest dla ludzi tajemnicą,  a co dopiero Wszechświat. Uniwersum było za duże, aby nie istniała w nim żadna paranormalna istota. 
– Ale kreatywność to nic złego. Może dzięki temu natrafią na właściwy trop – rzekła Mojmira. – O! A może to jakiś psychol, który wierzy w tego całego Slenderman’a i go naśladuje – dodała po chwili pełna energii. 
– To też jakiś pomysł – rzekł Jeremy, parkując samochód na podjeździe. Po tym oparł się łokciem o podparcie fotela, odwracając się do dziewczyn. – Powtórzę jeszcze raz, tak dla pewności. Nie róbcie nic LEKKOMYŚLENOGO, zrozumiano? – dodał surowym tonem.  
– Tak – powiedziały dziewczyny, chociaż żadna nie traktowała tych słów na poważnie. 
Mira uważała to za intrygującą rzecz, a kazanie Jeremy’iego wpuściła jednym uchem, a drugim wypuściła. A Mary przewróciła oczami. Uważała, że brat nie musi traktować jej jak pięciolatki.  
 
Pokój Mary. Godzina 20:35 
Dzisiaj był dzień, kiedy Mojmira mogła nocować u swojej przyjaciółki. Teoria głosiła, że miały się razem uczyć na jutrzejszy sprawdzian z fizyki, jednak praktyka od teorii się różni. Nastolatki spędziły popołudnie na pobieżne przypomnienie sobie zagadnień, a resztę spędziły na przeglądaniu najciemniejszych zakamarków Internetu w poszukiwaniu jakichkolwiek informacji o Slenderman’nie i jego pomocnikach. 
Natrafiły na wiele ciekawych historii. Kilka opowiadań na temat potwora bez twarzy dogłębnie je wciągnęły.  
Mirze najbardziej przypadła do gustu historia, w której to upiór z lasu jest tak naprawdę boskim wysłannikiem, który dał skusić się diabłu. Przez co stracił twarz i został zesłany na Ziemię, poszukując grzeszników.  
Natomiast Mary bardziej przekonała opowieść, że Slenderman jest wynikiem eksperymentu 84-D. Według niego owy chudy mężczyzna był kiedyś człowiekiem, ale spotkał kiedyś niezrównoważonego człowieka, który zmienił jego życie w piekło.  
 Jednak żadna z nich nie wierzyła w przeczytaną historię. 

Dziewczyny skończyły swoje poszukiwania kilka minut przed jedenastą w nocy. Uznały, że następnego dnia poszukają Creepypast o Proxy’ies, którzy nazywali się Hoody, Masky i Ticci Toby.  

Post Author: DodoDan

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
Michał Kucharski
Gość

Kawał dobrego czytadła!

ina i Sewa
Gość

Wciągającą opowieść

Zołza z kitką.
Gość

Mimo, że kryminały to nie do końca moja bajka – Twoja historia jest bardzo wciągająca! 🙂