Rozdział III – „Za późno się zorientowałem…” – cz.II

Beta: Beannderhia

Spis Treści 

Rozdział I – „Nigdy się nie martwiłem…” 

Rozdział II – „…przyziemne zmartwienia”

Rozdział III cz.I- „Za późno się zorientowałem…” 

Rozdział III cz.II – „Za późno sie zorientowałem…” (obecnie czytany)

Rozdział IV – „Otaczała nas iluzja…”

Rozdział V – „Sami to zrobiliśmy…”

Rozdział VI – „Dopiero  dostrzegliśmy…”

Rozdział VII – „Gorzki posmak…”

Rozdział VIII – „Nadzieja umiera ostatnia…”

Rozdział IX – „…nauczka na przyszłość”

 

Miałem stawić się w bazie pierwszego października.

Zostało mi półtora miesiąca, żeby się przygotować. W liście z wezwaniem była też szczegółowa instrukcja dojazdu oraz lista rzeczy, jakie miałem ze sobą wziąć.

Ale raczej nie będę cię tym zanudzać. To akurat jest nieistotne.

Z tamtego okresu najbardziej zapamiętałem rodzinne przekomarzania. Rodzina nie dawała mi spokoju. Każdego dnia, o każdej możliwej porze, słyszałem jakim to jestem głupkiem skoro dałem się wkręcić w wojsko.

Miałem tyle szans, aby się z tego wykręcić, a ja je po prostu zignorowałem.

Teraz mogę powiedzieć, że w okresie liceum byłem wielkim arogantem. Uważałem, że wiem lepiej…

…że jestem panem świata.

…że zrobię wszystko lepiej niż inni.

Byłem, krótko mówiąc, lekkomyślny i nie boję się do tego przyznać.

Krokiem ku poprawie jest zrozumienie swoich błędów.

To miałem już za sobą. Pozostało mi jedynie przetrwanie służby.

Dni do wyjazdu okropnie szybko mi mijały. To nieuchronnie przybliżało mnie do wojska.

Ostatnie chwile wolności spędzałem z Karoliną, która po kilku dniach wybaczyła mi moją ignorancję. W zamian za to zaczęła się martwić. Bała się o to, co mi tam zrobią. Jak bardzo mnie zmienią.

Mój świętej pamięci dziadek, Stanisław, opowiedział mi jak wyglądało wojsko podczas jego służby w latach sześćdziesiątych. Wyczyniał niezłe numery, ale mógł to robić tylko dlatego, że nikt nie mógł mu nic zrobić, a on miał tego pełną świadomość.

Dziadek był kimś w rodzaju taksówkarza dla wojskowych. Jako jeden z nielicznych, miał prawo jazdy dosłownie na wszystko – od zwykłych aut po pojazdy ciężarowe. Do tego bardzo dobrze znał miasto, gdzie stacjonował.

Paru wyższych stopniem żołnierzy lubiło dziadka, ponieważ zachowywał się jak człowiek. Potrafił też nieźle rozbawić.

Raz kazano mu zrobić tak, aby w łazience świeciło się. Wiadomo o co chodzi. Miał ją po prostu wysprzątać, a że kapral określił się zbyt ogólnikowo to dziadek postanowił zrobić to dosłownie.

Poszedł, zapalił światło. I okazało się, że jedna lampka nie świeci. W takim razie poszedł do magazynu po żarówkę. Pracował tam jego kolega, od razu domyślił się, o co chodzi.

Dziadek dostał żarówkę i poszedł wymienić tę wadliwą. Po robocie zawołał kaprala, który nie dowierzał, że w łazience już się świeci. Zdziwiony stał w progu, czekając, aż dziadek zaprezentuje swoje dzieło.

Dziadek zapalił światło, mówiąc, że wymienił tę przepaloną żarówkę. Kapral był okropnie wściekły! Aż trudno to opisać. Ale nie mógł dziadka ukarać. W końcu wykonał polecenie.

Było jeszcze kilka takich numerów, lecz nie o tym jest moja historia.

Najważniejszą rzeczą okazały się rady od mojego dziadka,

Powiedział mi, jak mam przetrwać w wojsku. Stać się jednym z wielu żołnierzy, ale dalej być sobą.

Chodziło mu przede wszystkim o to, abym nie przestał rozmyślać –  jak to wojsko ma w zwyczaju robić. Zabiera ono swoim żołnierzom zdolność do samodzielnego myślenia. Mają tylko wykonywać powierzone rozkazy – bez pytań, bez zająknięć. Jak roboty bez uczuć.

To było coś, co najbardziej mnie przerażało. Nie chciałem stać się potworem.

Inną ważną radą, jaką otrzymałem od dziadka, było wtopienie się w tłum. Nie mogłeś być pierwszy. Rzucałbyś się w oczy, więc więcej by od ciebie wymagali. Nie można też było być ostatnim. Najgorszy robił ćwiczenia za karę.

Jak to mówiono „aby dać mu szansę poprawy”. Ale wszyscy wiemy, że to miało inny cel. Chcieli go upokorzyć i wykończyć. Nikt nie chciał w swoim oddziale nieudacznika, ponieważ cierpiał za niego cały zespół.

Stosowałem się do rad dziadka. Dzięki nim nie byłem tak zagubiony, jak reszta rekrutów. Ale o tym za chwilę.

Wróćmy jeszcze na minutę do wydarzeń sprzed wyjazdu.

Teraz mogę powiedzieć, że to, co wtedy zrobiłem było kolejnym aktem samolubstwa z mojej strony. To jedyna rzecz, której w tamtym okresie nie żałowałem.

Moje oświadczyny. Miałem zaoszczędzone pieniądze z pracy letniej, które wydałem na pierścionek. Nie były to jakieś grube pieniądze, ale starczyły na złoty pierścionek z malutkim brylancikiem.

Oświadczyłem się jej na jednej z naszych lekcji gry na pianinie. Może to banalne, ale schowałem pudełko do jej pianina. Gdy skończyła liceum zapraszała mnie na lekcję do swojego domu. Okazało się, że woli korzystać z pianina w szkole, ponieważ nie lubiła jak co chwilę poprawiał ją jej ojciec – były nauczyciel muzyki. Doceniała go, ale uważała, że w niektórych momentach przesadzał.

Wracając, podczas naszej gry Karo zauważyła, że kilka klawiszy gra inaczej. Uznała, że musiałem źle nastroić instrument. Miała do mnie pretensje, że mimo tylu lekcji, dalej tego nie potrafię.

Pamiętam jej zdziwienie, gdy zobaczyła małe pudełeczko. Wyjęła je, a na twarzy pojawił się delikatny uśmiech. Już wtedy wiedziała, o co chodziło. Spojrzała na mnie z blaskiem w oczach, otwierając pudełko. Nie musiałem nic mówić. Od razu rzuciła mi się na szyję, krzycząc tak.

Czułem się wtedy najszczęśliwszym mężczyzną na ziemi. Chciałem, aby Karolina była moja. Chciałem, żeby czekała na mnie. Chciałem, żeby przy mnie została.

Nie pozwoliłem odejść. Zmusiłem ją, aby na mnie czekała.

To było naprawdę samolubne, ale wtedy inaczej postrzegałem niektóre rzeczy. Nie wiedziałem, co się stanie.

Wtedy byliśmy szczęśliwi. Chcieliśmy, aby nasz ślub odbył się zimą dwatysiącedziewiętnastym roku. Kilka miesięcy po mojej służbie. Najpierw wszyscy sądzili, że Karo jest w ciąży. Trochę zajęło nam przekonanie wszystkich, że to nie jest naszym powodem do ślubu.

Tak zleciały mi ostatnie dni wolności. W październiku zaczął się najgorszy okres w moim życiu.

Pierwszy dzień był raczej nudny. Ojciec zawiózł mnie na dziesiątą do bazy, gdzie odbył się dwugodzinny apel. Nic interesujące. Potem dostaliśmy mundury, w które mieliśmy się przeprać zaraz po przydzieleniu baraków.

Potem pierwsza przebieżka. Pięć kilometrów. Tak przed obiadem. Potem kolejne pięć oraz pierwsze ćwiczenia defilad. Wieczorem kolacja i jedyny wolny wieczór. W teorii. Nasz kapral  dowódca pięćdziesiątej trzeciej drużyny – przedstawił nam panujące tu zasady.

Od reguł dotyczących ubioru, przez szacunek wobec starszych stopniem, aż po to, jak poprawnie zasłać łóżko.

Jedynym pozytywnym aspektem okazał się mój nowy współlokator. W barakach łóżka były piętrowe. Ja zająłem to dolne, a górne zajął Michał.

Wysoki młody mężczyzna. Okropnie chudy. Podczas jednego z ćwiczeń plutonowy zawołał na niego żartobliwie Czapla. I tak jakoś zostało.

Michał był synem jakiegoś kapitana. Z tego powodu nie miał żadnych forów. A nawet wymagano od niego więcej.

Przez to, że dzieliliśmy łóżko piętrowe, staliśmy się przyjaciółmi. Przynajmniej po części.

Ale w dużej mierze przyczyniło się do tego wspólne naginanie rozkazów oraz obijanie się na ćwiczeniach. Pamiętasz tę opowieść o żarówce? Wycinaliśmy podobne numery.

Lecz zacznijmy od czegoś lekkiego.

Zaczęło się od pierwszych ćwiczeń. Pamiętałem rady mojego dziadka, więc nie miałem zamiaru zbytnio się przemęczać.

Jednym z ćwiczeń, które mieliśmy wykonać, były pompki. Mieliśmy ich zrobić jak najwięcej. Od dzieciaka dużo ćwiczyłem, więc zrobienie dziesięciu nie było dla mnie wyzwaniem. Dla reszty wydawało się, jakby pierwszy raz w życiu robili pompki, a przynajmniej dla większości.

Aby się nie wyróżniać, zrobiłem tylko dziesięć pompek. Reszta żołnierzy zrobiła podobną ilość. Kapral, rzecz jasna, wyzwał nas od słabych maminsynków. W jego mniemaniu byliśmy tak słabi, że z trudem robiliśmy dziesięć pompek.

To nie koniec. Innego dnia mieliśmy wyczyścić broń, ale rynsztunku nie można wyczyścić bez rozmontowania jej. Można ją tylko czyścić.

Dlatego tak zameldowałem kapralowi. Jako jedyny z naszego oddziału. Parę osób na mnie spojrzało. Zdawało mi się, że byli lekko wystraszeni.

Po drobnej wymianie zdań z kapralem, który uznał, że jestem bezczelny, musiałem zrobić pięćdziesiąt pompek za karę. A, że nie miałem żadnych problemów z kondycją, bez najmniejszego wysiłku je zrobiłem.

Kapral lekko zszokowany, nie bardzo wiedział, co ma powiedzieć. Za to Michał wiedział.

Próbował powstrzymać śmiech. Widocznie jego też bawiło zmieszanie naszego dowódcy. Ja lepiej to maskowałem.

Skończyło się na tym, że przez kilka dni mieliśmy czyścić buty kolegów z naszego oddziału…szczoteczką do zębów.

Przez ten czas bardzo zżyliśmy się z Michałem. Wspólne odbywanie kar łączy ludzi. Jeszcze bardziej wspólny wróg – nasz kapral. Obaj nie cierpieliśmy naszego kaprala. Kiedy nadarzała się okazja, lubiliśmy uprzykrzać mu życie. Jednego razu „zginął” mu but, który odnalazł się na drzewie. Mała zemsta za nadprogramowe bieganie wokół bazy. Przez niego spóźniliśmy się na kolację, co poskutkowało kolejnymi ćwiczeniami po posiłku. Tym razem ze strony plutonowego, który uznał, że powinniśmy szanować czas innych. Lecz nasz ukochany kapral nie raczył wyjaśnić, że to przez niego jesteśmy spóźnieni.

My w odwecie zwinęliśmy mu buty w środku nocy. Nasz wspólny znajomy miał nocny dyżur, więc przymknął oko na małą wycieczkę. Szybko zwinęliśmy naszemu dowódcy obuwie, które miał w zwyczaju zostawiać na korytarzu. Obaj wyszliśmy przez okno w toalecie. Nie chcieliśmy się zbytnio narażać, więc powiesiliśmy desanty kaprala na najbliższym drzewie. Sprawnie wszedłem na drzewo, następnie wieszając buty.

Prędko, aby nikt nas nie zauważył, wróciliśmy do łóżek. Następnego dnia kapral, lekko wkurzony, wszedł do naszego baraku. Ogłosił, że jeśli ten kto ukradł mu obuwie, nie przyzna się, cały oddział będzie biegać do upadłego. Od biegania uratował nas ten sam kolega, który zaprzeczył, żeby ktoś z nas opuszczał w nocy pokój.

Kapral nie mógł nic nam zrobić,  bo nie miał dowodów. A kumpel, który nas krył, dostał w prezencie kilka paczek papierosów. Jedną z najtrudniej dostępnych rzeczy w wojsku – takich jak papierosy albo alkohol. Bez przepustki nie można nawet było wyjść do sklepu obok bazy.

Przepustek prawie nie dawano osobom, których szkolenie trwało mniej niż rok.

Nasze trwało sześć miesięcy.

Cóż, mieliśmy niewielki sklepik na terenie bazy. Zamawialiśmy niektóre rzeczy. Problem polegał na tym, że trudno było przyjść w godzinach otwarcia.

Raz ćwiczenia, które potrafiły się przeciągać. Innym razem kary albo “zadania specjalne” od dowódców. Polegały one  na dostarczeniu ważnych papierów albo załatwienie jakieś sprawy poza bazą.

Zwykle zadania specjalne były nagrodą, więc ani ja, ani Michał nigdy ich nie dostawaliśmy. Z raczej wiadomych powodów.

Pomijając nasze wygłupy, nie byliśmy takimi złymi żołnierzami.

Od kiedy zaprzyjaźniłem się z Michałem, zaczęliśmy między sobą rywalizować. Kto z nas szybciej przebiegnie określony dystans, albo w ramach kary wyczyści więcej butów.

Ze zwykłych szarych żołnierzy staliśmy się znani wśród innych. Przemysław i Michał.

Jedyni żołnierze, którzy zamiast iść w niedzielę do kościoła, szli do kwatery plutonowego pograć w pokera.

Okazało się, że plutonowy Jagodziński to syn sierżanta Jagodzińskiego, który przyjaźnił się z moim dziadkiem. Kiedy usłyszał moje nazwisko, nie był pewny, czy jestem wnukiem Bogdana Wójcińskiego. W trakcie jednej z kar, podszedł do mnie i po prostu spytał.

Gdy dowiedział się, że jestem jego wnukiem, zaproponował nam „specjalne zadanie”. Mieliśmy pomóc mu z jakimś papierami w niedzielę o jedenastej w jego gabinecie.

Zjawiliśmy się w umówionym miejscu. Gdy tylko zamknęły się drzwi, wszelakie formalności zniknęły. Czas minął nam na rozmowach. Potem zaczęliśmy spotykać się w każdą niedzielę .

Jedyny dzień, kiedy czuliśmy się normalnie, a nie jak śmieci.

Nie licząc męczących treningów siłowych oraz zachowania wyższych stopni, było parę fajnych rzeczy.

Moimi ulubionymi zajęciami było strzelanie z broni palnej. Strzelnica to najlepsze miejsce, jakie może istnieć. Korzystaliśmy z kilku rodzajów broni. Od krótkiej lekkiej po karabiny.

Ogółem było spokojnie.

Jedynym moim wyjściem, w trakcie pobytu w bazie, był wyjazd na Boże Narodzenie. Ojciec Michała pracował w trakcie świąt, a on nie chciał spędzać ich sam.

Nie było problemu jak zaproponowałem, żeby spędził święta u mnie. Rodzice się zgodzili.

Michał miał spać w pokoju gościnnym. Dwa dni przed świętami przyjechał po nas mój ojciec. Jak mnie zobaczył powiedział, że okropnie schudłem. Pytał jak to możliwe, że tak słabo nas karmią.

Pobyt w domu był naprawdę odprężający oraz ożywczy. Wszyscy przyznali ojcu rację, że schudłem. Sam się o tym przekonałem, gdy założyłem jedną ze swoich starych koszul. Ubrania dosłownie na mnie wisiały.

Przedstawiłem wszystkim Michała. Moja rodzina od razu go polubiła. Wpasował się w nią idealnie. Jakby od początku w niej był. Cóż ja traktowałem go jak brata, więc nie dziwne, że moja rodzina go zaakceptowała.

Karolina, jak tylko wróciłem, rzuciła mi się na szyję. Cieszyła się, że wróciłem.

Obok kanapy stało czarne pianino. Pierwszy raz od prawie trzech miesięcy zagrałem z Karoliną utwór na cztery ręce Josepha-Maurice’go Ravel’a. Trochę wyszedłem z wprawy, ale gra z moją Karo i tak była niesamowita.

Patrząc na nią, zrozumiałem, jak bardzo za nią tęskniłem. Jak brakowało mi jej troski, bliskości, miłości.

Jej oraz całej rodziny.

Michał, jak mówiłem wcześniej, szybko się zaaklimatyzował. Mimo dodatkowego gościa, było naprawdę świetnie. Moja mama wreszcie nie narzekała, że po świętach zostaje tyle jedzenia.

Dla mnie i Michała to była iście królewska uczta. Zgodnie z tradycją dwanaście potraw wigilijnych. Jedną z nich był karp. Specjalność mojej mamy.

Święta minęły nam naprawdę przyjemnie oraz spokojnie.

Dziwnie spędza się czas, gdy nikt nie kontroluje każdego twojego kroku. Brak kontroli i obserwacji, bezsensownych rozkazów oraz musztry.

Karolina dzielnie walczyła na studiach o najlepsze stopnie. Studia informatyczne były dla niej idealnym wyborem. Mówiła, że programowanie jest jak muzyka. W obu przypadkach są pewne języki, które trzeba poznać, aby dalej się rozwijać.

Konstanty zaczął pracować jako wykładowca. Jak to mawiał odnalazł sens swojego życia. Mama mówiła, że do pełni sukcesu brak mu jeszcze żony.

Pod koniec marca skończyłem służbę. Michał postanowił pójść w ślady ojca. Został w wojsku, ale mój kontakt z nim się nie urwał. Naprawdę dobrze się z nim dogadywałem.

A ja?

Dalej nie wiedziałem, co chcę robić w życiu. Miałem trochę wolnego czasu. Zastanawiałem się nad ponownym podejściem do matury i poprawieniem wyników. Tylko co potem?

Naprawdę nie wiedziałem, co mam ze sobą zrobić.

Odpowiedź spadła jak grom z jasnego nieba.

– Tato, myślę, że wystarczy na dzisiaj.

– Racja. Pora iść spać.

–…

– Tato, jesteś pewien, że nie chcesz zmienić decyzji.

– Jestem pewien.

 

Post Author: DodoDan

13 thoughts on “Rozdział III – „Za późno się zorientowałem…” – cz.II

    Kosmetykabeztajemnic

    (Listopad 26, 2018 - 10:44 am)

    Masz lekkie pióro. Bardzo dobrze się czytało. Niesamowicie wciągająca opowieść 🙂

      DodoDan

      (Listopad 26, 2018 - 4:49 pm)

      Bardzo się cieszę, że się spodobało ☺

    Aga W.

    (Listopad 26, 2018 - 1:35 pm)

    fajnie sie czyta

    Marcin

    (Listopad 26, 2018 - 3:49 pm)

    Bardzo treściwie, ale czasem lubię takie wpisy. Co do Wojska, to sam robiłem wszystko, aby tam nie trafić… nie moja bajka. Samodzielne życie wszystkiego nauczy, więc na lekcje życia i tak się trafi. Dobrze, że ma się jednak jakieś ambicje i plany na życie… ja myślę, że wiem, co chce dalej w życiu robić, dlatego zabrałem się za promocję mojego bloga 🙂

      DodoDan

      (Listopad 26, 2018 - 4:45 pm)

      To gratuluję, że znalazłeś dla siebie coś ważnego i życzę powodzenia w prowadzeniu bloga ☺

    Ladylemon

    (Listopad 26, 2018 - 4:29 pm)

    Ciekawie napisane. Jedyne, na co zwróciłabym większą uwagę to unikanie powtórzeń. Czekam na kolejne odsłony twórczości 🙂

      DodoDan

      (Listopad 26, 2018 - 4:47 pm)

      Dzięki za uwagi. Przy kolejnym rozdziale postaram się pamiętać o unikaniu powtórzeń 😉

    kasia

    (Listopad 26, 2018 - 10:47 pm)

    ależ tajemniczo zakończyłaś. I co to za odpowiedź?!

      DodoDan

      (Listopad 27, 2018 - 4:32 am)

      Tego będzie Można sie dowiedzieć w kolejnym rozdziale 😉

    TosiMama

    (Styczeń 28, 2019 - 7:47 pm)

    Bardzo dobrze się to czyta!

    Życie w książkach

    (Styczeń 28, 2019 - 8:21 pm)

    Masz ciekawe pomysły, całkiem lekkie pióro, ale sprawdzaj uważniej swoje wpisy pod kątem błędów gramatycznych. Warto przeczytać raz, drugi tekst, żeby sprawdzić czy każde zdanie będzie w pełni zrozumiałe dla czytelnika. Unikaj też zwrotów w stylu „lecz nie o tym ta historia” itp. bo nadaje to jakiegoś wyniosłego charakteru lekkiemu opowiadaniu. Staraj się znaleźć płynniejszy sposób, by przechodzić z jednego wątku w drugi.

      DodoDan

      (Styczeń 28, 2019 - 8:35 pm)

      Dzięki za rady. Od pewnego czasu korzystam z pomocy Bety, ale chyba nie przy tym rozdziale. I dzięki za tą uwagę o tym wyniosłym charakterze. W kolejnych rozdziałach postaram się to poprawić 😉

    Ewa www.inaisewa.blogspot.com

    (Styczeń 29, 2019 - 3:05 pm)

    Ładnie napisane, jednak to nie moja tematyka, jestem tego pewna.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *