Nocny Taniec

Klimat strachu nadal się utrzymuje. Teraz zamiast fanficion coś w pełni mojego autorstwa. Interesuję się kulturą oraz mitami słowiańskimi. Są one niezwykle ciekawe i to opowiadanie zawiera kilka z nich.
 Zapraszam do czytania! 


Nocny Taniec
Opowiem wam historię o pewnym człowieku, który nocą wybrał się do lasu i nigdy z niego nie wrócił. Moja opowieść zaczyna się w momencie, kiedy słońce zniknęło zza horyzontem. Młody mężczyzna przechadzał się leśną ścieżką. Ubrany był w ciemne, lniane ubrania. Włosy miał czarne jak smoła, a oczy odcienia najciemniejszych głębin oceanu. Mieszkał w pobliskiej wsi i zajmował się kowalstwem. Wszyscy ludzie go uwielbiali… Nikt się na niego nie skarżył… Mężczyzna ten zwał się Vrah…
Wolnym, spokojnym krokiem przechadzał się w dzień po lesie, a nim się obejrzał nadeszła noc. Vrah  uznał, że skoro zna ten las od maleńkości nie zgubi się w nim nawet w nocy. Dlatego kontynuował swoja wędrówkę, nie zważając na czyhające na niego niebezpieczeństwa.
Kiedy nastawała noc, demony lasu budziły się do życia. Aitwary – demony wiatru, przypominające skrzydlate węże z rozłożystymi ogonami. Demony te potrafiły służyć ludziom – pilnowały gospodarstw szybując wysoko na niebie. Ale bywały też złodziejami – nie pogardzały żadna zdobyczą. Kiedy latały obładowane swoim łupem z ich skrzydeł wylatywały iskry – swoim wyglądem przypominały spadające gwiazdy…
 Groźne, nieobliczalne Biesy – olbrzymie człekokształtne istoty. Posiadały długie, nieproporcjonalne dłonie oraz nogi zakończone długimi ostrymi jak brzytwa pazurami. Były one czystym uosobieniem zła – często zsyłały na ludzi przeróżne klątwy, a zagubionych wędrowców rozszarpywały na strzępy.
Równie straszny, a może i bardziej był demon powietrzny – Ćmok. Jego gigantyczne, przypominające skrzydła nietoperza, pełnia zwierzęcej siły sylwetka. Ostre zakrzywione kły. Małe czerwone oczy. To on potrafił napędzić podróżnym stracha, kiedy zniżał lot i można go było zobaczyć w całej krasie.
Można by w nieskończoność opisywać demony zamieszkujące tamtejsze lasy, ale to nie te spotkał nasz bohater. Zlekceważył wszystkie nauki jakie nauczono go w dzieciństwie.
” Nigdy nie chodź w nocy do lasu.”
„Jeśli znajdziesz się w nocy po za domem, miej w kieszeni kostkę soli – ona odstrasza demony.”
„Pamiętaj – jeśli spotkasz na swej drodze demona – UCIEKAJ”
Wszystkie te słowa oraz wiele więcej nasłuchał się w dzieciństwie od swojej bogobojnej matki. Vrah nigdy na oczy nie widział demonów, więc uważał je za bajkę dla niegrzecznych dzieci, ale jeszcze nie wiedział jak bardzo się pomylił. Nie wiedział jak będzie okropnie cierpieć i błagać o śmierć…
Księżyc oświetlał lekko ścieżkę, którą nasz wędrowiec kroczył. Intrygował go las, a w szczególności nocą. Jego mroczna aura jaką wtedy roztaczał. Tajemnice jakie skrywał… Piękno jakie w sobie ukrywał.
Vrah przysłuchiwał się cichemu pohukiwaniu sów, które co jakiś czas zakłócało wszechobecną ciszę. Szelest liści… Dla uszu Vraha stanowiły melodię  idealną… perfekcyjną… Vrah kochał porządek, czystość, perfekcję, a jego życie to odzwierciedlało.
Mężczyzna stanął na środku drogi, zamykając oczy i wsłuchując się w muzykę jąka tworzył las. W oddali pojawił się jakiś nowy dźwięk, który był inny niż reszta. Nie pochodził od natury. Vrahiem zawładnęła najczystsza ciekawość – najbardziej zgubna  i zarazem przydatna cecha każdego człowieka. Postanowił sprawdzić skąd pochodzi owy nieznany dźwięk. Tutaj nasz bohater złamał kolejna zasadę:
” Nigdy nie zbaczaj z leśnej ścieżki, bo droga którą obierzesz zaprowadzi cię do grobu.”
Im dalej oddalał się od drogi, tym las stawał się mroczniejszy i dzikszy. W wielu miejscach z ziemi wychodził korzenie drzew… Gałęzie rosły nisko, tworząc drewniane ściany nie do przejścia. Wysoka trawa, w której mogły czaić się biali ludzie. Były one dalekimi kuzynami krasnoludów, ale w przeciwieństwie do nich były paskudne i okropnie wredne. Jeśli ktoś wszedł w lesie w kałużę, biali ludzie chowali się w fałdach ubrania i czekały… Czekały, aż człowiek zaśnie i wtedy ruszały do akcji. Przez nos oraz usta dostawały się do środka „nosiciela”, powodując okropne choroby żołądka – febrę, białaczkę, malarię…
Po kilku długich minutach, mozolnej wędrówki ujrzał w oddali  słabą poświatę. Przyśpieszył kroku. Z każdym pokonywanym metrem, zachwycający dźwięk był coraz głośniejszy, aż przerodził się w uwodzicielską muzykę. Vrah wyszedł z wielkiego gąszczu krzaków, który dzielił go od hipnotyzującego światła. Odgarnął ostatnie gałęzie i ujrzał niewielką polanę, a na niej kobiety. Niewiasty miały cerę białą jak porcelana, która idealnie kontrastowała z ich długimi, zielonymi włosami. Odziane były w śnieżnobiałe, lekkie suknie sięgające ziemi. Skąpane w blasku księżyca oraz jego towarzyszy – gwiazd tańczyły swój ekstatyczny taniec. 
 Można je było określić tylko jednym słowem, ale nawet ono nie odzwierciedlało ich bajecznego uroku.
– Nieziemskie – rzekł Vrah, wchodząc na polanę. Kobiety zatrzymały, patrząc na przybysza. Jedna z nich podeszła do mężczyzny, bacznie mu się przyglądając. Przez krótką, prawie niezauważalną chwilę jej oczy błysnęły czerwienią. Uśmiechnęła się lekko, ukazując białe jak śnieg zęby. Jedną ręką bawiła się swoimi włosami, okręcając je na palcu. Podeszła bliżej do Vraha. Ich twarze dzieliły zaledwie centymetry. Mężczyzna onieśmielony bezpośredniością kobiety nie śmiał się ruszyć nawet o milimetr.
– Może zechce pan do nas dołączyć? – szepnęła do ucha mężczyzny. Jej głos był jak najczystsza nuta. Perfekcyjny  jak śpiew słowika.
Mężczyzna bez zastanowienia zgodził się. Chwycił wyciągniętą rękę białogłowy i ruszył z nią na środek polany. Vrah podejrzewał, że jej skóra będzie delikatna, ale nie aż tak. W dotyku przypominała najwyższej jakości jedwab -taka gładka. Bez najdrobniejszych ran, czy znamion. Te kobiety były idealne w każdym calu.
Niewiasty rozstąpiły się. Ustawiły się w okręgu wokół Vraha i kobiety. Zaczęły swój taniec. Ich ruchy były płynne. Eksponowały swoje ciała w ekstatycznych pozach. Każdy ich ruch był przepełniony pewną dziwną energią. Każda niewiasta zdawała się tańczyć indywidualnie, ale kiedy ktoś by się im uważniej przyjrzał, spostrzegłyby, że razem tworzą jedność.
Vrah stał na środku, przyglądając się hipnotyzującemu pokazowi. Odzwierciedlał on wszystko to co mężczyzna uznawał za najważniejsze – ład, harmonię, doskonałość.
Białogłowa obok mężczyzny chwyciła go za ręce, patrząc głęboko w oczy. Vrah czuł się inaczej. Czuł w sobie ciepło, którego nigdy wcześniej nie zaznał.
Kobieta nachyliła się szepcząc mu do ucha.
– Tańcz – powiedziała melodyjnym głosem.
Powoli zaczęli tańczyć. Najpierw spokojnie, a potem coraz szybciej, energiczniej, ale dalej z gracją. Niewiasta objęła mocniej ramionami mężczyznę. Zbliżyła do niego swoje lico… Vrah myślał, że złoży ona na jego ustach anielski pocałunek. Ale w tym momencie, kiedy kobieta odepchnęła go gwałtownie jego sen zmienił się w koszmar. Przybysz wylądował pod stopami tańczących kobiet. One dalej tańczyły, nie zwracając uwagi na mężczyznę pod ich nogami. Były jak w amoku… Vrah poczuł jakby maszerowało po nim stado rozwścieczonych koni.
Silne, rytmiczne uderzenia miażdżyły jego kości, organy. Ból jaki czuł w tej chwili był nieporównywalny z niczym co wcześniej czuł. Połamane kości wbijały mu się we wnętrzności, a kobiety nadal tańczyły. Czuł w przełyku ciepłą ciecz, która utrudniała mu oddychanie. Kolejne uderzenie… i kolejne… i tak w kółko… Końskie kopyta z impetem uderzały w jego ciało. Dźwięk łamanych kości, idealnie współgrał ze śpiewem kobiety w środku okręgu. Kolejny trzask… Vrah wziął wdech, a przynajmniej próbował. Z jego ust pociekła wąska strużka krwi. Mężczyzna oddychał coraz płyciej… Modlił się, aby ten koszmar się już skończył,  żeby przestały…
– Błagam… – szepnął słabym głosem, krztusząc się swoją własną krwią. W odpowiedzi usłyszał tylko makabryczny, mrożący krew w żyłach śmiech, który odbijał się echem po lesie.
Wtedy nasz bohater zdał sobie sprawę z kim miał do czynienia. Wiły – piękne, urodziwe demony. Istoty te potrafiły zatańcować bądź stratować zagubionego wędrowca.
Vrah czuł nadchodzącą śmierć. Zbliżała się wielkimi krokami. Senność, która go ogarnęła spowodowała, że ból powoli ustępował. Jego oczy zwolna się zamykały. Ostatnie co ujrzał to końskie kopyta tańczące nad nim oraz melodyjny głos.
– To dopiero początek…
Koło południa odbył się pogrzeb. Nad grobem nieszczęśnika stał tylko ksiądz. Znajdował się po za bramami cmentarza z dala od wioski.
-… z prochu powstałeś i w proch się obrócisz. – zakończył ksiądz ponuro. Pochował nieszczęśnika tylko ze względu na jego zmarłą matkę, która była jego przyjaciółką. Westchnął ciężko, spoglądając na grób. Po raz ostatni odczytał krzywo przywieszoną tabliczkę.
 „Vrah Kowal
Ur. 12.03.1685r. – Zm. 22.06.1718r.
Tutaj spoczywa okrutny morderca, który nigdy nie przekroczy bram Wyraju”
Życie Vraha nie było takie idealne jak tego chciał. Chociaż był najlepszym kowalem w mieście. Wszyscy go kochali. Ale jego żona i dwójka małych dzieci… One niebyły idealne, perfekcyjne. Zabił je w amoku szaleństwa. Nie miał wyrzutów sumienia. Uznał, że uczynił je teraz idealnymi… Dokonał tego w przeddzień swojej śmierci.
Pewnie myślicie, że jego nader okrutna śmierć była wystarczającą karą, ale mylicie się.
Kiedy nadeszła noc, po opustoszałym cmentarzu przechadzała się niska, zgarbiona starowinka. A przynajmniej tak wyglądała z daleka. Gdyby ktoś się jej bliżej przyjrzał, ujrzałby olbrzymie kolce, wychodzące z jej pleców. Długie, owłosione, nienaturalne palce. Tłustych włosy okalające jej parchatą twarz. Była to cmentarna baba, która wykopywała ciała zmarłych i taszczyła ze sobą, dręcząc uwięzione w nich dusze.
Pewnie już się domyślacie co stało się z naszym bohaterem i macie rację. Baba wykopała jego ciało, oglądając je uważnie. Uśmiechała się przy tym obnażając zakrzywione zęby. Odrąbała głowę Vraha i wzięła ze sobą. Właśnie w tym momencie zaczął się prawdziwy koszmar mordercy. A wszystko zaczęło się od morderstwa, które wydarzyło się nocą.

Post Author: DodoDan

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *