Opowieści z Przeszłości

 
 
Spis Treści 
Rozdział I – „Nigdy się nie martwiłem…” (obecnie czytany)
Rozdział II – „…przyziemne zmartwienia”
Rozdział III – „Za późno się zorientowałem…” – cz. 1 
Rozdział III – „Za późno się zorientowałem..” – cz. 2
Rozdział IV – „Otaczała nas iluzja…”
Rozdział V – „Sami to zrobiliśmy…”
Rozdział VI – „Dopiero  dostrzegliśmy…”
Rozdział VII – „Gorzki posmak…”
Rozdział VIII – „Nadzieja umiera ostatnia…”
Rozdział IX – „…nauczka na przyszłość”
 

 

 

 – Dziadku, opowiesz mi tę historię? Ten ostatni raz? 

  – Dobrze. Tylko słuchaj uważnie.  

… 

Jako dziecko niczego mi nie brakowało. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że to były niesamowite czasy.  

Mój rocznik był ostatnim urodzonym w poprzednim wieku. Rocznik ‘99. Mieliśmy jeszcze to szczęście, że nowoczesna technologia nie zawładnęła naszym małym dziecięcym umysłem.  

Poranek w trakcie tygodnia nigdy nie należał do przyjemnych, a w szczególności poniedziałkowy poranek. Ale to się raczej nie zmieniło.  

Zazwyczaj budził mnie budzik jaki dostałem od ojca w pierwszej klasie. Wtedy telefony nie posiadały takich bajerów jak te dzisiejsze. Mój budzik był czarną kostką. Jeszcze ręcznie nakręcany.  

Codziennością stały się też pertraktacje z moją matką – Anną. Piękna z niej była kobieta. Ale cóż się dziwić? Dla każdego dziecka jego matka jest uosobieniem piękna.  

Czarne jak noc włosy odziedziczyłem właśnie po niej.  

Ale za bardzo odchodzę od historii.  

Zawsze wyglądało to tak samo. Zaczynało się od udawania. Zakrywałem się kołdrą, udając, że śpię jak suseł. Na każde nawoływania mamy, reagowałem chrapaniem albo milczeniem. Wtedy siadała przy mnie, delikatnie głaszcząc po wystającej czarnej czuprynie. Namawiała mnie do wstania.  

Próbowała różnych rzeczy. Na pierwszy ogień szło, powiedzenie, że w szkole czeka mnie wiele ciekawych rzeczy. Na początku roku się na to łapałem, ale z biegiem czasu – tak po pierwszych tygodniach już to na mnie nie działało. Szkoła nie wydawała się taka jak z obietnic rodziców. Trzeba było się uczyć i być grzecznym na lekcji – co było nie małym wyzwaniem dla tak “energicznego” dzieciaka jak ja. Już po pierwszym tygodniu nauczyciele mieli mnie dość. Jak to określali “ nie dało się mnie utemperować”. Wolałem rozmawiać z kolegami na lekcjach i wygłupiać się z nimi.  

Ale znowu przeskakuję do innej opowieści.  

Postaram się tego za często nie robić. Ale pamiętaj, że jestem już stary. Czasami coś pomylę.  

Wracając do mojej mamy. Gdy moja ciekawość do szkoły, gdzieś się ulotniła. Anna starała się mnie przekupić. A to zrobi mi kanapki z miodem do szkoły albo spakuje mi czekoladowego batona. Raz działało, a raz nie. To zależało od mojego humoru. I chęci ugrania czegoś więcej. Od dwóch batonów do szkoły, po lody na obiad. Czasami wytargowałem dwa mleka czekoladowe, zamiast wody. A niekiedy mama odchodziła zła na mnie.  

Wtedy do akcji wkraczał mój starszy – o cztery lata – brat Konstanty. Wszyscy pieszczotliwie nazywali go Kostek.  

On wybierał bardziej brutalne metody. Jedyna przyjazna dla mnie była ta, gdy tylko zabierał mi kołdrę. Gorzej było, gdy postanawiał zabrać mnie z okryciem do kuchni. Stawałem się ludzkim naleśnikiem. Przeciągał mnie od naszego pokoju, przez korytarz do kuchni.  

Zwykle wymijał nas ojciec, który prześmiewczo mówił, abyśmy nie zniszczyli progów.  

Po porannej higienie, odbywało się wspólne śniadanie. Nikt z nas nie patrzył w ekran telefonu, tylko rozmawiał. Rzadka umiejętność, która powoli zanika. Umiejętność rozmawiania. Teraz rzadko widuję, aby ludzie rozmawiali ze sobą.  

Szkoda… 

A szkoła? 

Nie różniła się zbytnio od twojej. Zawsze wpajano nam ten sam materiał. Rzadko trafiało się na nauczyciela z pasją, który potrafił opanować dzieciaki oraz przyciągnąć ich uwagę. Ale to w starszych klasach.  

Na przerwach przebywaliśmy na świeżym powietrzu. Przez większość roku graliśmy w piłkę. Woźny miał przy nas masę roboty, gdy prawie codziennie jakaś piłka lądowała na dachu szkoły.  

A jak nie mieliśmy piłki to graliśmy w berka.  

Epizodycznie bawiliśmy się z dziewczynami. Mało którego chłopaka interesowała skakanka albo klasy. Lecz wspólna gra w ognie zawsze nas jednoczyła.  

Zimą rozgrywały się zacięte bitwy na śnieżki. Razem z kolegami budowaliśmy fortece, które wydawały nam się nie do zdobycia. Zza nich lepiliśmy masę śnieżek, a potem przypuszczaliśmy zmasowany atak na wrogą bazę – czyli inną klasę.  

Nasze bitwy trwały do końca przerwy albo gdy ktoś nieuczciwy nie wpakował lodu do śnieżki. Wtedy nasze boje zostawały wstrzymane na parę dni, dopóki nauczyciele trochę nie ochłonęli.  

A nasze wakacje letnie. One były z tego wszystkiego najlepsze.  

Jako dzieciak mieszkałem na wsi. Każdy znał każdego. Niewielki park nieopodal mojego domu stał się naszym placem zabaw. Parę drzew i krzaków stanowiło dla nas boiskiem piłkarskich rozgrywek. Chyba nie muszę przedstawiać panujących wtedy zasad rozgrywki? 

To dobrze.  

Czasami, gdy plac zajmowały starsze dzieciaki chodziliśmy do pewnego kolegi. 

Eh…  

Nie mogę przypomnieć sobie jego imienia. To było tak dawno…  

Jakoś sobie nie przypomnę. Nazwijmy go zatem Grześ.  

Rodzice Grzesia mieli duży sad. Pełny rozłożystych jabłoni, wysokich grusz oraz śliw. Idealne miejsce do zabawy w chowanego. Jedna gra potrafiła trwać cały dzień jak znalazło się dobrą kryjówkę. Urządzaliśmy też zawody w wspinaniu się na drzewa.  

Tylko raz skończyło się złamaną nogą. Szkoda tylko, że moją.  

Na szczęście był wtedy z nami Kostek. Pobiegł po ojca Grzesia, gdy tylko spadłem z drzewa. Leżałem na ziemi, zwijając się z bólu.  

Z tego okresu niewiele pamiętam. Tylko fragmenty. Jak przybiegł ojciec Grzesia. Zabrali mnie do szpitala. Założyli gips.  

Skończyło się na tym, że miałem prawie dodatkowy miesiąc wakacji. Tylko, że jedyne co mogłem robić to leżeć w łóżku.  

W tamtym czasie dopiero wchodziły kanały dla dzieci. Ale oglądać mogłem tylko, gdy ojca nie było w domu albo gdy zrobiłem wszystkie zaległe zadania ze szkoły. Niestety te dwie sprawy bardzo rzadko się ze sobą zgrywały.  

Wtedy też moja matka zaproponowała mi czytanie książek jako formę spędzania czasu. Pierwszą książką – przeczytaną z własnej woli, a nie z przymusu – był “Pies, który jeździł koleją” autorstwa Romana Pisarskiego. Cudowna opowieść przedstawiająca więź jaka tworzy się między człowiekiem, a psem. Siła przyjaźni oraz lojalności.  

Nawet gdy kości się zrosły, nie porzuciłem swojej nowej pasji. Chociaż mój dziecięcy grafik był już napięty, bez wyrzutów sumienia zrezygnowałem z kilku meczy piłkarskich. Koledzy mieli mi to za złe, ale po jakimś czasie odpuścili.  

Podstawówka i gimnazjum minęły naprawdę spokojnie, nie licząc paru żartów. Ale nigdy nie zrobiliśmy nic za co mielibyśmy trafić na dywanik do dyrektora.  

A komórki? Zaczęły się robić popularne w ostatnich klasach podstawówki. Miałem trzynaście lat, gdy dostałem swój pierwszy telefon. Nokia 3310 tak zwana cegła. Telefon, który mógł spać ze stołu i nic z nim się nie stało.  

A te wasze dzisiejsze? 

Spadną z dziesięciu centymetrów i już wyświetlacz do wymiany.  

W czasach, gdy jesteśmy dziećmi nie martwimy się o nic. Ani o przyszłość. Ani o pieniądze. Ani o środowisko.  

To inni martwią się za dzieci, dając im szansę na szczęśliwe i bezproblemowe dzieciństwo.  

Nigdy się nie martwiłem, gdy byłem dzieckiem. 

Niestety tobie tego nie dano. Nie mieliście tej szansy. Wy młodzi macie teraz wiele zmartwień.  

Eh…  

Jestem zmęczony.  

… 

  – Ale dziadku! Co dalej? 

  – Spokojnie. Mamy jeszcze trochę czasu. Jeszcze niecałe dziewięć dni. 

Post Author: DodoDan

19 thoughts on “Opowieści z Przeszłości

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *