Zapomniana Wytrwałość – Rozdział III

 

Spis Treści

Prolog

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III (obecnie czytany)

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII (wkrótce)

……………
Rozdział III – Strach
 
16 sierpnia 1994r.
Nuda w wakacje to najgorsze co może dopaść nastolatków, wtedy zaczynają mieć naprawdę głupie oraz niebezpieczne pomysły. Ale lepiej zacznę od początku.  
Dzień zaczął się normalnie. Spałam sobie spokojnie, kiedy coś ciężkiego i włochatego wskoczyło na mnie. Podniosłam się gwałtownie, otwierając oczy. Leżała na mnie wielka, długowłosa psina rasy husky. Miała duży różowy język na wierzchu. Dyszała mi prosto w twarz. Nie było to przyjemne doświadczenie. W szczególności jeśli owy pies ubóstwiał suszone jelita. Tak, jelita. Moja mama ostatnio kupuje jej te smakołyki, przez co Lunie strasznie śmierdzi z pyska. 
  Jej dwukolorowe oczy – jedno niebieskie, drugie złote – bacznie mnie obserwowały. 
 Nagle pojawił się w nich pewien błysk. Ale nie taki zwykły – zwiastował on bowiem, że w głowie tej oto bestii zrodził się plan, a ona wcieli go w życie. Dostałam wielkiego mokrego całusa. Na szczęście miałam zamkniętą buzię, więc nie udało jej się wylizać moich migdałków – jak mojej siostrze bliźniaczce Cornelii Ludzie często nas mylili, chociaż byłyśmy jak ogień i woda… jing i jang… piekło i niebo… Mogłabym tak wymieniać w nieskończoność, ale przecież nie o to chodzi.  
Ta mała gnida za tydzień wracała z obozu muzycznego, na który podstępem ją wpisałam. Bo sama uważała, że jest na to za kiepska. A ja myślę, że ma niesamowity głos. Mogłabym jej słuchać i słuchać.  Jak się dowiedziała, że udało jej się zakwalifikować i może na niego pojechać to chciała mi dać w głowę! Taka siostrzana miłość… Nie ma co. Ale wiem, że w duchu jest mi wdzięczna, choć ona tego na głos  nie powie. Mój mały słodki kurdupelek! Ale dość tego! Przecież miałam pisać o moim dniu.  
Luna nadal na mnie siedziała, patrząc tymi iskrzącymi się oczkami. 
– Uh! Luna! – krzyknęłam na psa, który zamerdał radośnie ogonem. 
Husky zbliżył do mnie swój pyszczek. Wyciągnęłam ręce przed siebie, chwytając psa. Nie potrzebowałam kolejnego całusa – Już wstaje!  
Puściłam Lunę, a ta cała szczęśliwa zaskoczyła z mojego łóżka. Stanęła obok otwartych drzwi, szczekając na mnie.   
Przyciągnęłam się, wstając z łóżka. Po wczorajszym treningu karate, bolały mnie wszystkie mięśnie. Ćwiczyłam dla siebie, ale kilka razy brałam udział w zawodach. Raz, czy dwa zdobyłam pierwsze miejsce. Aktualnie przygotowywałam się do zawodów regionalnych. Na szczęście,  dzisiaj nie miałam treningu. Mogłam spędzić czas z Peterem – moim sparing partnerem oraz sąsiadem i Jeny – przyjaciółką,  z którą zaprzyjaźniłam się w gimnazjum. 
Mieliśmy spotkać się w domu Jeny, ponieważ jej rodzice mieli jakąś ważną sprawę służbową, więc wyjechali na cały dzień. Natomiast Jennifer musiała zająć się swoją młodszą siostrą.  Mała Bella – jak ją pieszczotliwie nazywałam, skończyła w tym roku pięć lat. Jest ona niezwykle wrażliwym dzieckiem. Czasami mam wrażenie, że ona współodczuwa emocje innych ludzi. Często potrafi odgadnąć to co człowiek w danej chwili czuje, nawet jeśli próbuje to ukryć. Ale wracając do mnie.  
Wzięłam z szafy białą koszulkę z krótkim rękawkiem oraz nadrukiem czarnej róży. Do tego moje ulubione zielone rybaczki. Zabrałam ze sobą ciuchy, idąc do łazienki. Szybki prysznic. Rozczesałam włosy, spinając je w koński ogon. Przeczesałam je jeszcze raz ręką. Uwielbiałam moje czarne jak kruki włosy. Przez cały czas towarzyszyła mi Luna – moja wierna psina. Uśmiechnęłam się do Luny, biorąc do ręki moje fioletowe okulary. Cóż… ja uważałam się za zwykłą dziewczynę, ale ludzie mówili, że moje oczy to coś nadzwyczajnego. Mianowicie dlatego, że były one fioletowe. Dla mnie, rodziny i przyjaciół były normalne, ale niektórzy ludzie uważali je za niezwykłe… Inni natomiast za dziwactwo… 
 Przypomniała mi się jedna staruszka ze sklepu. Zaczęła mnie wyzywać od diabłów tylko dlatego, że byłam inna. Wiem, że dla starszych ludzi trzeba mieć szacunek, ale wtedy nie wytrzymałam i wygarnęłam tamtej pani co myślę o takich osobach jak ona – czyli walniętych, moherowych beretów, które tylko udają takie pobożne, a w rzeczywistości obgadują każdego. Ale dość nie chcę sobie psuć dobrego humoru.  
Nie będę się rozpisywać co jadłam na śniadanie… Nie chce mi się. Wolę przejść od razu do mojego wyjścia z domu. Bo po co mam pisać jakieś nudy. Nie od tego przecież jest pamiętnik. Głównie służy mi po to, aby się komuś zwierzyć. Wiem mam wspaniałych przyjaciół, rodziców oraz siostrę, ale są rzeczy, o których nie mówi się nikomu… nawet najbliższym.  
Uważam, że ludzie przywdziewają trzy maski. Pierwsza z nich jest dla nieznajomych i nowo poznanych ludzi. Druga dla przyjaciół oraz rodziny, a trzecia maska dla nas samych – o niej nie mówi się nikomu. Taka strona naszej osobowości, którą może poznać tylko osoba bliska naszemu sercu o takiej której jesteśmy na sto procent pewni, że nie odejdzie od nas jak dowie się kim naprawdę jesteśmy. Zaakceptuje wszystkie nasze dziwactwa i odchyły. 
Ale wracając do mojego dnia. Właśnie miałam wyjść z domu, kiedy zawołała mnie moja rodzicielka. 
– Kath, a kiedy masz zamiar zszyć zabawki Luny? – powiedziała mama, trzymając w dłoni plik papierów. 
 Na szczęście nie była pracoholiczką, trzymała w rękach jakiś nowy przepis na ciasto i bardzo chciała go wypróbować. Ale ona nie była dobra kucharką, jeśli chodzi o ciasta i różne desery. Od tego mistrzem był tata. Chociaż żadne z nich nie pracowało w gastronomi, umieli gotować i było to ich wspólną pasją. A co do tych pluszaków…  
To Luna miała niesamowity talent do niszczenia zabawek w bardzo krótkim czasie. A ja jako jedyna umiałam oraz lubiłam szyć, więc obowiązek reperowania ich spadł na mnie. Nie o to chodzi, że byłam leniem, czy coś podobnego. Po prostu o tym zapominałam. Zwykle pamiętałam o kartkówkach, wpłatach na  wycieczki oraz zadaniach domowych… Ale o takich błahych rzeczach zapominałam bardzo łatwo. Nie wiem dlaczego, po prostu tak się działo i już.  
– Zapomniałam – powiedziałam zrezygnowana do mamy. 
Ta tylko przewróciła oczami, uśmiechając się. Nie była złośliwa. Tylko uważała to za śmieszne, że ja taka poukładana osoba o czymś zapomina.  – Zajmę się tym później. Teraz idę do Jeny  i Petera. 
– Ale nie wracaj za późno – powiedziała z przestrogą moja mama. Chociaż miałam już szesnaście lat to ona nadal traktowała mnie i Cornelię jak małe dzieci.  Czasami bywało to męczące oraz denerwujące, ale cóż poradzić. Taka właśnie była i będzie moja mama. Przytaknęłam jej, otwierając drzwi. – I zabierz ze sobą Lunę. Spacer jej się przyda. 
Westchnęłam ciężko, zapinając psa w szelki. Z moją mamą nie warto się sprzeczać, więc wolałam uniknąć niepotrzebnej kłótni o wyprowadzanie psa, milcząc.  
Husky przez cały czas merdał radośnie ogonem, kiedy przypinałam jej smycz. Nie żeby Luna gdzieś uciekła, ale sąsiedzi mieli obawy czy nie zaatakuje jakiegoś przechodnia. Ta wielka kochaniutka Luna jedyne co by zrobiła obcym to zalizała na śmierć. Już widzę te nagłówki w gazetach „Człowiek zalizany na śmierć przez wielką śliniącą się kulkę – Lunę!”  Zaśmiałam się W duchu, zamykając za sobą drzwi.  
– A już myślałem, że zabłądziłaś – powiedział z uśmiechem Peter, opierając się o drewniany płot. 
Luna jak go tylko zobaczyła zaczęła się wyrywać, ale wiedziała, że nie wolno, więc delikatne ciągnęła. A co tam! Najwyżej Peter da mi w kość na treningu. Pomyślałam, puszczając smycz. Wielkie psisko natychmiast podbiegło do chłopaka, obalając na ziemie. Peter w ogóle się tego nie spodziewał. Kiedy oboje leżeli na ziemi, chciał coś do mnie powiedzieć, ale to był zły pomysł. Luna korzystając z okazji, dała mu kilkanaście mega całusów.   Śmiałam się jak opętana, zginając się w pół. To było takie śmieszne jak tarzali się po ziemi, a Peter próbował uwolnić się od Luny.  
– Przestań! To wcale nie jest śmieszne! – powiedział Peter, zanim husky ponownie wylizał mu migdałki. 
 Z trudem powstrzymałam śmiech, litując się na chłopakiem. Podeszłam do nich. Wzięłam smycz, wyciągając ciasteczka z kieszeni spodni.  
– Luna! Siad! – wielkie psisko natychmiast zeszło z chłopaka i wykonało polecenia. W nagrodę dostała psie ciasteczko. Pogłaskałam ją po głowie. – Mój kochany łakomczuch. 
– Ta taka kochaniutka! – powiedział Peter, wycierając ręką twarz. Uśmiechnęłam się do Petera przebiegle. Chłopak spojrzał na mnie zdziwiony. – Zrobiłaś to specjalnie!  
– Nie! No coś ty sobie ubzdurał! – powiedział sarkastycznie, podając  mu dłoń. – Miałabym specjalnie napuścić na ciebie Lunę.  
Peter przyjął moją pomoc, ale udawał obrażonego za ten mały „atak”. Całą drogę do domu Jennifer , mówił mi jaka to ja wredna jestem napuszczając na niego Lunę. Traktowałam to z przymrużeniem oka.  On miał tak zawsze. Ale teraz byłam trochę winna. Ubrudziłam jego białe spodnie, dlatego tak mi marudził. Z Petera jak na chłopaka był niezły czyścioszek. Idealnie ułożona koszula.  Krótko ścięte kasztanowe włosy, zaczesane na bok. Chociaż mogło się to wydawać dziwne, ale taka fryzura mu pasowała.  
Jennifer mieszkała blisko lasu na drugim końcu miasteczka, położonego u podnóża góry Ebott. Duży… Nie, wielki dom z parterem, poddaszem oraz garażem w kolorach żółtych z czekoladowa dachówką. Do tego jeszcze pokaźnych rozmiarów ogród otoczony murkiem. To właśnie był dom, a raczej jak na niego mówili mieszkańcy „mały pałacyk” należał do rodziny Jennifer. Wybudowali go cztery lata temu, a od trzech i pół roku tutaj mieszkają.  
Można spokojnie rzec, że rodzina Jennifer należała do najbogatszych mieszkających tutaj ludzi. Posiadała w domu najnowsze nowinki techniczne.  Jako jedna z nielicznych osób Jennifer posiadała własny komputer! I pozwalała nam z niego korzystać, chociaż ja miałam z nim niemałe problemy. Kilka razy zdarzyło mi się go przez przypadek wyłączyć, dlatego Jeny uznała, że kiedy korzystam z komputera powinnam mieć nadzór. Miała też odtwarzacz mp3 i DVD, aparat cyfrowy oraz telefon komórkowy z którego mogła wysyłać wiadomości, czyli SMSy 
Nie żebyśmy przyjaźnili się z Jeny ze względu na jej zamożność! Co to to nie! Przez majątek rodziców, niebyła ona zbyt lubiana w szkole. Ale ja i Peter dostrzegliśmy w niej pokrewną duszyczkę. Od razu się zaprzyjaźniliśmy.  
Kiedy byliśmy tuż przed drzwiami do jej domu, nagle się otworzyły. W progu stała mała Bella. Ubrana była w czerwona sukienkę w kwiatki. Uśmiechała się do nas, szczerząc swoje białe perełki. 
– Siostrzyczka czeka na was w ogrodzie! – powiedziała, biorąc nas za ręce. Młoda ciągnęła nas przez dom w stronę  tarasu.  
– Bella! Sami możemy iść! – rzekłam do dziecka. 
 Ta natychmiast się zatrzymała, puściła nas odwracając się.  Miała naburmuszoną minę. Ale jak to małe dzieci. Nikt nie umie brać ich ataków złości na poważnie.   
– Jestem Ann albo Annabell! – tupnęła nóżką ze złości. Mała Bella nie lubiła, a wręcz nie cierpiała jak ktoś ją tak nazywał. A ja lubiłam się z nią troszeczkę podrażnić, więc… Nazywałam ją Bella.  Był to też niezawodny sposób, aby się jej pozbyć, kiedy nie chcieliśmy aby za nami chodziła. 
– Kath, nie drażnij mojej siostry – powiedziała do mnie Jeny, stojąc w progu. 
 Nie była zła. Sama często tak Annabell nazywała. Młoda naprawdę była słodka jak udawała obrażoną.  Nastolatka patrzyła na nas uśmiechając się. Spojrzała jeszcze na Ann i zaprosiła nas gestem ręki na taras. Ogromny ogród otoczony czerwonym murkiem. Rosły w nim wysokie lipy oraz brzozy. Kwitło też kilka krzewów róż – białe, czerwone i żółte. Na środku ogrodu stała drewniana huśtawka. Natomiast na tarasie znajdowała się drewniana kanapa z poduszkami oraz niewielki stolik. 
 Weszliśmy na taras, a ja odpięłam Lunę. Psina od razu zaczęła bawić się z Bellą. Husky gonił ją po całym ogrodzie, a dziewczynka uciekała przed nim radośnie się śmiejąc. Widok niezwykle miły dla oka.  Cała nasza trójka usiadła na werandzie. Peter oraz Jeny rozmawiali o czymś, nie przysłuchiwałam im się zbytnio. Wolałam bawiącą się Bellę oraz Lunę.  
Mała Annabell stanowiła dla mnie zagadkę. Niby zwykłe dziecko, a potrafiła odczuwać emocje innych ludzi, a raczej je odczytać. Już wiele razy pokazała mi swoje „umiejętności”. Wtedy było tak samo. Nagle przerwała swoją zabawę, podchodząc do mnie. Jej bystre oczka, wpatrywały się we mnie. A ja nie pozostawałam jej dłużna. Podeszła do mnie, delikatnie dotykając mojego policzka.  
– Jesteś spokojna i zaciekawiona – stwierdziła Ann. Przekrzywiła swoją główkę. – Dlaczego? 
Zaśmiałam się. Znowu to zrobiła. W takich chwilach czułam jakby nawiązywała się miedzy  nami więź, której nie potrafię określić. W głębi duszy wiedziałam, że nasze losy jakoś się wiążą. Dziwne, prawda? 
– Bo ty jesteś ciekawa – odrzekłam. Dziewczynka uśmiechnęła się i wróciła do zabawy z Luną.  
– Wy zawsze odstawiacie jakieś paranormalne przedstawienia. – skomentował Peter, obierając nogi na stoliku. 
 Spojrzałam na niego. Miał rację. Zawsze kiedy spotykałam się z Annabell, działo się coś… niespotykanego.  
– Skoro mowa o rzeczach paranormalnych – zaczęła Jeny. Wyprostowałam się. Oczy mojej przyjaciółki zabłysły. Była podekscytowana . – Ostatnio usłyszałam legendę o górze Ebott. 
– Ah. Pamiętam, stara opowieść o ludziach i potworach – machnął ręka Peter. – Każdy tutaj ją zna. Dorośli wymyślili ją dawno temu, aby dzieciaki nie wchodziły na górę.  
– Ja jej nie znałam – odrzekła oburzona Jennifer. –  I chciałabym dowiedzieć się o niej więcej. 
Zostaliśmy zmuszeni przez dziewczynę do opowiedzenia tej legendy. O tym, że dawno, dawno temu miedzy potworami, a ludźmi doszło do wojny. Ludzie obawiali się mocy bestii, więc postanowili się ich pozbyć. Ze strachu rozpoczęli wojnę, która skończyła się zwycięstwem ludzi. Potwory zostały zepchnięte do podziemi i uwięzione za pomocą magii siedmiu czarowników i czarownic. Podobno istoty stworzone z magii poprzysięgły wydostać się na powierzchnię i zemścić się na ludziach. Niektórzy w to wierzyli oraz w to, że magia nadal drzemie w ludziach, ale myśmy tylko o tym zapomnieli.  
Jennifer od razu urzekła ta opowieść, ale nie słyszała jeszcze dalszej jej części.  Każdy kto wejdzie na górę Ebott, nigdy już nie wróci. Ponad dziesięć lat temu na górę weszła młoda dziewczyna. Nazywała się Chara. Według niektórych zginęła na górze, ale nieliczni mówili, że widzieli jej ciało niesione przez humanoidalną kozę. Podobna zabiła ona dziewczynę, więc ludzie próbowali go zamordować. Ale według świadków wrócił na górę i słuch po nim zaginął.  Jak mieszkańcy miasta o tym usłyszeli, nie uwierzyli. Uznano, że Chara uciekła z domu przez swojego ojca pijaczynę, który ją bił. Ale na tym opowieść się nie kończy. Kilka dni po zniknięciu Chary, zaginęła kolejna dziewczynka, a kolejne trzy lata później następna, a niecałe pięć lat temu zaginął pewien mężczyzna. Każde z nich wybrało się na górę Ebott z innego powodu, ale nikt z nich nie wrócił.  Większość sądziła, że niektórzy się wyprowadzili lub uciekli. Ale tylko nieliczni uważali, że zabiły ich potwory, pragnące zniszczyć barierę. 
– To straszne – skwitowała Jeny.  
– Może zmieńmy temat – odrzekłam. Przez chwilę zdawało mi się, że atmosfera robiła się przytłaczająca, ale to było tylko moje odczucie.  
– Dlaczego? – zapytał Peter, uśmiechając się przebiegle. – Boisz się?   
– A niby czego mam się bać? – odrzekłam. Moja duma została urażona.  Zrobił to specjalnie. On do czegoś zmierza. Jeny wstała, kierując się w stronę domu. Peter  i Ja spojrzeliśmy na nią zaskoczeni. – Dokąd idziesz? 
– Po coś na rozluźnienie – odrzekła. Kilka minut później wróciła z butelką wina oraz trzema kieliszkami. Położyła je przed nami. Zaczęła zabierać się za otwieranie.  
– Twoi rodzice nie będą źli, że pijesz? – zapytałam.  
– Oni uważają, że lepiej jak piję w domu ich alkohol niż od obcych jakieś świństwa – odrzekła Jennifer, nalewając nam wina. Peter od razu się napił, a po nim Jeny.  
– Ja raczej podziękuję – powiedziałam, odsuwając kieliszek czerwonego płynu. 
– Co nagle się z ciebie zrobiła cnotka? – rzekł Peter, popijając wino. Już drugi raz tego dnia uraził moją dumę. – Może od razu przywdziejesz habit  i zapiszesz się do zakonu. 
– Nie przeginaj – powiedziałam, biorąc kieliszek do ręki. 
 Wzięłam dużego łyka wina. Czułam jak alkohol rozgrzewa moje gardło, potem przełyk. Przyjemne chwilowe ciepło rozchodziło się po moim ciele. A co do smaku, było trochę gorzkie, ale i słodkie. Ogółem dobre. 
Peter spojrzał na mnie zaskoczony. Z wrażenia, aż się wyprostował. Natomiast Jeny tylko się zaśmiała.  
– Tego bym się po tobie nie spodziewał – odrzekł krótko Peter, chyba nadal nie wierząc w to co zrobiłam. 
 Uśmiechnęłam się. Pierwszy raz piłam alkohol i muszę przyznać, że to wino było dobre. Miło rozmawialiśmy, a koło południa zjedliśmy obiad złożony z kotleta i ziemniaków. Pod wieczór zaczęło robić się chłodno, więc przenieśliśmy się do salonu. Dalej rozmawialiśmy na przeróżne tematy, a wina ubywało. Ale nie wypiliśmy dużo. Zaledwie połowę butelki na trzy osoby, a i tak nie była pełna jak zaczęliśmy.  Ogólnie wieczór mógłby się tutaj skończy, a my pójść do domów, ale tak się nie stało. Jakimś cudem wróciliśmy na temat magii oraz góry Ebott 
– Na prawdę was nie ciekawi co się naprawdę stało  z tymi ludźmi? – zapytałam. – Może naprawdę pod tą górą żyją potwory!  
– To przecież niemożliwe! – odrzekł Peter. – Jeśliby istniały to ludzie dawno już by to odkryli.  
– Może naprawdę tam są. Wiecie świat jest wielki, a my nadal nie poznaliśmy wszystkich jego tajemnic – powiedziałam.  
 – A co założysz się? – dodał po chwili chłopak, dopijając wino.  
Dobra, miałam tego serdecznie dość. Może była to zasługa alkoholu albo mojej urażonej dumy. Nie wiem co wtedy we mnie wstąpiło. Do teraz nie wiem, czemu to powiedziałam.  
– Zgoda! Jutro idziemy na górę Ebott! – odrzekłam, ściskając rękę Peterowi. 
 Jennifer wiedziała, że nie uda jej się nas przekonać, więc nawet nie próbowała. Przypieczętowaliśmy zakład, uściśnięciem dłoni. Tak oto zakończył się nas wieczór.  Ale nie zakład był najdziwniejszy. Tuż przed wyjściem, zaczepiła mnie zaspana Bella.  
– Czy potwory są straszne? – zapytała mnie przecierając małą rączką oczka.  
Ukucnęłam, aby się z nią zrównać. Musieliśmy napędzić jej niezłego stracha tymi opowieściami. Nie dziwne było, że teraz się boi.  
– Nie masz się czego bać, Ann – powiedziałam, targając ją po głowie. – Jest jeszcze jedna legenda. Mówi ona, że dusze potworów są białe, ponieważ wypełnia je miłosierdzie – Bella spojrzała na mnie. Jej oczy zabłyszczały. – Znaczy to, że nie zrobią krzywdy nikomu kto na to nie zasłużył. 
Mała Annabell uśmiechnęła się. 
– Czy jeśli istnieją, pomożesz im wyjść na powierzchnię? – zapytała dziewczynka. – Musi im być przykro, że siedzą tam bez powodu.   
Zaśmiałam się. Bella była urocza w tej chwili. Ale co niby miałam powiedzieć dziecku? 
– Jeśli tam żyją pomogę im się wydostać, ponieważ nikt nie zasłużył, aby nie wiedzieć uroków nocnego nieba, gwiazdeczko – odrzekłam, gładząc ją po policzku.  
Nadal nie wierzę, że jutro idziemy na górę  Ebott i, że obiecałam taką niemożliwą rzecz dziecku. Ale muszę pozostać wytrwała, w końcu podjęłam się tego wyzwania i nie mogę  się poddać. 

Post Author: DodoDan

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *